Tessa
– Hej, ty – powiedziała, gdy weszłam do sali rekreacyjnej, gdzie siedziała przy dużym okrągłym stole w otoczeniu grupki dzieci.
– Tessa! – krzyknęło kilkoro z nich, biegnąc, by mnie uściskać.
– Cześć, dzieciaki! – przywitałam każde z nich przytuleniem.
– Co cię sprowadza? – zapytała Piper.
Wzruszyłam ramieniem, spojrzałam na dzieci, a potem na nią. Skinęła mi subtelnie głową, rozumiejąc, że to nie jest rozmowa przy dzieciach.
– Chciałam wpaść i zobaczyć moje ulubione osoby na świecie – powiedziałam z uśmiechem.
Piper uśmiechnęła się szeroko. – Dziękujemy. Wiesz, jak bardzo doceniają twoje wizyty. Słuchajcie, myślę, że Tessa chce zrobić jeden z naszych naszyjników z koralików.
Grupa wybuchła entuzjazmem, co zawsze poprawiało mi nastrój. Kochałam to, że mogłam choć trochę rozjaśnić ich dni.
Dzieci w tej grupie były w wieku od pięciu do dziesięciu lat. Niektóre niedawno zostały osierocone, inne straciły rodziców krótko po urodzeniu. Nigdy nie zaznały tego, co oznacza posiadanie kochającej matki i ojca. Piper pracowała jako koordynatorka zajęć w sierocińcu od prawie pięciu lat i niestety niektóre dzieci były tu dłużej, czekając, aż osiągną pełnoletność i opuszczą system.
– Możesz usiąść ze mną, Tessa – powiedziała nieśmiałym głosem jedna z dziewczynek.
– Z przyjemnością usiądę z tobą, Sophie.
Wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do swojego miejsca przy dużym okrągłym stole. Usiadłam na małym plastikowym krześle obok niej i pomogłam jej robić naszyjnik. Dzieci opowiadały mi o wszystkim, co robiły w szkole i kto co robił w domu dziecka.
– Dobra, słuchajcie, czas posprzątać i przygotować się do kolacji – ogłosiła Piper po dobrej godzinie nawlekania koralików.
Dzieci pożegnały się ze mną. Obiecałam, że niedługo znów się zobaczymy, zanim wyszły z sali, dając Piper i mnie szansę na rozmowę. Rozejrzałam się po sali zajęć, dostrzegając wszystkie subtelne oznaki kreatywności Piper.
– Nie było Leo – zauważyłam.
Piper uśmiechnęła się. – Nie, w zeszłym tygodniu został adoptowany przez uroczą rodzinę.
Moje usta otworzyły się ze zdziwienia. – Żartujesz. To wspaniale!
Skinęła głową. – Pasowali do siebie idealnie. Niewiele dzieci zostaje adoptowanych w wieku dziesięciu lat, ale oni się w nim zakochali, a on był w siódmym niebie. On płakał, ja płakałam, wszyscy płakali, kiedy odjeżdżał, ale to były łzy radości.
– Tak się cieszę jego szczęściem. Będę za nim tęsknić, ale cieszę się, że znalazł własną rodzinę.
– Ja też. Więc co cię sprowadza?
Znała mnie dobrze. – Ciężki dzień na sesji.
Jęknęła. – Kolejny palant fotograf?
– Victor.
Przewróciła oczami. Victor był tematem moich narzekań od lat. Sytuacja się poprawiła, ale on nadal był gburowaty.
– Co tym razem zrobił?
Pokręciła głową. – Mnie nic. Musztrował jedną z nowych dziewczyn. Nienawidzę patrzeć, jak traktuje te nowe w ten sposób. Są takie młode i podatne na wpływy.
Piper uśmiechnęła się. – Nienawidzisz patrzeć, jak ktokolwiek jest źle traktowany, bez względu na to, kim jest. To właśnie czyni cię tak wyjątkową. Masz największe i najmilsze serce ze wszystkich, których znam. Serio, myślę, że urodziłaś się aniołem.
Zawsze czułam się nieswojo, przyjmując komplementy. Byłam modelką, i to taką, która odniosła sukces, ale w środku wciąż byłam tą małą dziewczynką, która kochała wszystkie stworzenia i była niepewna siebie, bez względu na to, jak często ludzie powtarzali mi, że jestem piękna.
– Dziękuję – mruknęłam.
– Wciąż myślisz o odejściu z branży?
– Tak.
– Aktorstwo?
Znowu skinęłam głową. – Chcę opowiadać historie. Dobre historie.
– A co, jeśli nie dostaniesz ról, których pragniesz?
Wzruszyłam ramieniem. – Nie przeszkadzają mi małe role, nie muszę zarabiać dwudziestu milionów za każdy film. Chcę po prostu mieć szansę inspirować innych poprzez opowieści.
Piper zaśmiała się. – Dwadzieścia milionów byłoby miłe, ale rozumiem, co masz na myśli.
– Na razie wciąż wiąże mnie kontrakt z tą agencją reklamową. Mam nadzieję, że nie wylecę za to, że postawiłam się dzisiaj Victorowi. Kiedy skończyłam sesję, na poczcie głosowej czekała prośba o pojawienie się w poniedziałek w biurze na spotkanie z zarządem. Jeśli przez Victora mnie zwolnią, będę naprawdę wściekła.
– Może po prostu podoba im się twoja praca. Dużo pracowałaś nad tą kampanią i wszyscy widzieliśmy te reklamy. To wielki sukces.
Skinęłam głową. – Mam taką nadzieję. Zawsze denerwuję się takimi rzeczami.
– Nie wywołuj wilka z lasu – powiedziała. – Jest wystarczająco dużo powodów do zmartwień bez wymyślania nowych.
– W każdym razie, jak radzi sobie Sophie? Wydawała się dzisiaj szczęśliwsza i bardziej zaangażowana.
Piper westchnęła. – Idzie ku lepszemu. Powrót do równowagi zajmie jej sporo czasu. W mgnieniu oka straciła całą rodzinę.
Pokręciłam głową. Kiedy miesiąc temu Sophie pojawiła się w sierocińcu, akurat byłam tam z wizytą u Piper. Widok strachu i smutku na twarzy tej dziewczynki złamał mi serce. Nikt nie mógł zrobić nic, co sprawiłoby, że jej ból zniknie. Piper zapewniła mnie, że otrzyma mnóstwo wsparcia i terapii.
– Dobrze. To również cieszy. Powinnam już pewnie iść. Wiem, że niedługo przyjdzie twoja kolejna grupa.
– Nie stresuj się tym spotkaniem. Wiesz, że świetnie wykonujesz swoją robotę.
Uśmiechnęłam się. – Dzięki.
Wyszłam, kierując się do domu na szalony sobotni wieczór z Netfliksem i może kieliszkiem wina. Zarabiałam na swoim wyglądzie. Musiałam dbać o odpowiednią ilość snu i właściwe odżywianie, zwłaszcza biorąc pod uwagę nadchodzące spotkanie. Byłam nim cholernie zdenerwowana.








