Wilgotne włosy Kaelii wciąż lepiły się do jej karku, stanowiąc przedłużające się wspomnienie ciężkiego, wbijającego się w nią ciężaru Valeriusa, gdy brał ją na krawędzi marmurowej wanny zaledwie godzinę temu. Teraz szła wspaniałymi mahoniowymi korytarzami rezydencji klanu Szkarłatnego Smoka. Jej żołądek skręcał się w ciasny supeł ze strachu. Przeciągnęła opuszkami palców po misternych smoczych rzeźbieniach, wyrytych głęboko w ciężkich, drewnianych drzwiach, próbując uspokoić rozszalałe nerwy. Podążała za krzywiznami rzeźbionych łusek, ostrymi kłami i charakterystycznymi, zamaszystymi wzorami znamion smoka Alfa.
Jej serce uderzało o żebra szaleńczym rytmem. Valerius z pewnością uśmiechał się kpiąco w tej samej chwili. Potrafiła wyraźnie wyobrazić sobie jego arogancką twarz. Wiedział, że ojciec ją wezwał. Z pewnością delektował się niepokojem niemal emanującym z jej porów, zdając sobie sprawę, że jego terytorialne roszczenia zaciskają się wokół jej szyi.
Zatrzymała się przed potężnymi, podwójnymi drzwiami prowadzącymi do gabinetu Alfy Thaddeusa. Przyłożyła płasko dłonie do szlachetnego, ciemnego drewna.
– Kael-Kael – głos Thaddeusa zagrzmiał z drugiej strony. Jego radosny ton ją zaskoczył. – Wiem, że tam stoisz. Wejdź i porozmawiaj ze mną.
Biorąc głęboki, uspokajający oddech, Kaelia przekręciła mosiężną klamkę w prawo i weszła do rozległego gabinetu. Thaddeus siedział za swoim masywnym biurkiem. Był onieśmielającym mężczyzną, przywódcą Klanu Szkarłatnego Smoka, ale dla niej był wybawcą, który wyciągnął ją z istnego koszmaru.
Dzieciństwo Kaelii było pustką pełną zdezorientowania i zaniedbania. Urodzona jako niewidoma, spędziła pierwsze siedem lat w zamknięciu w zimnym, spowitym całkowitym mrokiem pokoju. Otrzymywała jedzenie, ale żadnych słów, żadnego ciepła ani pocieszenia. A potem, cudownym zrządzeniem losu, jej oczy się otworzyły. Thaddeus był pierwszą osobą, którą kiedykolwiek zobaczyła. Kiedy ledwo potrafiła mówić i nie umiała wyjaśnić, skąd pochodzi, Alfa zlitował się nad przerażonym dzieckiem. Adoptował ją, wynosząc ją ponad swoich licznych biologicznych synów i córki, traktując jak absolutną faworytkę.
– Witaj, ojcze – powiedziała Kaelia, dygnąwszy z wymuszonym uśmiechem.
Thaddeus uśmiechnął się przelotnie na widok jej wyraźnego dyskomfortu, ale postanowił to zignorować. Wskazał na skórzany fotel naprzeciwko swojego biurka. – Usiądź. Jak się miewasz?
Wypuściła z siebie długi, cichy oddech i przeszła przez drewnianą podłogę, trzymając ramiona prosto. Opadła na pluszowy fotel. – Dobrze, po prostu jestem zmęczona. Szpital to obecnie utrapienie. W moim gabinecie piętrzą się tysiące kwiatów i kart podarunkowych. – Nie zadała sobie trudu, by wspomnieć o tysiącach Alfów, którzy zalewali jej miejsce pracy drogimi klejnotami i bezczelnymi oświadczynami.
– Zasługujesz na to i na wiele więcej – pochwalił Thaddeus, a jego pierś wypełniła się dumą. – Ty, Kael-Kael, jesteś chlubą i radością klanu Szkarłatnego Smoka. To, co zrobiłaś dla naszego gatunku, jest więcej niż godne pochwały. Ocaliłaś tysiące istnień.
– Cicho, ojcze, bo jeszcze usłyszą cię twoje pozostałe dzieci i znienawidzą mnie mocniej niż teraz – zażartowała lekko.
Thaddeus zaśmiał się serdecznym, donośnym echem. – Po prostu ci zazdroszczą. To minie. Powinnaś posłuchać, jak Verity chwali się, że jej starsza siostra znalazła lekarstwo na szalejącą pandemię.
Pochwały ważyły wiele. Drakonoma była koszmarem. To makabryczna choroba wywołująca zombifikację, która dziesiątkowała ich gatunek od czterech lat. Na skrzydłach i podbrzuszach smoków pojawiały się czarne plamy. Infekcja rozprzestrzeniała się błyskawicznie, doprowadzając do gnicia ich ciał od wewnątrz, aż łuski odpadały w krwawych płatach. Zmieniała ich krew w ciemny, cuchnący szlam. Czysta agonia doprowadzała ich do morderczego szału, zanim ostatecznie nieuchronnie umierali. Kaelia spędziła niekończące się noce zgarbiona nad mikroskopami, aby opracować lekarstwo. Teraz, jako jedyna lekarka, która uzdrowiła smoczą populację, jej nazwisko było znane w całym imperium.
Ten monumentalny triumf medyczny, w połączeniu z jej rzadkim statusem genetycznym, uczynił z niej najcenniejsze trofeum. Odkryto, że jest białym smokiem. Była jednym z zaledwie trzech legendarnych białych smoków, które ostały się w całym imperium, i jedyną, która nie należała do rodziny królewskiej. Każdy miał na nią oko.
– Cesarskie smoki pragną uhonorować twoje dokonania oficjalnym tytułem i wielkim balem – poinformował ją Thaddeus, zmieniając ton na bardziej formalny.
Kaelia powoli skinęła głową. – Rozumiem. To wielki zaszczyt.
– To wspaniałe wydarzenie pomoże zabezpieczyć niezwykle ważny traktat pokojowy, który starałem się z nimi przypieczętować – wyjaśnił Thaddeus, pochylając się do przodu. – Ale musisz być ostrożna. – Zwiększył tempo, a jego głos stał się ostrzejszy. – Książęta zasiadający na tronie nie mają partnerek. Mogą spróbować rościć sobie do ciebie prawa. Ten bal świętuje dwie rzeczy: twój sukces w medycynie oraz rozpoczęcie sezonu godowego. Będziesz najbardziej pożądaną panną do wzięcia w naszym Imperium. Zresztą już teraz nią jesteś.
Kaelia zmarszczyła brwi, zdezorientowana jego mocnym ostrzeżeniem. – Czy to naprawdę coś złego? To znaczy, jeśli finalizujesz z nimi traktat pokojowy, czyż związek nie...
– Należysz do Valeriusa! – ryknął Thaddeus.
Uderzył ciężkimi pięściami w mahoniowe biurko. Czysta siła tego ciosu wstrząsnęła pokojem, sprawiając, że kałamarze zagrzechotały, a przez deski podłogowe przeszła fala uderzeniowa.
Kaelia zamarła. Oddech uwiązł jej w gardle. Jej mięśnie napięły się, sparaliżowane czystym, lodowatym szokiem. Wpatrywała się w niego, a jej myśli wirowały szaleńczo. Przypomniała sobie ciężki nacisk Valeriusa, wyginającego ją nad zimną, marmurową krawędzią wanny. Przypomniała sobie, jak jednym brutalnym pchnięciem wbijał swój gruby drąg głęboko w jej mokre, ciepłe ścianki. Ustąpił dzisiaj, wyciągając go przed końcem, ale to była rzadka litość. Wiedziała, że stawali się coraz bardziej nieostrożni. Podejrzewała, że Thaddeus może ostatecznie odkryć ich utrzymywany w tajemnicy, trzyletni romans, ale nigdy nie spodziewała się czegoś takiego. Nigdy nie sądziła, że zażąda przymusowego małżeństwa.
Widząc przerażony wyraz zamarły na jej twarzy, Thaddeus uśmiechnął się kpiąco, a jego nagła wściekłość przerodziła się w samozadowolenie. – Wiedziałem od dłuższego czasu, jeśli musisz wiedzieć. Wiedz, że pod moim dachem nic się nie ukryje.
– My tylko... – zaczęła Kaelia drżącym głosem.
– Udzielam wam błogosławieństwa! – przerwał jej Thaddeus, klaszcząc swoimi wielkimi dłońmi. Jego oczy zmarszczyły się z autentycznego podniecenia. – Wy dwoje będziecie idealni dla naszego klanu. Po prostu nie mogę doczekać się wnuków.
Mówił poważnie. Naprawdę zakładał, że ona tego pragnie. Uznał, że skoro przez trzy lata dzieliła z jego synem łoże, chce zostać Luną klanu.
Kaelia mocno przycisnęła palec wskazujący i kciuk do skroni. Z tyłu głowy zaczął pulsować silny ból. – Ojcze – powiedziała, starając się zachować opanowany głos. – Nie połączę się węzłem z Valeriusem.
Thaddeus uniósł krzaczastą brew. – Moje uszy i mój nos powiedziały mi, że wy dwoje przeszliście już przez połowę procesu godowego. Kiedy cię naznaczy, sprawa będzie załatwiona.
Jego lekceważąca postawa uświadomiła Kaelii, że nie ma tu miejsca na żadne negocjacje. Oczekiwał, że podda się jego decyzjom niczym posłuszna córka. Ale Kaelia nie odpowiadała przed nikim, nawet przed mężczyzną, który ją ocalił.
– Nie zrobię tego, ojcze. Nie mogę za niego wyjść – oświadczyła uparcie.
Thaddeus wstał, górując nad biurkiem. – Wolisz uchodzić za rozwiązłą kobietę? Valerius pozbawił cię czci! – zbeształ ją, ponownie uderzając pięściami w stół. – Ograbił cię z czystości! Sypiał z tobą. W kółko i w kółko. Jest dziedzicem Alfy, rozsądnym młodym mężczyzną, przed którym wspaniała przyszłość. Rozsądnym posunięciem byłoby się z nim ustatkować! Jesteś błyskotliwą lekarką, ale wciąż pozostajesz kobietą tego klanu. Dlaczego tak bardzo wzbraniasz się przed perspektywą zostania Luną naszego klanu?
– Ponieważ traktuje mnie jak naczynie! – krzyknęła Kaelia, a jej buntownicza natura zapłonęła gorącem w klatce piersiowej. Wstała, by sprostać jego surowemu spojrzeniu, nie mając zamiaru ukrywać brzydkiej prawdy o ich dynamice. – Valerius nie zabiega o moje względy! On mnie nie adoruje!
Thaddeus zamrugał.
– On tylko próbuje mnie zapłodnić! – wykrzyknęła Kaelia, a jej frustracja osiągnęła punkt wrzenia. – Próbuje tylko sprawić, bym zaszła w ciążę! Za każdym razem, gdy ma mnie na wyłączność, rozbiera mnie do naga i próbuje wyhodować we mnie swojego dziedzica. Pompuje swoje nasienie głęboko we mnie w nadziei, że się zakorzeni, aby mógł wymusić na mojej szyi swoje znamię i zamknąć mnie w klatce! Śmiem wątpić, by przyszpilanie mnie do łóżka i traktowanie jak klaczy rozpłodowej było romantycznym gestem, mającym uczynić ze mnie jego żonę.
Słowa zawisły ciężko w powietrzu. Thaddeus wpatrywał się w nią, przez chwilę zaszokowany brutalną głupotą swojego syna. Powoli opadł z powrotem na swój masywny fotel, pocierając brodaty podbródek i rozważając czysty idiotyzm swojego dziedzica.
– Czyżby? – rzekł w zamyśleniu Thaddeus.
– Owszem – parsknęła Kaelia, krzyżując ramiona na klatce piersiowej. – To agresywny brutal.
Thaddeus zabębnił grubymi palcami o biurko z pustynnego drewna żelaznego. Nieco zmiękł, ale jego główne postanowienie się nie zachwiało. – Uznaj to za załatwione. Dopilnuję, by Valerius otwarcie się o ciebie starał. Choć to właściwie zbędne, biorąc pod uwagę, jak gruntownie cię splugawił. Ostatecznie jednak będziesz musiała się zgodzić i odłożyć na bok swój upór.
– Ojcze, ty nie słuchasz...
– Moja decyzja jest ostateczna – przerwał jej Thaddeus, a jego ton nie pozostawiał miejsca na dyskusję. – Nie oddam cię innemu mężczyźnie ze świadomością, że spałaś z Valeriusem i że z ogromnym prawdopodobieństwem położysz się z nim do łóżka jeszcze raz czy dwa przed końcem miesiąca.
Kaelia wpatrywała się w niego z otwartymi ustami.
– Pomyśl rozsądnie, Kaelio – rozkazał Thaddeus, odprawiając ją machnięciem dłoni. – W międzyczasie musisz pójść na przymiarkę sukni. Cesarski bal jest za kilka dni. Przygotuj się. Wyjdziesz za Valeriusa.
Kaelia wpatrywała się w niego, a jej klatkę piersiową ścisnął duszący, nieznośny ciężar. Nie dawał jej wyboru. Wpędzał ją w pułapkę. Odwróciła się na pięcie i wymaszerowała z gabinetu, a jej dłonie drżały z tłumionej furii.
Nie poszła do swojego pokoju; ona pobiegła. Pędziła przez wielkie mahoniowe korytarze, a jej buty twardo uderzały o podłogę, ignorując zaskoczone spojrzenia mijanych członków klanu. Dotarła do sypialni, wpadła przez drzwi i zatrzasnęła je za sobą z ogłuszającym hukiem.
Nogi poniosły ją prosto na środek pokoju. Rzuciła się na materac, zakopując twarz głęboko w miękkich poduszkach.
– Aaaaa! – krzyknęła.
Był to surowy, gardłowy krzyk absolutnej, dławiącej frustracji. Grube poduszki stłumiły dźwięk, pochłaniając jej furię i bezradność. Wbiła pazury w pościel, rwąc materiał, aż jej knykcie zbladły jak kreda. Znalazła się w potrzasku. W pułapce żelaznego dekretu przybranego ojca, w pułapce politycznego ciężaru własnych osiągnięć medycznych i w potrzasku nieustannych ataków kochanka, który pragnął jedynie zapłodnić ją i zmusić do uległości.
















