O cierniach i smoczym ogniu

O cierniach i smoczym ogniu

Autor: Aeliana Thorne

Rozdział 3
Autor: Aeliana Thorne
6 cze 2026
Rozdział 3 3 – Nie gap się! Nieważne, jaki jest przystojny… **LARA** Otrząsam się ze wspomnienia tamtego poranka w kuchni – listu, naleśników, spokojnego głosu mamy – i skupiam się na ogromnej żelaznej bramie górującej nade mną. To tutaj. Akademia Aethelgard. Nawet stąd wygląda onieśmielająco. Skrzydła bramy są przynajmniej dwa razy wyższe ode mnie, ich czarny metal powyginano w eleganckie wzory przypominające skrzydła i łuski. Dziwne symbole, runy, może? Migoczą słabo wzdłuż łuku, a za bramą widzę kręte kamienne ścieżki i nieprawdopodobnie wysokie drzewa, które zdają się lekko mienić w porannym słońcu. To wszystko sprawia wrażenie nie z tego świata, jakbym wchodziła w sen, w który nie do końca wierzę. Sprawdzam telefon. 8:03 rano. Jestem wcześnie. Typowe. Tak bardzo bałam się wyjazdu, że nalegałam, by ruszyć, gdy tylko wszyscy wstali i się ubrali. Rodzice oferowali, że poczekają ze mną, ale kazałam im jechać. Chciałam wyglądać na odważną, nawet jeśli serce wali mi tak mocno, że jestem niemal przekonana, iż zaraz wyskoczy mi z piersi. Więc rodzice mnie uściskali, obiecałam wpaść w weekend, a potem niechętnie odjechali, zostawiając mnie tutaj samą z moimi nerwami i nieco zbyt ciężkim plecakiem. Przestępuję z nogi na nogę, starając się wyglądać swobodnie. Jestem przerażona. Absolutnie, całkowicie przerażona. Prawda jest taka, że nic nie wiem o tym świecie, w który właśnie wkroczyłam. Jasne, czytałam czasem w internecie artykuły o zmiennokształtnych i czarownicach, albo o jakimś skandalu z udziałem syreny w parlamencie, ale to by było na tyle. Zawsze traktowałam to jako szum w tle, coś interesującego, ale odległego. Teraz, najwyraźniej, to moje życie. Chłodny powiew wiatru przemyka między drzewami, a ja drżę, mocniej otulając się kardiganem. Poranne powietrze pachnie słabo rosą i czymś ostrzejszym… magią, może? Cokolwiek to jest, sprawia, że włoski na moich rękach stają dęba. Poprawiam ramiączko plecaka. Nie zabrałam wiele, tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Kilka zdjęć, parę ulubionych książek, telefon, laptop i ładowarkę. Całe moje życie upchnięte w jednej torbie. To wydaje się jednocześnie zbyt małą i zbyt dużą ilością. Dotknięcie w ramię sprawia, że o mało nie wyskakuję ze skóry. Odwracam się i staję twarzą w twarz z dziewczyną mniej więcej w moim wieku; jej miedzianorude włosy zaplecione są w schludny warkocz opadający na jedno ramię, a piegi zdobią nos na jej ładnej buzi. Uśmiecha się tak promiennie, że to niemal rozbrajające. – Cześć! Jestem Macy Sterling – mówi, wyciągając rękę, jakbyśmy już były przyjaciółkami. – Jestem tu nowa w tym roku. Ty też pewnie jesteś nowa, co? – pyta. Jej przyjazna energia uderza we mnie jak światło słoneczne, ciepła i odrobinę przytłaczająca. Mimo to udaje mi się uśmiechnąć i uścisnąć jej dłoń. – Tak, jestem Lara. Cóż, technicznie Elara, ale Lara może być. I tak, zupełnie nowa – przyznaję. Jej uścisk jest pewny i zdecydowany. Nie mogę wyjść z podziwu, że w ogóle ze mną rozmawia. Ludzie zazwyczaj na początku są mili, jasne, ale to nigdy nie trwa długo. Mówiono mi, że jestem „intensywna”. Zbyt dosadna. Zbyt szczera. Nie robię tego specjalnie. Po prostu… nienawidzę kłamstw. Staram się być bezpośrednia, a to najwyraźniej ludzi przeraża. To nie jest najlepsza droga do przyjaźni tam, gdzie wszyscy są pełni fałszywej uprzejmości i uśmiechów. Nie żeby była celowo niemiła. Po prostu to nigdy nie wychodzi. Ale to nowe miejsce. Nowy początek. Może tutaj będzie inaczej? Macy szczerzy się do mnie. – Ekscytujesz się? Ja się, kurczę, tak ekscytuję! Czekałam na to latami. Rodzice wydali małą fortunę, żeby mnie tu wkręcić, ale będzie warto. O! Jestem zmiennokształtną, tak przy okazji. Wilkiem – dodaje. Mrugam oczami. – Wilkiem? Wow. – Staram się brzmieć swobodnie, a nie jak ktoś, kto nigdy wcześniej nie rozmawiał z prawdziwym zmiennokształtnym. Ona uśmiecha się dumnie. – No ba! Cała moja rodzina to wilki. Jesteśmy z Kręgu Żelaznego Drewna. A ty? – dopytuje z ciekawością. – Cóż… – zaczynam ostrożnie. – Dowiedziałam się o przyjęciu dopiero jakieś dwa tygodnie temu. Nawet nie wiedziałam, że rodzice złożyli podanie. Szkoła podała, że jestem zarejestrowana jako zmiennokształtna, ale tak naprawdę nigdy się nie… zmieniałam. Ani nie zrobiłam nic magicznego. Więc nie wiem, kim jestem – wyznaję. Oczy Macy robią się wielkie. – Czekaj, wychowałaś się jako człowiek? – wypala. Śmieję się nerwowo. – Tak, w zasadzie tak – odpowiadam. – To dziwne, ale w sumie czadowe! – ekscytuje się. – Możesz być kimkolwiek! To jak zagadka! To znaczy, pewnie nie jesteś wilkiem, bo do tej pory znalazłabyś już watahę, ale i tak, fajnie będzie się dowiedzieć. Większość zmiennokształtnych już by się ujawniła – wyjaśnia. Jej entuzjazm jest zaraźliwy, nawet jeśli odrobinę przerażający. – Albo po prostu jestem… wadliwa – żartuję słabo. Macy kręci głową, a jej rudy warkocz lata na boki. – Nie ma mowy. Rozgryziesz to. Tutejsi profesorowie podobno są niesamowici! Przetestują cię, pomogą ci nauczyć się kontroli, odkryją, czym jesteś. Będzie tak ekscytująco – zachwyca się. Nie mogę powstrzymać uśmiechu na widok jej pewności siebie. Chciałabym ją podzielać. – Mam taką nadzieję. Po prostu… naprawdę nie chcę przypadkiem obrosnąć łuskami przez sen czy coś – wyznaję nerwowo. Macy się śmieje. – Nie jest tak źle. Kiedy po raz pierwszy wyrosło mi futro, byłam zachwycona. Rodzice kupili mi tort – dodaje. Nie mogę powstrzymać śmiechu. To mój pierwszy śmiech tego ranka i jakimś cudem sprawia, że brama i wszystko, co na mnie czeka za nią, wydaje się odrobinę mniej straszne. Następna godzina mija w mgnieniu oka, wypełniona nerwowym podnieceniem i nieustannym gadaniem Macy. JAKIMŚ CUDEM zdaje się znać każdą osobę przechodzącą przez bramę. Każdego studenta. Każde nazwisko rodowe. Każdą plotkę. Jest jak chodzący, mówiący magiczny rocznik szkolny z dodatkowym komentarzem plotkarskim. Gdy w końcu pytam, skąd zna wszystkich, przewraca oczami, jakby to było oczywiste. – Oczywiście, że znam wszystkich. Magiczna społeczność jest malutka. Każdy zna każdego. No… poza tobą, jak sądzę – dodaje po chwili. To kłuje mocniej, niż się spodziewałam. Nie celowo, jej ton nie jest złośliwy, po prostu stwierdza fakt. Ale i tak zapada mi to w piersi niczym kamyk wrzucony do wody. Chyba nawet tutaj jestem tą dziwną. Mimo to ukłucie szybko mija, bo Macy wciąż pokazuje ludzi palcami, podając mi nazwiska, linie rodowe, typy magiczne i, jeśli to możliwe, skandale. Prawdę mówiąc, niewiele z tego pamiętam. Pewnie powinnam uważać bardziej, ale informacji jest zdecydowanie za dużo, by je spamiętać. Poza tym myślę, że wolę wyrobić sobie własne zdanie o ludziach. Przez większość czasu po prostu siedzę i bezmyślnie słucham, wdzięczna za odwrócenie uwagi i towarzystwo. Ale nagle jej radosny wyraz twarzy gwałtownie gaśnie. Oczy zwężają się w podejrzliwe szparki, a ona milknie w pół zdania. – Co się stało? – pytam. Nie odpowiada od razu. Jej wzrok utkwiony jest w kimś niedaleko bramy, a postawa nagle staje się sztywna. – Nie spodziewałam się, że ON tu będzie – mruczy, a jej głos ocieka dezaprobatą. – Myślałam, że jego rodzajowi nawet nie WOLNO uczęszczać do takiej szkoły – dodaje. Ooo. Ciekawe. O wiele ciekawsze niż pozostali ludzie, o których mówiła. – Dobra, kto, co i dlaczego? – pytam, nachylając się. EWIDENTNIE kryje się za tym jakaś historia, a ja chcę poznać każdy szczegół. No dobra, może jednak nie jestem całkowicie odporna na plotki. Unosi podbródek w stronę chłopaka stojącego samotnie niedaleko wejścia. I… Wow. Wyróżnia się, ale nie w jakiś obrzydliwy czy przerażający sposób, jakiego spodziewałam się po dramatycznym tonie Macy. Nie, wyróżnia się, bo, cóż, wygląda, jakby wszechświat sam stworzył modela na okładkę. Jest wysoki, szeroki w barach – ten typ wzrostu, przy którym czujesz, że stanie obok niego mogłoby być trochę onieśmielające. Ma krótkie, czarne włosy, lekko rozczochrane w sposób, który wygląda na przypadkowy, choć pewnie taki nie jest. Linia jego szczęki mogłaby ciąć szkło. Kości policzkowe mogłyby wywoływać wojny. Poważnie, wygląda, jakby pasował do reklamy wody kolońskiej albo drogich garniturów. Dlaczego, u licha, Macy miałaby go nie lubić? Chłopak się nie uśmiecha, ale rozumiem go. Ja też się jakoś specjalnie nie uśmiecham. Może jest nerwowy. Może pogrążył się w głębokich myślach. A może po prostu nienawidzi poranków. Skąd mam wiedzieć? – Kto to jest? – pytam, nie mogąc oderwać wzroku. – To Cillian Thorne – mówi mrocznie. – Jest zmiennokształtnym SMOKIEM – kończy. Wypowiada te słowa tak, jakby miały wzbudzić we mnie natychmiastowy strach. Jakbym miała dramatycznie westchnąć i zemdleć na trawie. Albo wrzasnąć i uciec. Ale ja… nie do końca wiem, co to oznacza. Więc zamiast zareagować w jakiś intensywny sposób, gapię się na nią tępo jak idiotka. – I… dlaczego go nie lubisz? Czy to ma coś wspólnego z tym, że stoi sam? – pytam. Jakby wyczuł moje spojrzenie, chłopak nagle podnosi wzrok. Prosto. Na. Mnie. Moje płuca na moment zapominają, jak obsługiwać tlen. Natychmiast odwracam wzrok – gładko, Laro, BARDZO dyskretnie – ale nie wcześniej, niż udaje mi się dostrzec jego oczy. Były złote. Nie piwne. Nie brązowe. Nie bursztynowe. Złote, płynne i jasne, jakby ktoś przetopił skarb i wlał go do jego tęczówek. Co właściwie brzmi o wiele bardziej makabrycznie, niż zamierzałam. Gorący metal w oczach? Aua… Mimo to chcę spojrzeć jeszcze raz. Rozpaczliwie. Macy prycha obok mnie. – Jest niebezpieczny – mówi stanowczo. – Nie powinnaś rozmawiać ze zmiennokształtnymi smokami, chyba że musisz. Tak już jest. Trzymaj się od niego z daleka, dobrze? – instruuje mnie. Zerka na nią. Jest śmiertelnie poważna, brwi zmarszczone, usta zaciśnięte. A ja tego nie łapię. Jak bycie zmiennokształtnym smokiem automatycznie czyni kogoś niebezpiecznym? Jasne, smoki brzmią groźnie, to smoki. Wielkie, ostre, ziejące ogniem. Mnóstwo sposobów na śmierć, teoretycznie. Więc tak, smok mógłby mnie skrzywdzić, a nawet zabić. Ale tak samo mógłby wilk. Albo czarownica. Albo człowiek ze złym nastawieniem i nożem kuchennym. Szczerze mówiąc, zabicie kogoś wydaje się całkiem łatwe, jeśli masz odpowiednią motywację. Nie żeby ja miała. Po prostu… oglądam dużo seriali kryminalnych. Mimo to zatrzymuję myśli dla siebie. Macy wydaje się bardzo utwierdzona w swoim przekonaniu, a nie mam ochoty debatować nad polityką gatunków magicznych pierwszego dnia. Ale wewnątrz mnie coś upartego zwija się i zapiera nogami. NIE LUBIĘ, gdy mówi mi się, z kim mogę, a z kim nie mogę rozmawiać. I NAPRAWDĘ nie lubię patrzeć, jak ktoś stoi sam, podczas gdy wszyscy inni śmieją się z przyjaciółmi. Wiem, jak to jest – to jak bycie niewłaściwym kawałkiem układanki w niewłaściwym pudełku. Robię więc notatkę w pamięci. Przedstawię się Cillianowi Thorne’owi przy pierwszej nadarzającej się okazji. Może jest okropny. Może jest chamski. Ale może po prostu jest samotny. Tak czy inaczej, nie pozwolę, by ktoś inny dyktował mi, z kim mam się przyjaźnić. Już nie.

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

Rozdział 3 – O cierniach i smoczym ogniu | Czytaj powieści online na beletrystyka