**LARA**
Gdy tłum przesuwa się do przodu, wyciągam plan zajęć z torby i rozkładam go. Jest pusty. Całkowicie, niemożliwie pusty.
– Co? – mruczę. Ukłucie paniki przeszywa mi pierś. Czy o mnie zapomnieli? Czy oblewam tę szkołę, zanim jeszcze postawiłam stopę w klasie?! Ale zanim zdążę wpaść w zbyt dramatyczną spiralę już pierwszego ranka, papier w moich dłoniach zaczyna falować. Ciemny atrament przesiąka przez włókna niczym woda w gąbkę, linie i litery formują się i wyostrzają, aż pojawiają się konkretne słowa.
*Plan zajęć – Elara Vance*
*Codzienne grafiki znajdziesz każdego ranka na stoliku przy łóżku.*
*Prosimy o noszenie go zawsze przy sobie. Plan może ulec zmianie w dowolnym momencie.*
*PONIEDZIAŁEK*
*12:00 – Podstawy zmiennokształtności*
*13:30 – Przerwa na lunch*
*14:30 – Magia lecznicza*
*16:00 – Czas wolny*
*19:00 – Kolacja*
*Bramy Instytutu są zamykane o północy. Nie zostaną otwarte pod żadnym pozorem do siódmej rano.*
– Cóż, przynajmniej mam dziś tylko dwa przedmioty. To pewnie uda mi się przeżyć – mruczę pod nosem. Może. Prawdopodobnie. Miejmy nadzieję. W końcu docieramy do potężnego kamiennego budynku, który musi być akademikiem. Z bliska jest jeszcze większy, z szerokimi łukami i wysokimi, rzeźbionymi drzwiami, na których wyryto runy świecące słabo, gdy student przechodzi obok. Wewnątrz kilka długich korytarzy rozchodzi się niczym szprychy w kole, każdy oznaczony wielkimi mosiężnymi numerami. Wszyscy starsi studenci odłączają się w stronę korytarzy z wyższymi numerami – cztery, pięć, sześć i tak dalej – śmiejąc się, rozmawiając, witając przyjaciół, jakby nigdy się nie rozstali. Hol Pierwszy ziewa przede mną niczym paszcza gotowa połknąć mnie w całości.
– Dobra, raz kozie śmierć – szepczę. Idę korytarzem, aż zauważam w połowie drogi drzwi z małą tabliczką na wysokości oczu. Moje nazwisko błyszczy do mnie. ELARA VANCE. To ja. To mój pokój. W żołądku czuję dziwny, nerwowy skurcz. Wyciągam klucz, wciąż wiszący na długim srebrnym łańcuszku na mojej szyi, i wsuwam go do zamka. Przekręca się lekko, a drzwi otwierają się z cichym, powitalnym mruknięciem. Pokój jest… szczerze mówiąc, ładniejszy niż moja sypialnia w domu. Łóżko typu queen-size stoi przy dalekiej ścianie, wciśnięte pod jasne okno. Kapa jest puszysta i wygląda na miękką, w uspokajającym odcieniu niebieskiego – dokładnie taki kolor sama bym wybrała. Na górze ułożono co najmniej tuzin poduszek, tworząc puszystą górę. Jest też duże okno. Co nie ma sensu, bo WYRAŹNIE widziałam, że po obu stronach tego korytarza są inne korytarze. Więc ten pokój powinien być wewnętrzny. Bez okien. A jednak, oto ono.
– Jak oni…? – zaczynam. Potem ucinam. Odpowiedź jest oczywista. Magia. Magia będzie moim wyjaśnieniem dla bardzo wielu rzeczy. Przy jednej ścianie stoi wysoki, pusty regał na książki, a obok biurko z mosiężną lampą w kształcie zwiniętego lisa. Małe drzwi po lewej prowadzą do prywatnej łazienki – prywatnej! Z czystymi kafelkami, świeżymi ręcznikami i jakimś pokrętłem pod prysznicem, które słabo świeci. To będzie ciekawe do zbadania później. Rozpakowuję rzeczy, ustawiając książki równo na półce i kładąc oprawione zdjęcia rodziców na biurku. Wtedy zauważam szafę. Ciekawa, szarpię za oba skrzydła drzwi. Jest pusta. Całkowicie pusta.
– Żadnych ubrań… Ale mówili, że nie muszę nic zabierać… – Sprawdzam list z przyjęciem, żeby się upewnić. Tak. Nie potrzeba ubrań. Może mundury zostaną dostarczone? Może mam coś odebrać później? Możliwości są nieskończone, a ja jestem zbyt zmęczona, by zgadywać. Przechodzę przez pokój i wyglądam przez okno. I zamieram… Pode mną rozciąga się rozległy widok na teren Instytutu z miejsca, które musi być przynajmniej trzecim albo czwartym piętrem: drzewa, dziedzińce, dachy innych budynków. Tyle że… nie wchodziłam po żadnych schodach, żeby się tu dostać. Szłam prosto. Jeden korytarz. Żadnych zakrętów. Żadnych stopni.
– No cóż… Magia robi, co chce – mruczę do siebie. Jestem totalnie oszołomiona. Bo naprawdę, co innego mogę powiedzieć? I coś mi mówi, że będę o tym myśleć jeszcze bardzo często.
Wyciągam telefon z torby i sprawdzam godzinę. 10:32 rano. Świetnie. Półtorej godziny do pierwszej lekcji. Co ja mam właściwie robić? Siedzieć na moim puszystym niebieskim łóżku i gapić się w ścianę? Panikować po cichu? Udawać, że nie przeraża mnie wizja przypadkowego wypuszczenia pazurów? Może zwiedzanie to lepsza opcja. Jeśli będę miała szczęście, może nawet znajdę jakiegoś starszego studenta, który powie mi, w którą stronę iść na „Podstawy zmiennokształtności”. Najlepiej kogoś, kto nie uważa mnie za chodzącą zagadkę, która lada chwila wybuchnie. Zamykam drzwi na klucz i ruszam pustym korytarzem. W akademiku panuje teraz upiorna cisza, gdy tłum się rozproszył; tylko cichy stukot moich kroków odbija się echem od kamiennej podłogi. Docieram z powrotem do wejścia, wciąż niepewna, w którą stronę iść, gdy ktoś mnie woła.
– Lara! Cześć! – odwracam się w samą porę, by zobaczyć Macy biegnącą w moją stronę; jej rudy warkocz podskakuje. Za nią kroczy chłopak – wysoki, barczysty, z piaskowymi włosami i wiecznie skrzywioną miną.
– Lara, to jest Archer Blackwell. – Macy niemal promienieje, wypowiadając jego imię.
– Jest zmiennokształtnym wilkiem jak ja, ale zaczął w zeszłym roku. Właśnie miał mnie oprowadzić. Powinnaś iść z nami! To znaczy… jeśli Archer nie ma nic przeciwko. Można, Archerze? – pyta, uśmiechając się do niego z nadzieją w oczach. Archer przystaje, omiata mnie wzrokiem powoli od stóp do głów, jakby oglądał podejrzaną paczkę, po czym raz sztywno skinął głową.
– Tak, możesz zabrać tę dziewczynę. Następnym razem najpierw zapytaj – mówi bez ogródek. Po czym odwraca się na pięcie w stronę drzwi. Mrugam. Słucham? „Tę dziewczynę”? „Najpierw zapytaj”? Ależ on jest apodyktyczny. Macy w ogóle nie wydaje się tym przejęta. Właściwie wygląda na zadowoloną. Bierze mnie pod ramię i ciągnie za sobą.
– Archer to syn mojego Alfy. Na pewno sam kiedyś zostanie Alfą. Jest taki dobry w przejmowaniu dowodzenia. – Wyjaśnia rozmarzonym głosem. Dobry w przejmowaniu dowodzenia? W wydawaniu rozkazów, na pewno. Ale przejmowanie dowodzenia? Wygląda raczej na typ, który kłóciłby się z drzewem, że stoi mu na drodze. Powstrzymuję chęć zrobienia miny. Nie pytała mnie o zdanie. A szczerze mówiąc… potrzebuję tego oprowadzania. Przełykam więc komentarz i idę za nimi obojgiem na zewnątrz.
Trzeba przyznać Archerowi, że kiedy już zaczął, trochę wyluzował. Poniekąd. Wciąż jest niezwykle… intensywny. Ale zna się na rzeczy. Pokazuje nam główne budynki: sale lekcyjne, jadalnię, dziedziniec, laboratoria eliksirów (do których mamy zakaz wstępu bez opieki) i gigantyczną szklarnię pełną magicznych roślin, które podobno gryzą. Zanim zostawia mnie i Macy pod salą naszych pierwszych zajęć, jest za pięć dwunasta. Gdy tylko zauważa innego starszego studenta machającego do niego, Archer mruczy szybkie pożegnanie i odbiega, nie czekając na odpowiedź. Macy natychmiast dostrzega inną ze swoich wilczych przyjaciółek i porzuca mnie w pół zdania. Niemal rzuca się na tamtą dziewczynę, rozmawiając ożywiono, jakbym rozpłynęła się w powietrzu. I znów… jestem sama. Biorę oddech i wchodzę do klasy. Prawie wszyscy już siedzą. Dwa wolne miejsca w samym pierwszym rzędzie. I jedno na samym końcu. Obok Cilliana. Żołądek mi podjeżdża do gardła. MOGŁABYM usiąść z przodu. Naprawdę. Ale siedzenie w pierwszym rzędzie na przedmiocie o nazwie „Podstawy zmiennokształtności”, gdy nie wiem nawet, jakiego jestem gatunku… cóż, to proszenie się o katastrofę. A obiecałam sobie, że z nim porozmawiam. Prostuję więc plecy, unoszę podbródek i idę przejściem prosto w stronę ostatniego rzędu. W klasie nieco cichnie, czuję na sobie wzrok innych, słyszę narastające szepty, gdy ludzie zauważają, dokąd zmierzam. Niech gadają. To mnie nie zabije. Prawdopodobnie. Cillian podnosi wzrok, gdy podchodzę. Jego wyraz twarzy się zmienia, przez rysy przemyka zdziwienie, a potem coś ostrożnego. Czujnego. Jakby nie mógł zdecydować, czy zamierzam go zaatakować, czy co. Przez ułamek sekundy nasze spojrzenia się spotykają. Z bliska jego oczy są jeszcze bardziej niezwykłe: głębokie, płynne złoto, niepokojąco bystre, jakby widział o wiele więcej, niż powinien. Coś ciepłego porusza się nisko w moim brzuchu. On jednak szybko odwraca wzrok w lewo, a jego szczęka się zaciska. Przystaję przy pustym krześle i odchrząkuję.
– To miejsce jest wolne?
















