**LARA**
Właśnie otwieram usta, by zapytać Macy o więcej szczegółów – na przykład DLACZEGO Cillian jest rzekomo niebezpieczny albo co dokładnie w byciu smokiem sprawia, że powinnam go unikać – gdy ogromne metalowe bramy przed nami ożywają z jękiem. Dźwięk jest koszmarny. Ogłuszający, metaliczny pisk niesie się po dziedzińcu, tak głośny, że połowa studentów zatyka uszy dłońmi i krzywi się. Ja też drgam.
– No! To uroczy początek roku – mruczę pod nosem.
– Ups, przepraszam za to! – woła wesoły głos. Przez otwartą bramę kroczy kobieta z jaskrawobiałymi włosami upiętymi w schludny kok, z delikatnymi zmarszczkami śmiechowymi wokół oczu, ubrana w powiewne turkusowe szaty, które mienią się srebrnymi nićmi. Wygląda bardziej jak dobra wróżka niż pracownik szkoły.
– Witajcie, nowi studenci! – ogłasza, zupełnie niewzruszona dźwiękiem rozdzierającym uszy.
– Proszę za mną na apel inauguracyjny, dyrektor VanDorn wygłosi przemówienie wstępne. Dla tych, którzy mnie nie znają: nazywam się profesor Lydia Mercer i wykładam tutaj magię leczniczą. A teraz chodźcie wszyscy, nie chcemy się spóźnić! – macha, byśmy szli za nią. Jej energia jest ciepła i entuzjastyczna, jakby żywiła się słońcem i ziołową herbatą. Odwracam się do Macy, gotowa zapytać, dlaczego, u licha, tak nienawidzi smoków… Ale ona jest już w połowie drogi do bramy. W mgnieniu oka bierze pod ramię wilkołaczkę, którą pokazała mi wcześniej – Remi, tak miała na imię? – i obie znikają w tłumie, śmiejąc się i rozmawiając, jakby spotkały się po miesiącach rozłąki. Przystaję. No dobra… Czyli to by było na tyle. Nie winię jej. Siła przyciągania znajomych twarzy jest ogromna, a ja jestem nową, tajemniczą dziewczyną, która może nawet nie znać własnego gatunku. Właściwie jestem pod wrażeniem, że wytrzymała ze mną tak długo. Mimo to… trochę to boli. Znów jestem sama. Samotność osiada mi w piersi z rozczarowującą znajomością. Podciągam plecak wyżej i płynę z falą studentów na teren Instytutu.
Zostajemy poprowadzeni szeroką kamienną ścieżką do ogromnego audytorium, które wygląda, jakby ktoś połączył salę balową zamku z teatrem. Kryształowe żyrandole unoszą się pod sufitem bez żadnych widocznych łańcuchów. Ściany zdobią sztandary z magicznymi symbolami i stworzeniami: wilkami, fenixami, wężami, gryfami i wieloma innymi, których nawet nie potrafię nazwać. Wszystko lśni: wypolerowane podłogi, lśniące marmurowe filary, zaczarowane lampiony migoczące błękitnym płomieniem. To… piękne. Profesor Mercer prowadzi pierwszoroczniaków do dużej grupy siedzeń w centrum sali. Wsuwam się na to najbliżej przejścia, wdzięczna za możliwość szybkiej ucieczki, gdybym w którymś momencie musiała wiać (co, biorąc pod uwagę obecny stan moich nerwów, wydaje się coraz bardziej prawdopodobne). Jest nas, pierwszoroczniaków, około trzydziestu. Ale zaskakuje mnie morze starszych studentów, którzy już wypełniają okoliczne rzędy – jest ich co najmniej setka, może więcej. Wyżsi stażem studenci, jak mniemam. Rozglądam się, starając się nie gapić zbyt nachalnie, ale i tak jestem ciekawa. I wtedy go widzę. Cilliana, tego smoczego chłopaka. Siedzi sam, z boku i nieco z tyłu naszej wyznaczonej sekcji. Nie tylko sam, ale całkowicie odizolowany. Miejsca po obu jego stronach są puste. Nie przez przypadek. Celowo puste. Przerwa na dwa lub trzy krzesła z każdej strony, jakby istniała niewidzialna bariera, którą wszyscy bez pytania respektują. Siedzi w całkowitym bezruchu, z dłońmi luźno splecionymi, z postawą niemal królewską. Jego wyraz twarzy jest nieodgadniony, spokojny i zdystansowany, ale nie zimny. Jego złote oczy omiatają salę raz, powoli, rejestrując wszystko, jakby katalogował każdą rzecz, którą widzi. Ściska mnie w piersi. To wydaje się… niesprawiedliwe. Nie wygląda na groźnego. Przynajmniej nie bardziej niż ktokolwiek inny. Wygląda na… samotnego. A to uczucie, które rozumiem o wiele lepiej, niż chciałabym przyznać. Gdybym już nie siedziała, gdyby wstanie nie przyciągnęło niechcianej uwagi, wstałabym i usiadła blisko niego. Albo przynajmniej przywitała się. Ale sala jest pełna i wszyscy patrzą na scenę. Zostaję więc tam, gdzie jestem, ale ten widok mnie męczy. Drażni mnie pod skórą. Ostrzeżenia Macy odbijają się echem w mojej głowie. Że jest niebezpieczny. Żeby trzymać się z daleka. Ale… nie wiem. Coś w tym, jak siedzi, sam w morzu ludzi, sprawia, że mam ochotę zignorować każde jedno ostrzeżenie. Może jestem uparta. Może naiwna. A może po prostu odmawiam skreślenia potencjalnego przyjaciela bez powodu. Tak czy inaczej, nie potrafię pozbyć się cichej pewności rosnącej w moich trzewiach: POROZMAWIAM z Cillianem Thorne’em. Wkrótce. Smok czy nie. Niebezpieczny czy nie. Samotny czy nie. Nie pozwolę, by strach czy opinia kogoś innego decydowały za mnie.
Cichy szum rozmów cichnie, połknięty przez nagłą ciszę, która przetacza się przez potężną salę, jakby ktoś przełączył niewidzialny guzik. Wszystkie głowy odwracają się w stronę sceny, ja również. Przy podium stoi wysoka kobieta, ciemne włosy upięte w ciasny kok, postawa prosta tak, że mogłaby łamać stal. Jej spojrzenie omiata salę, ostre, oceniające, i przysięgam, że wyławia każdą osobę z osobna. Nawet stąd czuję jego ciężar. Nie przypomina w niczym ciepłej, roziskrzonej profesor Mercer. Ta kobieta prawdopodobnie mogłaby zabić człowieka samym spojrzeniem.
– Witajcie wszyscy. Nazywam się Sloane VanDorn, jestem waszą dyrektorką – ogłasza. Jej głos jest rzeczowy i chłodny, z tym rodzajem opanowanego autorytetu, który sprawia, że prostujesz się, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
– Jeśli jesteście tu nowi, witajcie. Jeśli wracacie, witajcie ponownie – dodaje. Zero zbędnego gadania. Zero ciepła. Zero wahania.
– Zajęcia zaczną się dzisiaj o dwunastej, co powinno dać wam kilka godzin na znalezienie pokojów i zadomowienie się. Lunch serwowany jest o trzynastej i pozostaje dostępny do piętnastej. Każdy z was będzie miał wyznaczoną godzinę posiłku w zależności od planu zajęć – wyjaśnia. Zerkam automatycznie w dół, mimo że nie odebrałam jeszcze grafiku.
– Kolacja jest o dziewiętnastej. Śniadanie o ósmej rano. Wasze plany zajęć znajdują się pod waszymi siedzeniami. – Przerywa, wyraz jej twarzy pozostaje nieodgadniony.
– Nie jestem zwolenniczką przemówień, więc teraz skończę i pozwolę wam samym się w tym połapać – decyduje. Kilka osób wymienia zdezorientowane spojrzenia.
– Nowi studenci, po prostu podążajcie za tłumem starszych roczników do akademików. Zanim ktoś zapyta: nie, nie ma podziału ze względu na płeć. Nie jesteście dziećmi, więc nie ma potrzeby wprowadzania takich zasad. Pokoje zostały przydzielone. Nie można prosić o zmiany – mówi stanowczo. To wywołuje kilka zaskoczonych pomruków. Mrugam. Brak podziału płci? To wydaje się… odważne. Albo może po prostu jestem zbyt ludzka jak na standardy szkoły magicznej.
– Każdy z was ma klucz do swojego pokoju. Jeśli nie chcecie, by ktoś wpadał z wizytą, sugeruję używać zamka – dodaje sucho. Jej wzrok znów omiata salę, brwi drgają, jakby wyzywała kogoś, by spróbował narzekać.
– Powodzenia wszystkim. – Przestaje mówić. A potem… po prostu tam stoi. Cisza się przeciąga. Nikt się nie rusza. Nikt nie oddycha. Nikt nie chce być pierwszą osobą, która wstanie pod tym spojrzeniem. Dyrektor VanDorn mruży oczy.
– No? Idźcie już. Wynocha – rzuca krótko. O… To był koniec. Dobra. Sala wraca do życia. Krzesła szurają po podłodze, gdy studenci rzucają się do wykonywania polecenia. Macam pod siedzeniem, aż moje palce zaciskają się na złożonym pergaminie z planem; chowam go do torby, zanim zostanę stratowana. Tłum napiera w stronę wyjść, a ja pozwalam się nieść nurtowi. Nie ma co z tym walczyć, chyba że chcę oberwać łokciem albo zostać przygnieciona. Kurczowo trzymam ramiączka plecaka i pozwalam starszym studentom prowadzić nas długim korytarzem w stronę akademików, a serce bije mi w rytmie mieszanki nerwów i podniecenia. To dzieje się naprawdę. Naprawdę tu jestem. Teraz muszę tylko dowiedzieć się, kim jestem, i mieć nadzieję, że nie zacznę przypadkiem obrastać łuskami przez sen.
















