POV Elary
Następnego ranka, gdy się obudziłam, łóżko było puste i zimne. Bez wątpienia Kaelen pojechał do Sylvii. Ta myśl sprawiła mi ból i pogrążyła w depresji. Świadomość, że nigdy w pełni mnie nie zaakceptuje, ciążyła mi na sercu.
Zauważyłam krótki liścik na szafce nocnej. Był od Kaelena:
„Wrócę w nocy. Zjedz coś. Nawet nie myśl o ucieczce.
— Kaelen”.
Z trudem zwlokłam się z łóżka i poszłam do łazienki. Lustro odbijało obraz skrajnie przygnębionej dziewczyny. Moje oczy były opuchnięte od płaczu, a usta obrzmiałe. Na twarzy wciąż miałam ślady zaschniętych łez. Wszystko mnie bolało, ale najbardziej serce.
Cały dzień minął mi na planowaniu ucieczki. Straciłam apetyt, ale zmuszałam się do jedzenia. Znalazłam w domku torbę i zaczęłam chować do niej najważniejsze rzeczy: ubrania na zmianę, jedzenie i latarkę. Zamierzałam uciec w nocy.
Kaelen przysłał więcej wojowników, by pilnowali domku – to było ostrzeżenie, że nigdy mu nie umknę.
Obeszłam cały budynek, licząc strażników patrolujących teren. Studiowałam ich ruchy. Wkrótce znalazłam swoją szansę na wolność.
Bria była sfrustrowana tym, że prawie nic nie jem. Kiedy poszłam do kuchni po kawę, zastałam ją siedzącą przy wyspie kuchennej. Zdziwiła się na mój widok. Nalewając sobie czarnej kawy, zapytałam: – Czy Sylvia to bardzo słynna modelka?
– Tak, jest niezwykle popularna i słyszałam, że wkrótce może zacząć grać w filmach.
Gdy siorbałam kawę, Bria wpatrywała się we mnie badawczo. – Dobrze się czujesz? – zapytała z powątpiewaniem w głosie.
– Tak – odetchnęłam. Nie, nie czułam się dobrze. Czułam się, jakby przejechał po mnie walec drogowy. Byłam kompletnie wyżęta z emocji.
– Chcesz zjeść coś więcej? – Wstała i przyniosła grillowane kanapki z serem. Zaczęła mi je nakładać.
– Nie, dziękuję – opierałam się, ale i tak mi je podała.
– Musisz dobrze jeść – powiedziała z tajemniczym uśmiechem. – To ważne. Potrzebujesz dużo energii.
– Dlaczego tak mówisz? – zapytałam, niezbyt zainteresowana jej nadskakiwaniem. Była miłą kobietą, ale nie byłam przyzwyczajona do takiej troski. Przywykłam do przemocy i... zdrady.
Otwierając lodówkę, by wyjąć jogurt truskawkowy, odparła: – Bo jesteś blada. – Zdjęła folię z kubeczka i mi go podała. – Wygląda na to, że wymiotowałaś. Zjedz to. – Podała mi jogurt. – To uspokoi twój żołądek.
Zmarszczyłam brwi, ale przyjęłam jogurt. Gdy tylko poczułam jego smak, jęknęłam z ulgą. Faktycznie mi pomógł. Prawdopodobnie po prostu się o mnie martwiła.
Bria wyszła do domu po kolacji. Była ósma wieczorem. Kaelen jeszcze nie wrócił, co było mi na rękę. Musiałam się spieszyć. Poszłam na górę i zabrałam torbę, gdy mój wzrok padł na portfel Kaelena. Musiał go zostawić w pośpiechu. Wzięłam głęboki oddech i otworzyłam go. Nie zdziwiłam się, widząc w środku dużą ilość gotówki.
Drżącymi dłońmi wyjęłam kilka tysięcy dolarów, bo teraz musiałam myśleć racjonalnie. Nie było czasu, by do głosu dochodziło serce. Zostało podeptane zbyt wiele razy, więc przestałam go słuchać.
Nyla była niespokojna. „Nie rób tego” – skomlała, a perspektywa opuszczenia partnera dręczyła ją od środka.
„Muszę” – odpowiedziałam. „Inaczej oszaleję”. Schowałam pieniądze do kieszeni. Nyla skomlała jeszcze chwilę, a potem ucichła. Zapadła grobowa cisza. Usiadłam i napisałam do niego list.
„Biorę od ciebie trochę gotówki. Potraktuj to jako pożyczkę. Oddam, kiedy będę mogła.
Życzę ci szczęśliwego życia małżeńskiego.
— Elara”.
Choć przez cały czas planowałam ucieczkę, kiedy przyszła chwila prawdy, byłam załamana. Opuszczenie Kaelena było jak walka z grawitacją, ale musiałam wykonać ten skok.
Z gulą w gardle, niechętnie, wygramoliłam się przez okno od strony podwórza. Nie było tam strażnika. Ruszyłam pędem. Biegłam przez las. Był ciemny i gęsty, a ja marzyłam tylko o tym, by nie natknąć się na żadnego innego samotnika. Szczerze mówiąc, po latach życia jako wyrzutek, nie bałam się mroku spowijającego knieję o tej porze nocy.
Nie zdziwiło mnie, że nie spotkałam żywej duszy. Oczywiście, żaden samotnik nie odważyłby się zbliżyć do terytorium Lodowej Grzywy ze strachu przed Alfą Kaelenem. Patrzyłam przed siebie, odpychając te myśli. Polegałam na instynkcie, by dotrzeć do głównej drogi. Skręciłam na wschód i na szczęście trafiłam na autostradę.
Dyszałam i byłam spocona, ale krzyknęłam z radości. Nie wiedziałam, który kierunek obrać, ale wybrałam południe, bo wiedziałam z koczowniczego życia, że na północy jest zbyt wiele watah.
Gdy tylko się obróciłam, zakręciło mi się w głowie. Chwyciłam powietrze, by nie upaść. – Co to było? – szepnęłam, cofając się niezdarnie.
Usiadłam na zwalonym pniu, wyjęłam butelkę wody i napiłam się, pozwalając, by chłód mnie orzeźwił. Chciałam posiedzieć i odpocząć, ale bałam się, że wilki Kaelena mnie dopadną. Nie wiedziałam, co pocznę dalej. Wszystko było niepewne, ale byłam przekonana, że nic nie może być gorsze od życia, które zostawiałam za sobą. Byłam wilkołakiem i wiedziałam, że poradzę sobie w świecie ludzi, bo tam właśnie zmierzałam.
Szłam dalej autostradą, licząc na to, że trafi się choć jeden samochód, który podwiezie mnie do najbliższego miasteczka. Podziękowałam Księżycowej Bogini, gdy zatrzymała się mała ciężarówka. Spięłam się, gotowa do ataku. Szyba opadła i wyjrzała z niej barczysta, dobrotliwie wyglądająca kobieta. – Co taka dziewczyna jak ty robi sama na autostradzie? Chcesz podwózki? – zapytała z uśmiechem.
Odetchnęłam z ulgą i skinęłam głową. – Czy może mnie pani podwieźć do najbliższego miasta? – Dlaczego jej twarz i zapach wydawały mi się tak znajome?
– Jasne. Wskakuj na tył. Ale mała... – wyszczerzyła zęby. – Jedziemy daleko na południe. Nie zatrzymamy się aż do rana. Jest już jedenasta w nocy!
– Pasuje mi! – Rzuciłam torbę na pakę i wskoczyłam do środka. Ciężarówka ruszyła z kopyta. Patrzyłam na las, który zostawiałam za sobą, ruszając ku nowemu życiu. Skuliłam się w kącie i naciągnęłam kaptur. Przez długi czas obserwowałam przesuwające się ciemne drzewa, aż w końcu zamknęłam oczy. Sny o wilkach z zielonymi oczami, które lśniły złotem z wściekłości, sprawiały, że drżałam.
Musiałam spać długo, bo obudził mnie gwałtowny postój na parkingu. Kobieta podeszła do mnie i uśmiechnęła się. – Jesteśmy w Georgii. Kawał drogi od Idaho. Teraz radź sobie sama.
Oblizałam suche wargi. – Dziękuję za podwózkę – powiedziałam, zabierając torbę i zeskakując na ziemię.
– Nie ma za co! – odparła. – Ale uważaj następnym razem, kogo prosisz o podwiezienie. Kto wie, czy nie trafisz na jakiegoś gwałciciela? – Wskazała na mały motel. – Tam jest zajazd. Może będziesz chciała odpocząć.
Uśmiechnęłam się na jej troskę. – Mam wrażenie, że już panią widziałam – powiedziałam, próbując sobie przypomnieć, skąd ją znam.
Zachichotała. Usiadła za kierownicą i dodała gazu. Jej twarz spoważniała. Ostrzegła mnie: – Jestem Velma, ciotka Kaelena! Nie wracaj, bo inaczej Vera, matka Kaelena, pochowa cię żywcem! – Mówiąc to, ruszyła z piskiem opon, zostawiając mnie z rozdziawionymi ustami.
Patrzyłam, jak ciężarówka znika na horyzoncie, a moja głowa pełna była pytań bez odpowiedzi. Czy matka Kaelena, Vera, przez cały czas mnie obserwowała?
Dreszcz przeszedł po moim ciele. Vera ukartowała moją ucieczkę. Zagryzając dolną wargę, ruszyłam w stronę małego zajazdu, prosto w nieznane.
















