To nie może dziać się naprawdę.
Nie teraz. Nie po tym wszystkim, przed czym właśnie uciekłam. Nie wtedy, gdy w końcu jestem wolna, kiedy wreszcie znowu oddycham, w końcu przypominając sobie, jak to jest podejmować własne decyzje.
Ale oto on. Cassian Thorne. Mężczyzna, o którym próbowałam zapomnieć przez dwa lata. Mężczyzna, który nauczył mnie, że miłość może być delikatna, zanim Silas nauczył mnie, że może być brutalna.
– *Wow! Wciąż jest taki gorący* – słyszę Celeste, moją wilczycę.
Unoszę brew. A więc wciąż tu jest? Zapomniałam o jej istnieniu.
– *Czyż nie jest gorący?* – mówi najbardziej zawstydzonym głosem, jaki kiedykolwiek od niej słyszałam.
– *To nie ma teraz znaczenia, musimy trzymać się od niego z daleka* – mówię, spychając ją z powrotem.
Wtedy pozwalam sobie na niego spojrzeć. Tak naprawdę na niego spojrzeć. Nawet po pięciu latach nie sposób przeoczyć Cassiana Thorne'a. Jest wyższy, niż zapamiętałam, szerszy w ramionach, jego ciemne włosy są dłuższe i dziksze niż schludna fryzura, którą zwykł nosić.
Zestarzał się jak dobre wino. Wygląda, jakby nie postarzał się ani o dzień. W niczym nie przypomina trzydziestopięcioletniego mężczyzny.
Przeszukuje wzrokiem tłum, te ciemne oczy, które kiedyś znałam lepiej niż własne, kogoś szukają. Mnie. Jego szczęka jest bardziej napięta, niż pamiętam, ramiona szersze, ale to wciąż on. Wciąż mężczyzna, który trzymał mnie, kiedy płakałam po śmierci rodziców. Wciąż mężczyzna, który odszedł, kiedy potrzebowałam go najbardziej.
Powinnam uciec. Schować się w łazience, dopóki się nie podda i nie pójdzie. Napisać do Alarica, że popełniłam błąd, że jednak nie jestem gotowa na powrót do domu.
Ale nie mogę się ruszyć. Jestem zamrożona w miejscu, patrząc, jak mnie szuka, obserwując dokładny moment, w którym jego oczy odnajdują moje po drugiej stronie terminalu.
Świat się zatrzymuje.
Wszystko staje w miejscu. Hałas, chaos, ciągły ruch spieszących się ludzi. Przez krótką chwilę jest jak pięć lat temu, znowu mamy dwadzieścia pięć lat, a on patrzy na mnie, jakbym była jedyną osobą, która ma znaczenie na całym świecie.
Wtedy rzeczywistość uderza we mnie z powrotem.
Zaczyna iść w moją stronę, a ja widzę pytania w jego oczach. Pytania, na które nie jestem gotowa odpowiedzieć. Pytania o to, gdzie byłam, co robiłam, dlaczego wyglądam jak duch kobiety, którą kiedyś znał.
– Genevieve. – Moje imię na jego ustach brzmi jak modlitwa. Jakby nie był pewien, czy jestem prawdziwa.
– Cassian. – Mój głos brzmi pewniej, niż się czuję. – Nie spodziewałam się... Alaric...
– Powiedziałem mu, żeby pojechał z Seraphiną. – Jego oczy przeszukują moją twarz, katalogując każdą zmianę, każdą nową bliznę. – Byłem wolny, więc zgłosiłem się na ochotnika.
Oczywiście, że tak. Oczywiście, po pięciu latach milczenia, właśnie tak wracam do domu. Wpadając prosto w ramiona mężczyzny, który złamał mi serce, zanim w ogóle dowiedziałam się, czym jest złamane serce.
– Wyglądasz... – Urywa, potrząsa głową. – Wyglądasz na zmęczoną.
Zmęczoną. To jedno z określeń. Wyglądam, jakbym przeszła przez wojnę. Bo tak właśnie było. Wojnę z samą sobą, z moimi wyborami, z mężczyzną, który próbował wymazać wszystko, czym kiedyś byłam.
– To był długi lot – mówię, bo to łatwiejsze od prawdy.
Kiwa głową, ale widzę, że mi nie wierzy. Cassian zawsze czytał we mnie jak w otwartej księdze. Kiedyś była to jedna z rzeczy, które kochałam w nim najbardziej. Teraz mnie to przeraża.
– Chodź – mówi, sięgając po moją walizkę. – Zabierzmy cię do domu.
Domu. Słowo uderza we mnie jak fizyczny cios. Nawet nie wiem, co to już znaczy. Mieszkanie w Londynie nigdy nie było domem. Dom stada nigdy nie był domem. Dom był... dom był wcześniej. Zanim zmarli moi rodzice. Zanim podjęłam najgorsze decyzje w swoim życiu. Zanim dowiedziałam się, że miłość ma boleć.
Idziemy w milczeniu w stronę wyjścia, a ja czuję, jak kradnie mi spojrzenia. Przyswajając sposób, w jaki kulę się, gdy ktoś podejdzie zbyt blisko. Sposób, w jaki trzymam spuszczoną głowę, zgarbione ramiona. Sposób, w jaki nauczyłam się stawać niewidzialna.
Nie tak chciałam wrócić do domu. Złamana, pokonana, z podkulonym ogonem. Chciałam wrócić triumfalnie, osiągnąwszy sukces, z opowieściami o moim niesamowitym życiu w Londynie. Zamiast tego uciekam od koszmaru, który sama dla siebie stworzyłam.
Terminal jest zbyt jasny, zbyt głośny, zbyt pełen ludzi. Każdy dźwięk sprawia, że podskakuję. Każdy nagły ruch przyspiesza bicie mojego serca. Nienawidzę tego, że stałam się tą osobą. Tą przerażoną, zepsutą rzeczą, która skacze na widok własnego cienia.
Silas mi to zrobił. Wziął kobietę, którą kiedyś byłam, i systematycznie ją niszczył, kawałek po kawałku, aż wszystko, co z niej zostało, to ta pusta skorupa idąca obok mężczyzny, którego kiedyś kochałam.
– Genevieve – mówi miękko Cassian, gdy docieramy na parking. – Co ci się stało?
Pytanie, którego tak bardzo się obawiałam. Pytanie, na które nie wiem, jak odpowiedzieć, by nie rozpaść się całkowicie.
– Nic – kłamię, tak jak kłamałam Alaricowi. – Ja tylko... musiałam wrócić do domu.
Patrzy na mnie przez długą chwilę, a ja widzę wojnę toczącą się za jego oczami. Część niego chce naciskać, domagać się odpowiedzi. Część niego chce przyciągnąć mnie do siebie i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze.
Ale nie robi żadnej z tych rzeczy. Po prostu kiwa głową i zatrzymuje się obok lśniącego, czarnego motocykla.
Motocykla. Nie samochodu.
Gapię się na niego przez chwilę, próbując pogodzić to z Cassianem, którego kiedyś znałam. Mężczyzną, który jeździł rozsądnym sedanem i do pracy nosił koszule zapinane na guziki. Mężczyzną, który nigdy nie ryzykował, nigdy nie robił niczego choć trochę niebezpiecznego.
Ale ten Cassian... ten Cassian jest czymś zupełnie innym. Jest ubrany tak, jakby wyszedł z jakiejś niebezpiecznej fantazji. Czarna skórzana kurtka, która leży na nim idealnie, ciemne dżinsy, które opinają jego nogi, buty, które wyglądają, jakby mogły zmiażdżyć komuś czaszkę. W niczym nie przypomina tego schludnego faceta, którego kiedyś znałam. Ta wersja Cassiana to same ostre krawędzie i cienie.
Skórzana kurtka jest miejscami wytarta, jakby miał ją od lat. Jakby żył tym życiem od dawna. Buty są zarysowane, dżinsy wyblakłe we wszystkich odpowiednich miejscach. To nie jest kostium. To jest to, kim on teraz jest.
Jest w nim też coś innego, twardość w jego oczach, napięcie w postawie, którego wcześniej nie było. I jest w nim teraz coś niebezpiecznego, coś, co sprawia, że inni ludzie schodzą mu z drogi, gdy porusza się w tłumie.
Chcę go zapytać, kiedy zaczął jeździć. Kiedy zamienił swojego rozsądnego sedana na coś, co krzyczy buntem. Kiedy postanowił stać się tą wersją siebie, która wygląda, jakby potrafiła łamać serca i kości z równą łatwością.
Ale tego nie robię. Nie mogę. Ponieważ zadawanie pytań oznacza otwieranie drzwi, przez które nie jestem gotowa przejść. Ponieważ jeśli zacznę pytać o jego życie, on zacznie pytać o moje, a ja nie poradzę sobie z tą rozmową w tej chwili.
A może nigdy.
Wyciąga kask z tyłu motocykla i podaje mi go. – Proszę.
Moje ręce drżą, gdy go biorę. Nie ze strachu przed motocyklem. Ze względu na to, jak jego palce muskają moje. Ze względu na to, jak na mnie patrzy, jakby widział prosto w moją duszę.
Nie byłam tak blisko mężczyzny od miesięcy. Nie z własnego wyboru. Nie bez podążającej za tym przemocy. Moje ciało pamięta, jak to jest być dotykaną w gniewie, i każdy instynkt krzyczy do mnie, bym uciekała.
Kask jest cięższy, niż się spodziewałam. Czarny, jak wszystko inne, co go teraz dotyczy. Obracam go w dłoniach, próbując wymyślić, jak go założyć, by nie wyjść na idiotkę.
Ale to jest Cassian. Cassian, który nigdy nie podniósł na mnie głosu. Cassian, który trzymał mnie, kiedy się rozpadałam. Cassian, który odszedł tamtej nocy, to prawda, ale który nigdy mnie nie skrzywdził.
Problem w tym, że moje ciało nie widzi już różnicy. Moje ciało nauczyło się, że mężczyźni oznaczają ból, że bliskość prowadzi do przemocy, że zaufanie komuś to najszybsza droga do bycia zranioną.
Wsuwam kask na głowę, wdzięczna za barierę, jaką stwarza między nami. Za to, w jaki sposób ukrywa moją twarz, wyraz twarzy, łzy, z którymi walczę. Za to, w jaki sposób tłumi świat, sprawiając, że wszystko wydaje się odległe i senne.
Przekłada nogę przez motocykl z wyuczoną łatwością, a ja uświadamiam sobie, że to dla niego nic nowego. Jeździ od dłuższego czasu. Wystarczająco długo, by sprawiało to wrażenie bezwysiłkowego. Wystarczająco długo, by motocykl reagował na niego jak przedłużenie jego ciała.
Silnik ryczy z życiem pod nami, a ten dźwięk wysyła wibracje przez całe moje ciało. Jest głośny, potężny, żywy. Zupełnie inny niż cichy komfort samochodu. Jest surowy, niefiltrowany, niebezpieczny.
– Genevieve – mówi, a jego głos jest stłumiony przez jego własny kask. – Wszystko w porządku?
Kiwam głową, nie ufając swojemu głosowi. Następnie zbliżam się do motocykla, próbując wymyślić, jak na niego wsiąść, by nie zrobić z siebie głupca. Nie wzdrygając się przed jego bliskością.
Nie proponuje pomocy. W jakiś sposób wie, że muszę to zrobić sama. Że muszę udowodnić sobie, że wciąż potrafię funkcjonować jak normalny człowiek.
Przekładam nogę i sadowię się za nim, a moje ciało jest sztywne z napięcia. Każdy mięsień krzyczy na mnie, żebym się odsunęła, uciekła, ukryła. Ale zmuszam się do pozostania w bezruchu. Zmuszam się do oddychania.
Siedzenie jest wąskie, zaprojektowane tak, by dwoje ludzi było blisko siebie. Nie ma sposobu, by usiąść za nim bez przyciskania klatki piersiowej do jego pleców, bez uciskania jego ud moimi, i bez konieczności objęcia jego talii ramionami.
– Trzymaj się – mówi, a ja słyszę troskę w jego głosie nawet przez kask.
Moje dłonie odnajdują jego kurtkę, chwytając skórę jak koło ratunkowe. Jest solidny, ciepły, prawdziwy. Nie jest wspomnieniem. Nie jest duchem z mojej przeszłości. Skóra pod moimi palcami jest miękka, wygładzona przez lata noszenia.
Po prostu Cassian. Zabierający mnie do domu.
















