Elara była zbyt wzburzona, by przestać.
"Kim ty w ogóle jesteś? Masz pracę i jeździsz szpanerskimi autami, i teraz myślisz, że inni są nic niewarci?"
Łzy spływały jej po policzkach, a Alaric patrzył na nią, tracąc głos. "Myślisz, że nie znajdę pracy? Nienawidzę cię, nienawidzę tego życia! Myślisz, że jestem szczęśliwa, żyjąc w ten sposób, co?! Być obrażaną przez młodszego brata i wyśmiewaną przez kuzynów? Nigdy nie wybierałam takiego życia!" – wyrzuciła z siebie dławiącym się głosem.
Alaric, nie wiedząc, co innego zrobić w tej sytuacji, zdołał tylko wykrztusić: "Przepra..."
Zanim zdążył dokończyć, Elara znów mu przerwała. "Czekaj!".
Zamknęła i otworzyła oczy; była już zbyt zmęczona i słaba, by kontynuować. Myślenie o własnej sytuacji zupełnie ją wyczerpało.
"Po prostu jedź. Nie chcę od ciebie nic słyszeć. Jedź tam, dokąd się wybierałeś, patrzenie na ciebie sprawia, że czuję się jeszcze bardziej żałośnie".
Odwróciła się i odeszła powoli, zalana łzami, zostawiając pieniądze rozrzucone na ziemi.
Isolde zwróciła się do Alarica uprzejmie: "Bardzo przepraszam, ona jest ostatnio zbyt wrażliwa. Niech pan jedzie".
Następnie Isolde pobiegła za Elarą. "Czekaj na mnie!".
"Proszę pana, musimy jechać" – powiedział z szacunkiem Mercer, otwierając drzwi.
Alaric rzucił jeszcze jedno spojrzenie na oddalającą się Elarę, po czym skupił się na telefonie.
"Elara". Isolde spojrzała na nią.
Elara zatrzymała się i odwróciła. "Jestem żałosna, prawda?" zapytała.
"Nie, nie jesteś".
"Isolde..." Elara znów wybuchnęła płaczem.
"Hej, chodź tutaj". Isolde przytuliła ją pocieszająco. "Już dobrze, nie płacz, wszystko się ułoży".
Elara delikatnie odsunęła się i spojrzała poważnie na Isolde. "Isolde, nie zamierzam już nic robić. Patrząc na moje życie, jestem w beznadziejnej sytuacji".
"Nie mów tak".
"Wracam do domu, Isolde. Będę po prostu żyć sama w spokoju. Pójdę teraz do domu, żeby spisać swoje plany na ten rok" – powiedziała i otarła łzy.
"Na pewno poradzisz sobie sama?" zapytała z troską Isolde.
"Tak". Elara zatrzymała taksówkę i odjechała.
...
Szpital.
Alaric Sterling przybył do szpitala i udał się do sali, w której leżeli pracownicy. Gdy tylko go zobaczyli, obaj usiedli prosto.
"Proszę pana".
"Odpoczywajcie, możecie leżeć" – powiedział im.
"Proszę pana, tak nam przykro". Wciąż przepraszali.
"Rozumiem. Skupcie się po prostu na powrocie do zdrowia, żebyście mogli stąd jak najszybciej wyjść" – odparł.
"Tak zrobimy".
Alaric włożył ręce do kieszeni. "I jak raport medyczny?" zapytał.
"Kości są całe, na szczęście zostaniemy wypisani za tydzień" – odpowiedzieli.
"Cieszę się, że to nie były poważne obrażenia".
"Nie były" – potwierdzili obaj.
"Dobrze, odpoczywajcie teraz". Odwrócił się i wyszedł z sali, a potem ze szpitala.
Mercer zawiózł go na plac budowy, gdzie spotkał się z osobą, którą wyznaczył do nadzoru.
"Co było przyczyną tych zniszczeń?" zapytał niskim, obojętnym głosem.
"Proszę pana, to przez ciężki sprzęt, a ekspertyza, którą niedawno zlecaliśmy, została przeprowadzona przez oszusta" – zameldował Grant.
Alaric zmierzył go lodowatym spojrzeniem. "Byłeś za to odpowiedzialny i nie potrafiłeś dopilnować swojej pracy!".
"Przepraszam, proszę pana" – wydukał drżący Grant.
"Mam dość słuchania 'przepraszam'. Postawiłem cię tutaj, myśląc, że nadajesz się do tej pracy, a ty mi mówisz, że dałeś się nabrać oszustowi. Co zrobiłeś, żeby to naprawić? Czy zdajesz sobie sprawę, że naraziłeś ludzkie życie, bo nie sprawdziłeś wszystkiego dokładnie? To niedopuszczalne!" – głos Alarica nieznacznie się podniósł.
Alaric rozejrzał się wokoło. "Hej, Leon!" zawołał pracownika stojącego w pobliżu.
"Tak, proszę pana". Pracownik pospiesznie podszedł.
"Pokaż mi listę ekspertyz" – zażądał Alaric.
"Oczywiście". Podał mu dokumenty.
Alaric przejrzał je i po kilku minutach podniósł wzrok. "To wszystko?" zapytał chłodnym, beznamiętnym głosem.
"Nie, proszę pana". Leon, drżąc, podał mu kolejną listę.
"Dobrze, przyjrzę się temu później" – powiedział Alaric, po czym zwrócił się do Granta. "A ty, Grant, jesteś zwolniony!".
Grant spojrzał na niego zszokowany. "Proszę pana...".
Nie zaszczycając go ponownym spojrzeniem, Alaric zwrócił się do Leona. "Leon!".
"Tak, proszę pana" – odpowiedział bez wahania Leon, wciąż cały drżąc.
"Znajdź lepsze zastępstwo i zdaj mi raport" – polecił Alaric.
Leon spojrzał na Granta, po czym odparł: "Tak jest".
Alaric zostawił ich bez słowa.
Grant wpatrywał się w plecy odchodzącego, chłodnego mężczyzny. Spuścił wzrok. "Jak on może być tak okrutny?".
Leon, który był jego podwładnym, spojrzał na niego. "Tak mi przykro, szefie".
Grant, który dobrze znał człowieka, dla którego pracował, odwrócił się do Leona. "Wiem, że żadne błagania nie sprawią, że przyjmie mnie z powrotem. Zresztą to i tak moja wina".
"Szefie, proszę tak nie mówić".
"Powinieneś od teraz ciężko pracować i sumiennie wypełniać swoje obowiązki. Nie idź w moje ślady" – poradził mu Grant.
Leon spojrzał na niego. "Dlaczego on taki jest? Przecież pracował pan dla niego tak dobrze przez ten cały czas" – zapytał.
Grant westchnął. "Zniszczyłem coś wartego dwieście milionów dolarów. Mam szczęście, że puszcza mnie tak łatwo".
"Szefie...".
"Lepiej idź do pracy, żebyś nie skończył jak ja". Grant odwrócił się i odszedł.
"Życie..." Leon pokręcił głową i wrócił do pozostałych pracowników.
Genevieve Rhodes zadzwoniła do Alarica, gdy tylko usłyszała o tym, co stało się na budowie.
"Hej, Rhodes" – odezwał się czule Alaric po odebraniu połączenia.
Ilekroć słyszał jej głos, jego ton stawał się łagodny, a na twarzy pojawiał się ciepły uśmiech.
"Alaric, właśnie słyszałam..." – dobiegł z słuchawki zmartwiony głos Rhodes.
"Tak, wiem".
"Jak się czujesz? Mam nadzieję, że wszystko w porzą..." Zanim skończyła, Alaric jej przerwał.
"Nie martw się, Rhodes, rozmowa z tobą sprawiła, że już czuję się lepiej" – powiedział znajomym, ciepłym głosem.
"Udajesz" – stwierdziła Rhodes, która zdawała się to wyczuwać.
"Mówię poważnie. Chciałbym się z tobą spotkać później, znajdziesz czas?" zapytał, nie chcąc, by się o niego martwiła.
"Tak, będę wolna".
"Dobrze". Uśmiechnął się ciepło. "Napisz mi czas i miejsce, a się zjawią" – powiedział.
"Dobrze, napiszę..." – odparła Rhodes, wciąż nie do końca uspokojona jego słowami.
Alaric, który zawsze potrafił ukrywać smutek przed innymi, powiedział szybko: "Muszę już kończyć".
"W porządku". Odpowiedziała, wiedząc, że ma teraz mnóstwo spraw na głowie, i rozłączyła się.
Alaric spojrzał na zdjęcie Rhodes w telefonie i uśmiechnął się. Kochał ją nad życie, zawsze potrafiła go uszczęśliwić.
Schowawszy telefon do kieszeni marynarki, zwrócił się do Leona z profesjonalną, poważną miną.
"Proszę pana, wszystko przygotowane" – zameldował Leon.
"Dobrze, chodźmy rzucić okiem". Wyszedł energicznym krokiem, a Leon podążył za nim.
...
Rezydencja Vance'ów.
Rodzina jadła wspólnie kolację, ale miejsce Elary było puste. Nathaniel Vance spojrzał na żonę. "Evelyn, czy Elara nie je dziś z nami?" zapytał.
Dopiero co wrócił z podróży służbowej i jeszcze jej nie widział.
Evelyn westchnęła. "Jest w takim stanie od kilku dni" – odpowiedziała mężowi.
"Co się dzieje?"
Evelyn spojrzała na niego. "Myślę, że powinieneś z nią porozmawiać".
"Zrobię to".
Theo spojrzał na ojca i ostrzegł go: "Tato, musisz uważać" – powiedział swoim dziecinnym głosem.
"Dlaczego tak mówisz?" zapytał Nathaniel, uśmiechając się łagodnie.
"Jest ostatnio bardzo wrażliwa, więc unikaj bolesnych tematów" – stwierdził poważnie chłopiec.
Nathaniel zaśmiał się i pogłaskał syna po głowie. "Theo, zabawny jesteś".
"Mówię poważnie, tato". Chłopiec spojrzał na ojca z powagą w oczach.
"Dobrze, będę uważał" – zapewnił go Nathaniel z uśmiechem.
"W porządku". Theo uśmiechnął się i jadł dalej.
Evelyn spojrzała w stronę schodów i westchnęła. "Chciałabym, żeby Elara do nas dołączyła, tęsknię za tą radosną dziewczyną".
Po kolacji Nathaniel Vance poszedł na górę i zapukał do pokoju Elary.
"Mamo, nie jestem głodna" – zawołała Elara z pokoju, myśląc, że to matka namawia ją na posiłek.
"Elara, to ja, tata" – powiedział Nathaniel.
"Tato, proszę, wejdź". Usiadła na łóżku, gdy Nathaniel wszedł do środka. "Tato, kiedy wróciłeś?" zapytała; nie spodziewała się go dzisiaj.
"Kilka godzin temu" – odparł.
"Przepraszam, że nie zeszłam cię powitać". Przeprosiła i uściskała ojca.
"Nic nie szkodzi. Naprawdę jesteś w złym stanie. Co się dzieje, Elara?" zapytał. "Mama mówiła mi, że jesteś przygnębiona i nie zeszłaś nawet na kolację". Oboje usiedli na sofie.
Elara, która zawsze kochała ojca i dzieliła się z nim smutkami oraz radościami, opowiedziała mu o tym, jak frustrujące jest poszukiwanie pracy. "Tato, przyniosłam ci wstyd" – załkała.
Nathaniel poklepał ją po ramieniu. "Elara, kochanie, nie wolno ci mówić, że przyniosłaś mi wstyd. Chciałbym opowiedzieć ci pewną historię".
Elara spojrzała na ojca ze łzami w oczach. "Jaką historię? Słucham uważnie".
"Pewien młody człowiek ukończył studia tak jak ty i też nie mógł znaleźć pracy. Bardzo się martwił, zastanawiał się, jak sprosta oczekiwaniom rodziców, jak kupi samochód czy własny dom, by zapewnić dach nad głową rodzinie, jeśli się ożeni. Szukał wszędzie choćby jednej posady, ale wszystkie aplikacje odrzucano. Był inteligentny i sumienny, ale przez trzy lata nie mógł nic znaleźć. Stracił wszelką nadzieję i chciał ze sobą skończyć".
"Skończyć ze sobą?" zapytała wstrząśnięta Elara.
"Tak" – kontynuował Nathaniel. "Głodził się, a nawet próbował odebrać sobie życie przez powieszenie, ale pewna kobieta uratowała go. Prawdziwy skarb".
Elara uśmiechnęła się, ocierając łzy; historia ją zaciekawiła. "I co było dalej?" zapytała.
"Ta kobieta powiedziała mu najwspanialsze słowa, jakie kiedykolwiek słyszał. Dodała mu otuchy i dała niegasnącą nadzieję. Wtedy ten młody człowiek postanowił, że się nie podda, i nagle, dzięki jego wierze, nadeszła pomoc. I zgadnij co, Elara?".
"Dostał pracę?".
"Tak. Jako inżynier. Pracował przez rok, a dzięki ciężkiej pracy i uczciwości awansował i nawiązał mnóstwo kontaktów w różnych krajach. Przestał się martwić, kupił samochód, dom i ożenił się. Ma dwoje dzieci i jest teraz szczęśliwy" – opowiedział.
Elara uśmiechnęła się radośnie i spojrzała na ojca z ciekawością. "Tato, a z kim się ożenił? Z tym skarbem, który go uratował?" zapyła.
Nathaniel uśmiechnął się. "Tak, była najlepsza, więc się z nią ożenił".
Dziewczyna uśmiechnęła się. "Ciekawe".
Nathaniel spojrzał na nią poważnie. "Powiedzieć ci najbardziej szokującą część tej historii?" zapytał.
"Tak, tato".
"Tym człowiekiem byłem ja".
Elara spojrzała na niego zszokowana. "Co?! Więc mama to..."
"Tak, tym skarbem była twoja mama, a ta dwójka dzieci to ty i Theo. I jestem z was obojga bardzo dumny" – powiedział.
Oczy Elary znów zwilgotniały. "Tato...".
Nathaniel spojrzał na swoją piękną córkę. "Elara, wcale nie przyniosłaś mi wstydu. Jestem osobą, która rozumie cię najlepiej, więc nie musisz się przez to zadręczać. Gdzieś tam czeka nadzieja" – powiedział poważnie.
"Tato..." Elara mocno go przytuliła. "Kocham cię, tato".
"Ja ciebie bardziej. A teraz chodź na dół, musisz coś zjeść. Nie sprawiaj, by mój piękny skarb się martwił" – powiedział.
Elara uśmiechnęła się, wiedząc, o kim mówi. "Dobrze, tato".
"Jeszcze jedno". Nathaniel spojrzał na córkę.
"O co chodzi?" zapytała.
"Nie wspominaj o tej historii mamie ani bratu. Obiecałem jej, że to zostanie naszą tajemnicą" – powiedział.
Elara uśmiechnęła się i wykonała gest zamykania ust na zamek. "Nie pisnę ani słowa".
Oboje się zaśmiali. "Dobrze, chodźmy już na dół" – powiedział Nathaniel i oboje zeszli na parter.
















