POV Eden
– Och, yyy... ja tylko... – jąkam się, wskazując drżącym palcem w dół mrocznej drogi. Mój mózg się zacina, nie potrafiąc ułożyć choćby jednego spójnego zdania, gdy tak się na niego gapię.
On wybucha śmiechem – to niski, dudniący dźwięk, który wibruje w chłodnym nocnym powietrzu. Ciężkie drzwi otwierają się z rozmachem i chłopak wysiada z potężnego, czarnego pick-upa. Z bliska jego widok zwala z nóg. Słabe światło ulicznej latarni odbija się w jego oczach i potrafię dostrzec granatowe gwiazdziste wzory idealnie wyryte w jego tęczówkach. Rześki, bogaty zapach jego wody kolońskiej spływa na mnie, mieszając się z ostrym jesiennym chłodem. Jest od razu odurzający. Góruje nad moją drobną sylwetką mierzącą zaledwie metr pięćdziesiąt pięć, rzucając długi cień, i posyła mi zniewalający, niewymuszony uśmiech.
– Jestem Declan – mówi, a jego głęboki głos mnie otula. Wskazuje kciukiem za siebie, przez swoje szerokie ramię, na przestronną kabinę pick-upa. – A to mój brat, Lachlan.
Dostrzegam drugiego chłopaka z rodu Vance'ów siedzącego w kabinie. Wciąż nie mam pojęcia, który z nich skrzyżował ze mną spojrzenia na meczu, ale mój puls już bije jak oszalały.
– Jedziemy na imprezę – mówi Declan, opuszczając z powrotem swoje przenikliwe niebieskie spojrzenie na mnie. – Chcesz się zabrać?
*Tak.* To słowo krzyczy w moim umyśle.
Ale odzywa się zdrowy rozsądek. Nie znam tych chłopaków. Biorąc wszystko pod uwagę, wsiadanie do samochodu z dwoma wielkimi nieznajomymi na środku opustoszałej drogi to okropny pomysł.
Declan musi wyczytać wahanie malujące się na mojej twarzy. Zmienia pozę, opierając ciężkie ramię o otwarte drzwi. – Albo możemy podrzucić cię do domu. Ale nie powinnaś tu chodzić w nocy sama. – Jego ton się obniża, stając się stanowczy i poważny.
– Dlaczego? – pytam, otulając się szczelniej kurtką wokół żeber. – Jest tu niebezpiecznie, czy co?
– Zgaduję, że jesteś tu nowa – mówi, rzucając okiem na pustą ulicę z jednej i z drugiej strony. Gdy kiwam sztywno głową, kontynuuje. – Tak myślałem, nigdy wcześniej cię tu nie widziałem. A odpowiadając na twoje pytanie: nie. Zazwyczaj jest tu dość spokojnie. Ale zawsze lepiej uważać.
– Prawda – mruczę, przygryzając dolną wargę.
Declan spuszcza podbródek, zmuszając mnie, bym ponownie spojrzała mu w oczy. – Więc, chciałabyś jechać z nami na imprezę, czy wolisz podwózkę do domu?
Zadzieram głowę, wpatrując się w niego. Impreza była dokładnie tym, czego chciałam. Prawdę mówiąc, sam główny powód, dla którego w ogóle rozważałam pójście na pomeczowe ognisko, stoi właśnie tuż przede mną, pachnie drogim cedrem i wygląda jak grecki bóg.
Wypuszczam powietrze z płuc i posyłam mu promienny uśmiech. – Mogę trochę poimprezować.
Z wnętrza kabiny Lachlan wydaje głośny, pełen aprobaty okrzyk.
Declan cofa się i przytrzymuje dla mnie otwarte, ciężkie drzwi od strony kierowcy. Podchodzę bliżej, mierząc wzrokiem ogromną odległość między żwirem a progiem podłogi. Pick-up jest wysoko zawieszony i waham się, próbując obliczyć najlepszy kąt, żeby podciągnąć się do środka.
Zanim zdążę zacząć się mocować, Declan staje za mną. Jego duże, ciepłe dłonie mocno obejmują mnie w talii. Jego silny chwyt kradnie dech prosto z moich płuc. Bez najmniejszego wysiłku podnosi mnie z ziemi i sadza na skórzanej kanapie.
– Dzięki – wydycham, a moja skóra mrowi w miejscach, gdzie przed chwilą wbijały się jego dłonie.
Przesuwam się na środek, zajmując ciasną przestrzeń między Declanem a Lachlanem. Ciepło promieniujące od ich wielkich ciał ogrzewa chłodne powietrze w kabinie. Declan wsiada, zamykając z trzaskiem ciężkie drzwi i odcinając nas od świata. Wrzuciwszy bieg, sprawia, że auto rusza z pomrukiem, kierując się w dół tej samej krętej drogi, którą przed chwilą szłam.
– Swoją drogą, jestem Eden – mówię.
Lachlan wychyla się do przodu, z łobuzerskim uśmieszkiem błądzącym na ustach. – Więc, Eden, jak ci się podobał mecz?
– Było super – odpowiadam, spoglądając to na jednego, to na drugiego brata. – Tak dawno nie byłam na żadnym meczu futbolu. A wy byliście tam niesamowici.
Obserwuję dłonie Declana zaciskające się na kierownicy, gdy skręca w moją ulicę. Dom z imprezą jest zaledwie kilka przecznic za moim. Postanawiam rżnąć głupa, chcąc rozpracować ich dynamikę i potwierdzić własne podejrzenia.
– Choć nie do końca wiem, który z was jest skrzydłowym, a który rozgrywającym – mówię gładko, przenosząc wzrok z Lachlana na Declana.
– Ja jestem rozgrywającym – odzywa się Lachlan. Skina podbródkiem w stronę brata. – Dec to skrzydłowy.
Mój umysł pracuje na najwyższych obrotach. *Ciekawe.* To na pewno Declan zauważył mnie na trybunach. Skrzydłowy. Ten, który właśnie wsadził mnie do swojego samochodu.
Podjeżdżamy do krawężnika w pobliżu imprezy. Już słyszę ciężki bas dudniący przez ściany ogromnego domu w głębi ulicy. Samochody ustawione są po obu jej stronach, a nastolatkowie wylewają się na trawnik przed domem. W niedużej odległości dostrzegam własny dom. Przynajmniej nie będę musiała później w nocy bawić się w szukanie kierowcy z aplikacji.
Lachlan otwiera drzwi i wyskakuje. Declan gasi silnik, wysiada i odwraca się z powrotem do mnie. Wyciąga ręce, proponując pomoc w zejściu. Przyjmuję tę niemą ofertę, nie chcąc ryzykować skręcenia kostki w ciemności.
Zsuwam się ze śliskiego, skórzanego siedzenia. Dłonie Declana ponownie zaciskają się w mojej talii, trzymając mocno. Kiedy opadam na ziemię, moje ciało ślizga się płasko po jego twardym przodzie. Ciężkie tarcie mojego ciała ocierającego się w dół o jego solidny tors posyła ostry wstrząs prosto do mojego wnętrza.
Moje stopy dotykają chodnika, ale nie odsuwamy się od siebie. Nasze ciała pozostają dociśnięte do siebie. Unoszę wzrok. Niebieskie oczy Declana ciemnieją pod wpływem tego mocnego kontaktu. Jego spojrzenie opada na moje usta, zatrzymując się na nich, po czym wędruje w górę i spotyka się z moim. Przełyka z trudem ślinę, a jego szczęka zaciska się.
Puszcza moją talię jedną dłonią. Jego szorstkie palce delikatnie odgarniają z mojej twarzy zabłąkany kosmyk włosów. Jego kciuk muska miękką skórę mojego policzka, zostawiając za sobą piekący ślad.
– Dzięki – szepczę, a mój głos lekko się łamie.
– Chodźmy załatwić ci coś do picia – mruczy Declan niskim, chropowatym głosem. – Kiedy wejdziemy, wezmę dla ciebie butelkę. Tylko niczego od nikogo nie bierz, dobrze?
Mrugam, cofając się zaledwie o centymetr. – Yyy, powinnam się martwić?
Przygryza dolną wargę i wydaje z siebie suchy, krótki śmiech. – Zawsze lepiej po prostu uważać.
Mrużę oczy, studiując jego napięty wyraz twarzy. – Mówisz to już drugi raz. Powinnam się martwić czymś konkretnym? – Spoglądam za jego szerokie ramię w stronę Lachlana, który już truchta przez trawnik w stronę ganku.
Declan spogląda na głośny dom, a potem znów w pełni skupia uwagę na mnie. Jego wyraz twarzy twardnieje w coś zaciekle opiekuńczego. – Zdarzały się tu przypadki dosypywania dziewczynom pigułek gwałtu do drinków. Faceci to wykorzystywali.
Wpatruję się w niego, przyswajając to bezpośrednie ostrzeżenie. Wygląda na szczerze zaniepokojonego, chociaż ledwo go znam. Surowa rzeczywistość jego słów sprawia, że ta głośna, chaotyczna impreza nagle staje się dużo bardziej przerażająca.
– Och – mówię, a mój żołądek zwija się w ciasny supeł. Zerkam w dół ciemnej ulicy na mój pusty dom, nagle rozważając, czy po prostu nie powinnam pójść piechotą z powrotem.
Declan przysuwa się bliżej, zasłaniając mi widok na ulicę. – Będzie dobrze – uspokaja mnie, a jego głęboki głos przybiera kojący rytm. – Po prostu nie bierz niczego od nikogo poza mną. Przyniosę ci drinka i otworzę go na twoich oczach, żebyś wiedziała, że jest bezpieczny.
Jego intensywna opiekuńczość błyskawicznie topi ten niepokój, który ściskał mnie w dołku. Zależy mu na bezpieczeństwie dziewczyny, którą poznał dziesięć minut temu. To niespodziewane i dziwnie wzruszające.
Declan mruga do mnie pewnie. Wyciąga dłoń i splata swoje duże palce z moimi. Ciepło jego wnętrza dłoni przylegającego do mojego zastępuje moje nerwy gigantyczną chmarą motyli. Zdecydowanym, uspokajającym pociągnięciem prowadzi mnie podjazdem na imprezę.
Środek domu to kompletny dom wariatów. Dudniąca muzyka wprawia w drżenie deski podłogowe. Tłumy zgniatających się ciał napierają na siebie w wąskich korytarzach, trzymając czerwone plastikowe kubki i przekrzykując ciężki bas. Powietrze jest gęste od zapachu taniego piwa, potu i słodkich perfum.
W sekundzie, gdy przechodzimy przez drzwi frontowe, ludzie zaczynają wykrzykiwać imię Declana. Faceci wrzeszczą i wznoszą w powietrze kubki. On płynnie odwzajemnia ich powitania, wykonując zawiłe uściski dłoni i obdzielając kumplowskimi uściskami na jedno ramię, klepiąc po plecach kolegów z drużyny. Ale przez cały ten chaos ani razu nie puszcza mojej ręki. Co kilka minut delikatnie ściska moje palce, pochyla się blisko mojego ucha i szepcze: – Wszystko w porządku?
Za każdym razem kiwam głową, uśmiechając się do jego przystojnej twarzy.
Przeprowadza nas przez spocony tłum do kuchni, zgarnia dwie zamknięte szklane butelki piwa, otwiera kapsle tuż przed moimi oczami, tak jak obiecał, i podaje jedną prosto do mojej ręki.
Wkrótce przepychamy się na sam środek salonu, który został uprzątnięty, by stworzyć prowizoryczny parkiet. Szum po moim jednym piwie przechodzi w idealne, ciepłe buczenie w żyłach. Ale alkohol nie ma nic wspólnego z odurzającym, obezwładniającym gorącem gwałtownie narastającym między mną a Declanem.
Stoimy naprzeciwko siebie, butelki z piwem uniesione w powietrzu, by nie wylać na naciskający ze wszystkich stron tłum. Opieram wolną rękę na jego talii, a moje palce zaciskają się na grubej szlufce jego dżinsów. Pozwalam, by przejął nade mną ciężki, rytmiczny bit muzyki, i kołyszę biodrami w idealnym tempie z ciężkim basem. Robię krok bliżej, ocierając się biodrami o jego miednicę.
Declan jęczy cicho. Obejmuje mnie ciężkim ramieniem w dole pleców i przyciąga płasko do swojego twardego ciała. Sięga w górę, zgarnia moje włosy i przekłada je przez ramię. Spuszcza głowę i składa gorące pocałunki z otwartymi ustami na wrażliwej skórze z boku mojej szyi. Pomiędzy moimi udami natychmiast formuje się ciężkie, pulsujące pragnienie.
Odwracam się w jego ramionach, opierając się plecami o jego szeroką klatkę piersiową. Kręcę biodrami do tyłu, ocierając się o niego w tańcu. Declan wkracza w moją przestrzeń, wsuwając jedno ze swoich grubych ud tuż między moje nogi. Praktycznie ujeżdżam jego nogę, stojąc. Tarcie posyła przez moje wnętrze kolejny intensywny wstrząs surowego gorąca.
Unoszę butelkę, biorąc długi łyk zimnego piwa, by ukoić nagle wyschnięte usta. Sięgam do tyłu, oplatając dłonią jego talię tuż nad tyłkiem, opierając się o jego solidną posturę, gdy poruszam się do rytmu.
Jakiś chłopak przeciska się obok nas w drodze do kuchni. Declan klepie go w ramię i nonszalancko przekazuje obie nasze puste szklane butelki. W sekundzie, gdy jego ręce stają się wolne, wsuwa je głęboko w moje tylne kieszenie. Chwyta mój obciągnięty dżinsem tyłek, przyciągając mnie mocno do swojego naprężonego krocza. Odchylam głowę do tyłu, opierając ją o jego ramię. On opuszcza głowę, zawisając tuż nad moją twarzą. Jego oddech omywa mój policzek – upajająca, dzika mieszanka ostrej mięty i wywietrzałego piwa.
Wpatruję się w jego ciemnoniebieskie oczy. Gwiaździste wzory zostały pochłonięte przez rozszerzone źrenice. Wciąż kręcę biodrami, ocierając się o jego twarde podniecenie, dotrzymując kroku ciężkiemu basowi wprawiającemu podłogę w drżenie.
Declan znaczy ślad gorących pocałunków wzdłuż linii mojej szczęki. Powoli przesuwa swoją twarz nad moją. Kiedy w końcu przejmuje we władanie moje usta, jego wargi są dokładnie tak miękkie i wymagające, jak sobie wyobrażałam. Rozchylam wargi, pozwalając, by jego język wślizgnął się do środka. Smakuje miętą i surowym, męskim żarem.
Zostajemy na tym zatłoczonym parkiecie przez coś, co wydaje się godzinami. Ocieramy się o siebie, całując pod błyskającymi stroboskopami. Praktycznie bolę z pożądania, a całe moje ciało mruczy. Jest twardy jak skała, grube zgrubienie jego kutasa niezaprzeczalnie wciska się w mój brzuch i ociera między moimi udami przez gruby dżins naszych spodni. Każdy jego najmniejszy dotyk rozpala mnie jak przewód pod napięciem. Jego ręce błądzą po całym moim ciele, przesuwając się po moich bokach, ściskając talię, i ślizgając się w górę, by objąć kark.
Declan wplątuje swoje silne palce głęboko w moje włosy. Pogłębia palący pocałunek, miękko ssąc moją dolną wargę, i powoli zaczyna spychać mnie do tyłu z dala od parkietu. Wyprowadza nas z dala od gęstego tłumu i wścibskich spojrzeń swoich kolegów z drużyny.
Odsuwa się, przerywając mokry pocałunek. Opiera czoło o moje, a jego klatka piersiowa unosi się, gdy z dyszy, łapiąc powietrze. Twardy, ciężki dowód jego podniecenia uporczywie napiera na mój brzuch. Jego oczy płoną dzikim, wtórującym ogniem. Chce tego równie mocno jak ja.
Patrzy na mnie z góry, jego spojrzenie opada na moje opuchnięte usta, niemo zadając to pytanie.
Obdarzam go ledwo zauważalnym, zachęcającym kiwnięciem głowy.
Declan wypuszcza nierówny oddech. Sięga w dół, raz jeszcze splata nasze palce i odwraca się. Wyprowadza mnie z salonu, ciągnąc po schodach wyłożonych wykładziną, i nawiguje ciemnym korytarzem, aż znajduje pustą sypialnię.
Wciąga mnie do środka. W tej samej sekundzie, w której moje plecy uderzają w zamknięte, drewniane drzwi, usta Declana znów są na moich. Pożera mnie. Jego ręce wędrują na moją talię, krążąc po moim ciele z szaloną pilnością. Oplatam ramiona wokół jego szyi, przyciągając go bliżej, odwzajemniając pocałunek wszystkim, co mam.
Ale gdy to szaleństwo osiąga szczyt, dokładnie w momencie, gdy moje palce wsuwają się pod rąbek jego koszulki, by poczuć gorącą skórę, Declan nagle się cofa. Przerywa pocałunek, opierając czoło o moje. Jego klatka piersiowa faluje.
– Jesteś pewna? – pyta, a jego głos jest ciężki i chropowaty. Jego wzrok przeszukuje moje oczy, przepełniony intensywną, uderzającą wrażliwością. – Piłaś, a ja nie...
















