Zabiłeś niewłaściwą Omegę

Zabiłeś niewłaściwą Omegę

Autor: Alistair Vesper

Pamięć mięśniowa i potwory
Autor: Alistair Vesper
31 lip 2026
Z perspektywy Vesper Atmosfera w klasie zamarła, przechodząc w martwą, duszącą ciszę. Pani Pritchett stała nieruchomo z przodu sali, wpatrując się we mnie, jakby wyrosła mi druga głowa. Zaciskała swój czerwony długopis do oceniania tak mocno, że jej knykcie zbielały. Wyraźnie czekała na rozwój scenariusza. Oczekiwała, że ta znajoma, żałosna wersja Lyry załamie się, zacznie płakać i desperacko błagać o wybaczenie. Ale ja nie byłam już tą złamaną dziewczyną. Byłam zreinkarnowaną Alfą, a w tym momencie kalkulowałam swój kolejny ruch. Mój umysł pędził, oceniając surowe ograniczenia fizyczne tego słabego, piętnastoletniego ciała Omegi. Moje ramiona wydawały się cienkie i wątłe. Puls bił w moim gardle szybko jak u zająca. Brakowało mi gęstości mięśni i masy kostnej. Desperacko potrzebowałam czasu, aby pojąć społeczne mechanizmy tego nowego świata, w który zostałam rzucona. Musiałam rozrysować hierarchię watahy. Nie mogłam tego zrobić, siedząc w jakimś gabinecie dyrektora. – Coś ty przed chwilą do mnie powiedziała? – Głos Pritchett zabrzmiał z napięciem, rozbijając ciężką ciszę. Utrzymałam sztywną postawę, zachowując płaski i niewzruszony ton. – Powiedziałam, że nigdzie nie idę. Zamrugała. Jej usta otworzyły się, zamknęły i znowu otworzyły. – Ty... ty właśnie napadłaś na ucznia! – Nie. Wcale nie. – Widziałam cię! – Jej głos przybrał na tonie, odbijając się od ścian z pustaków. – Złapałaś Landona! Podniosłaś go z podłogi! Swobodnie przeniosłam wzrok na Landona. Siedział kilka ławek dalej, pocierając kark. Nie wyglądał na rannego. Wyglądał po prostu na zszokowanego. – Nic mu nie jest – stwierdziłam, płynnie deeskalując jej dziką narrację. – Nie ma na sobie ani zadrapania. – Nie o to chodzi! Podniosłaś ręce na innego ucznia w groźny sposób! Zachowałam pusty wyraz twarzy. – Zostałam gwałtownie wybudzona z koszmaru. Zareagowałam czystym instynktem. Landon podszedł do mnie zbyt blisko po moim przebudzeniu. To wszystko. To po prostu zwykłe nieporozumienie. Z rzędów ławek wokół nas wybuchły szepty. *Czy ona właśnie pyskowała Pritchett?* *Stary, to jest nienormalne.* *Ktoś tu dzisiaj wyleci ze szkoły.* Twarz Pritchett oblała się gniewnym, plamistym, czerwonym kolorem. – Lyra Valen, mam już dość twojej niesubordynacji. Atakujesz fizycznie uczniów i grozisz nauczycielom? – Nie groziłam pani. Dałam pani radę. Opadła jej szczęka. Wściekła na tę bezczelną niesubordynację, odwróciła się na pięcie. – Ani mi się waż ruszyć. Idę po pana Garrisona. Wyleciała z pokoju jak burza. Ciężkie drewniane drzwi zatrzasnęły się za nią, pozostawiając uczniów w cichym szoku. Usiadłam z powrotem na swoim plastikowym krześle. Obok mnie Landon nerwowo odsunął swoją ławkę, a metalowe nogi ostro zazgrzytały o linoleum. – Lyra, co jest do cholery? – szepnął, a jego oczy były szeroko otwarte z niedowierzania. – Tylko wszystko pogorszyłaś. Zignorowałam go. Sięgnęłam do mojego wyblakłego plecaka, wyciągnęłam podręcznik do algebry i otworzyłam go. Musiałam ocenić moje funkcje poznawcze. Równania na stronie rzuciły mi się w oczy, znajome i proste. Mój mózg przetwarzał matematykę automatycznie. Mój umysł był ostry, nawet jeśli to ciało Omegi było słabe. Musiałam po prostu rozgryźć tutejszą hierarchię. Kto ma władzę. Kto się podporządkowuje. I musiałam to zrobić, nikogo nie zabijając. Chwilę później drzwi otworzyły się ponownie. Pritchett wróciła i przyprowadziła wsparcie. Pan Garrison wmaszerował do sali. Był gruboszyim nauczycielem o budowie przypominającej solidną ścianę z cegieł. Miał na szyi srebrny gwizdek i dopasowaną koszulkę polo Rosethorn Vanguards, która mocno opinała się na jego klatce piersiowej. Obrzucił salę jednym spojrzeniem, natychmiast próbując zaznaczyć swoją dominację. – Panie Garrison – wysapała Pritchett, wskazując na mnie drżącym palcem. – To jest ta uczennica. Garrison spojrzał na mnie gniewnie. Potem spojrzał na Landona, który praktycznie wciskał się w ścianę, by zachować dystans. – Więc to ty sprawiasz problemy – stwierdził Garrison. Ciężki osąd, nie pytanie. Zamknęłam podręcznik do matematyki. – Żadnych problemów. – Pani Pritchett mówi, że zaatakowałaś innego ucznia. Potem odmówiłaś pójścia do gabinetu i jej groziłaś. – Nikogo nie zaatakowałam. I nikomu nie groziłam. Garrison skrzyżował swoje masywne ramiona. – W takim razie dlaczego Landon siedzi dwa metry od ciebie? Wytrzymałam jego agresywne spojrzenie. – Niech pan jego zapyta. Wszystkie głowy w sali obróciły się w stronę Landona. Chłopak przełknął z trudem ślinę, widocznie drżąc pod intensywnym ostrzałem spojrzeń. – To znaczy... – zaczął nerwowo Landon, odzywając się w mojej obronie. – Złapała mnie, no tak. Ale trochę ją przestraszyłem. Spała, a ja potrząsnąłem ją za ramię i ona po prostu... zareagowała. – Spojrzał na Garrisona. – To było tylko nieporozumienie. Mimo że ofiara wycofała oskarżenie prosto w jego twarz, Garrison uparcie odmawiał odpuszczenia tematu. Chciał ukarać bunt. Chciał uległości. – Dobra, wystarczy – warknął Garrison, unosząc grubą dłoń. – Lyra, idziesz ze mną do gabinetu. Natychmiast. – Nie. Zostałam na miejscu, krzyżując spojrzenie z imponującym mężczyzną. Mój głos był spokojny. Garrison zmrużył oczy, podchodząc bliżej. – Słucham? – Zamierzam siedzieć na tym krześle i dokończyć lekcję. – To tak nie działa. – W takim razie proszę mi wytłumaczyć, jak to działa. – Oparłam się wygodniej, wytykając rażącą hipokryzję tej sytuacji. – Bo z mojego punktu widzenia, klasa pani Pritchett to już i tak katastrofa. Połowa uczniów tutaj otwarcie gra na telefonach. Ten chłopak w ostatnim rzędzie śpi. Nikt nie uważa. Ja siedzę tu i znoszę ciągłe nękanie, a żaden z nauczycieli nigdy nie interweniuje. Ale w sekundzie, gdy dochodzi do jednego incydentu z moim udziałem, nagle jest to ogromny, niewybaczalny kryzys? Dzieciak w trzecim rzędzie wydał z siebie stłumione parsknięcie, udając, że kaszle. Pritchett pobladła. Twarz Garrisona pociemniała z wściekłości. Moja spokojna logika i brak strachu doprowadzały go do szału. – Tego już za wiele – warknął Garrison. – Idziesz ze mną. W tej chwili. – Nie. – To nie jest prośba. – Wiem. Ale wciąż nigdzie nie idę. Jeśli dyrektor chce ze mną porozmawiać, sam może tu przyjść. Garrison stracił panowanie nad sobą. Jego autorytarne słowa nie zrobiły na mnie wrażenia, więc postanowił użyć siły. Zrobił ciężki krok naprzód. – Wstawaj. – Nie. Kolejny krok. Górował nad moją ławką. – Nie będę powtarzać. – To dobrze. Ponieważ moja odpowiedź się nie zmieni. Fizycznie rzucił się w moją stronę. Jego gruba dłoń sięgnęła w dół, by chwycić mnie za ramię. – Nie dotykaj mnie. – Mój głos zniżył się do martwego, lodowatego ostrzeżenia. Dokładnie tego samego tonu, którego używałam wobec zbuntowanych wilków w moim poprzednim życiu. Garrison arogancko zignorował ostrzeżenie. Jego grube palce zacisnęły się agresywnie wokół materiału mojego rękawa. Ciepło jego dłoni przesiąknęło przez cienką bawełnę. Chwycił mocno i szarpnął, próbując wyciągnąć mnie z siedzenia. W chwili, gdy doszło do kontaktu fizycznego, śmiertelny trening bojowy z mojego poprzedniego życia ominął moją świadomą myśl. Poruszyłam się w czasie krótszym niż sekunda. Znacznie szybciej, niż ludzkie oko było w stanie uchwycić. Wystrzeliłam z krzesła. Moja lewa dłoń wystrzeliła do przodu, chwytając jego gruby nadgarstek. Weszłam w jego obronę, wykorzystując jego własny pęd przeciwko niemu. Jednym płynnym, brutalnym ruchem wykręciłam mu staw. Obróciłam jego masywne ciało i szarpnęłam jego ramię ostro do góry za jego plecami. Zamknęłam go w bolesnym, nieuniknionym uścisku, wyginając jego nadgarstek pod przyprawiającym o mdłości kątem. Sala lekcyjna natychmiast eksplodowała. Kakofonia westchnień i zszokowanych krzyków odbiła się od ścian. – O kurwa! – Widzieliście to?! – Po prostu go powaliła! Patrzyli, jak drobna, krucha dziewczyna bez wysiłku obezwładnia wielkiego mężczyznę. Garrison stęknął, a jego ciężkie buty szukały oparcia. Próbował się wyrwać. Nie mógł. Miałam dźwignię. Idealny kąt. Idealny nacisk. Mój umysł zalała chłodna, kalkulująca pamięć mięśniowa. Czerwona mgła walki opadła na mój wzrok. Prozaiczna klasa zniknęła, zastąpiona pierwotnymi instynktami zabójcy. Mój mózg błyskawicznie obliczył sześć różnych, skutecznych sposobów na trwałe wyeliminowanie zagrożenia. *Uderzyć jego czołem o metalowy róg ławki. Pęknięcie czaszki. Śmierć w kilka sekund.* *Szarpnąć uwięzione ramię w górę o kolejne trzy cale. Zerwać torebkę stawową, podciąć nogę i zmiażdżyć kręgosłup szyjny.* *Chwycić zaostrzony, żółty ołówek leżący na ławce Landona. Wbić go bezpośrednio w odsłoniętą tętnicę szyjną Garrisona. Pozwolić mu wykrwawić się na linoleum, zanim ktokolwiek zdąży wezwać pomoc.* Moje wewnętrzne instynkty Alfy wykrzykiwały rozkazy ponad szumem pędzącej w uszach krwi. *Zabij go. Zabij wszystkich, którzy to widzieli. Zniknij.* Mój uścisk się zacisnął. Zaczęłam wywierać agonalny nacisk na uwięzioną kończynę Garrisona, czując, jak ścięgna rozciągają się pod jego skórą. Garrison wydał z siebie zduszony, krztuszący się dźwięk. – Ty... robisz mi krzywdę... – Puść go! – wrzasnęła Pritchett, a jej głos łamał się z przerażenia. – Puść go! Zignorowałam ją. Czerwona mgła zgęstniała. – Lyra! – Przerażone, zdesperowane błaganie Landona przebiło się prosto przez ten śmiercionośny trans. – Lyra, przestań! Robisz mu krzywdę! Poderwałam głowę. Spojrzałam na szeroko otwarte, przerażone twarze nastolatków kulących się za swoimi plastikowymi ławkami. Dzieciaki trzymały telefony, a ich ręce drżały. Pritchett opadła z powrotem na swój fotel na kółkach, a jej twarz była całkowicie pozbawiona krwi. Brutalna rzeczywistość mojego otoczenia spadła na mnie z powrotem. Czerwona mgła zniknęła. To nie była ociekająca krwią strefa wojny. To nie był obóz najemników w dziczy. To była lekcja algebry w liceum. Głębokie poczucie szoku uderzyło w moją klatkę piersiową. *Co ja, kurwa, robię?* Natychmiast zwolniłam swój żelazny uścisk i cofnęłam się. Garrison potknął się ciężko i poleciał do przodu. Złapał równowagę, opierając się o ławkę, a jego twarz była blada i śliska od nagłego potu. Przytulił swój pulsujący nadgarstek do klatki piersiowej. Wpatrywał się we mnie, a jego wyraz twarzy stanowił mieszankę intensywnego fizycznego bólu i głębokiego psychicznego szoku. Jego głos drżał. – Co to do cholery było? Gdzie nauczyłaś się tak walczyć? Spojrzałam w dół na swoje dłonie. Małe. Delikatne. Pozbawione odcisków. Żadnych wojennych blizn. Podziwiałam śmiertelne obrażenia, jakie te maleńkie dłonie prawie wyrządziły. Wzięłam powolny oddech, zmuszając drapieżnika szczytowego do schowania się z powrotem pod powierzchnią. Spojrzałam ponownie na rannego nauczyciela. – Z YouTube'a – skłamałam, wypowiadając to słowo idealnie gładkim, pozbawionym emocji tonem. Garrison odzyskał ułamek swojej zszarganej dumy. Jego twarz spłonęła ciemnym, gniewnym, czerwonym kolorem. – Nie wciskaj mi kitów z tą absurdalną wymówką... – Panie Garrison? Głęboki, dźwięczny głos przerwał mu od strony wejścia do klasy. Wszystkie głowy w sali zwróciły się w stronę drzwi. Stał tam wysoki, barczysty nastolatek. Miał na sobie prestiżową kurtkę bejsbolówkę Rosethorn Vanguards. Ciemne włosy. Ostra linia szczęki. Jego przenikliwe, bursztynowe oczy omiotły chaotyczną scenę – obejmując wzrokiem przerażonych uczniów, rannego nauczyciela tulącego ramię i mnie, stojącą spokojnie w samym środku tego wszystkiego. Nawet jeśli nigdy w poprzednim życiu nie widziałam go na oczy, intensywne emocjonalne sprzężenie zwrotne ze szczątkowych wspomnień Lyry natychmiast go zidentyfikowało. Moja klatka piersiowa zacisnęła się z fantomowego bólu, który nie należał do mnie. To był Ryker Blackwood. Był złotym chłopcem watahy. Przyszłym Alfą. Kapitanem drużyny futbolowej. I był tą samą osobą, która okrutnie upokorzyła Lyrę na oczach całej szkoły, w zasadzie doprowadzając ją do śmierci. Bursztynowe oczy Rykera utkwiły bezpośrednio w moich zimnych, zielonych. Przez długą, elektryzującą sekundę żadne z nas nie poruszyło ani jednym mięśniem. Napięcie w pokoju wzrosło do nieznośnego poziomu, tak ciężkie, że można by się nim udławić. Cisza się przedłużała, gęsta od niewypowiedzianych wyzwań. Wtedy jakiś uczeń w tle przerwał ciężką ciszę pełnym podziwu szeptem. – O kurwa. Ryker tu jest.

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

Pamięć mięśniowa i potwory – Zabiłeś niewłaściwą Omegę | Czytaj powieści online na beletrystyka