Z perspektywy Vesper
Następnego ranka obudziłam się wcześnie. Zegar wskazywał 6:47. Wrzuciłam na siebie strój do biegania i wyszłam.
Powietrze szczypało mnie w twarz, gdy truchtałam po okolicy. Moje ciało – to słabe, żałosne ciało – buntowało się już po zaledwie dziesięciu milach. W moim poprzednim życiu mogłam przebiec trzydzieści mil bez kropli potu. Teraz sapałam jak ryba wyjęta z wody.
Muszę
















