ELOWEN
Ostatnie trzy dni minęły błyskawicznie. Po niezręcznym pierwszym spotkaniu z tatą po wielu latach, wszyscy staraliśmy się iść naprzód i znów być rodziną.
To nie było łatwe; chciałam być buntowniczką i dać mu odczuć, jak źle mnie potraktował, odsyłając mnie. Ale nie potrafiłam. Tak samo jak nienawidziłam go za to, że mnie odprawił, tak samo kochałam mojego ojca. I tęskniłam za nim równie mocno jak za mamą. Wiedziałam, że minie sporo czasu, zanim rany po porzuceniu się zagoją. Chciałam jednak, byśmy znów stali się rodziną, choćby na ten krótki czas, zanim pójdę własną drogą i stanę się dorosła.
Więc starałam się tak samo jak on.
Tata był kierownikiem biblioteki publicznej w pobliskim miasteczku. Odkąd przyjechałam, przynosił mi dodatkowe książki do czytania. Wiedział o mojej miłości do literatury, ale Torin kpił z niego, mówiąc, że tata chyba chce mnie po prostu zamknąć w domu z książkami, pozbawiając życia towarzyskiego.
Ale szczerze mówiąc, odkąd tu dotarłam, nie miałam czasu ani dla siebie, ani na te wszystkie książki, które dawał mi tata.
Myślałam, że nikt o mnie nie pamięta i nikogo nie obchodzę. Jednak wszyscy wydawali się naprawdę zadowoleni z mojego powrotu – od starszyzny, przez rodziców, z którymi mama i tata byli blisko, aż po osoby w wieku moim i Torina. Przez ostatnie trzy dni odwiedziłam domy chyba wszystkich – zapraszano mnie na śniadania, obiady, a nawet na zwykłą kawę. Kilka razy musiałam odmówić, bo chciałam spędzić czas z tatą i Torinem.
Mimo to, ta uwaga sprawiała, że moje serce rosło. Byłabym w pełni usatysfakcjonowana, gdyby sam Alfa zauważył moją obecność. Jednak nie widziałam go od dnia powrotu do domu.
Wiedziałam, że jest zajęty, bo przez większość czasu nie widywałam też Torina, ale brat dotrzymywał obietnicy i zostawał z nami w domu na noc, więc udawało mi się spędzić z nim trochę czasu przed snem.
A potem zaczęła zbliżać się pełnia. Jutro będzie księżyc w pełni. I z tego co wiedziałam, tylko ja miałam przejść przemianę. To tylko potęgowało mój niepokój.
Nadia prowadziła popołudniowy trening, w którym dzisiaj uczestniczyłam. Miałam niecałe 48 godzin do pełni i byłam zdeterminowana, by nie umrzeć. Nadia wyśmiała mnie, gdy powiedziałam jej, że panicznie boję się śmierci i dlatego mam taką motywację do ćwiczeń.
— Weź się w garść, Elowen! Nie umrzesz. To boli, ale nie jesteś chora ani za stara, żeby umrzeć od przemiany. — Zachichotała, klepiąc mnie w tyłek, gdy robiłam rozgrzewkę, i powiedziała, co mam robić dalej. — Biegnij! Daj mi dziesięć okrążeń, zanim zaczniemy!
Podniosłam prawą rękę do skroni w salucie, zanim jej odpowiedziałam. — Tak jest, proszę pani!
Wydałam z siebie serdeczny śmiech, po czym obróciłam się na pięcie i pognałam w stronę toru biegowego. Cieszyłam się, że poznałam Nadię. Była jedną z niewielu wojowniczek pod dowództwem mojego brata.
Ona i jej matka przeniosły się do naszej watahy trzy lata po moim wyjeździe. Miała wtedy 17 lat. Teraz ma 19 i udowodniła, że jest jedną z najlepszych.
Jej motywacja? Mój brat. Podkochiwała się w Torinie odkąd skończyła 17 lat i robiła wszystko, by dostać się do jego oddziału. A mój nieświadomy niczego brat nie miał o tym pojęcia, a przynajmniej udawał, że nie wie.
Niestety, nie byli też sobie przeznaczeni.
Ale to nie było nic niezwykłego. Przy tak szybko rosnących populacjach wilkołaków, trzeba mieć szczęście, by szybko odnaleźć przeznaczonego partnera. Większość traciła nadzieję i układała sobie życie z wybranymi partnerami. Moi rodzice należeli do tych szczęśliwców, którzy byli sobie przeznaczeni.
Mama i tata nie pochodzili z tej samej watahy. I żadne z nich pierwotnie nie należało do tej grupy. Musieli opuścić swoje rodzime watahy, ponieważ oboje byli w związkach przed spotkaniem się, a ich ówcześni partnerzy nie chcieli odpuścić. To się nazywa dramaty związane z przeznaczeniem!
Ostatecznie trafili tutaj, ponieważ moja matka przyjaźniła się z matką Zareka, która przekonała ich, że to dobre miejsce na założenie rodziny. Reszta to już historia.
Zatopiona we własnych myślach robiłam siódme okrążenie, gdy poczułam czyjąś obecność obok. Przekrzywiłam głowę w prawo i zobaczyłam Zareka, biegnącego w tym samym tempie co ja.
— Hej! — Poczułam, jak uśmiech rozszerza się na mojej twarzy od ucha do ucha. Byłam zaskoczona jego widokiem i jednocześnie podekscytowana, że tu jest.
— Hej! Jak leci? — odpowiedział, nie patrząc na mnie, zachowując tę samą kamienną twarz, którą widziałam w jego gabinecie kilka dni temu.
Zatrzymałam się i położyłam ręce na biodrach, sapiąc ciężko. On również przystanął i odwrócił się w moją stronę. — Już zmęczona?
Pokręciłam głową, patrząc na niego. — Nie! Zastanawiałam się tylko, czy się zatrzymasz i spojrzysz na mnie, czy planujesz tak rozmawiać, w ogóle na mnie nie patrząc.
Pokręcił głową i podszedł do mnie, zatrzymując się zaledwie kilka kroków dalej. — Zupełnie cię nie rozumiem. Ostatnio mówiłaś, że nie chcesz, bym na ciebie patrzył. Teraz tego chcesz. Zdecyduj się, księżniczko. — Zachichotał, pokazując te głębokie dołeczki w policzkach.
Musiałam się powstrzymać, by nie stopnieć pod wpływem tego chłopięcego uśmiechu. Czy on naprawdę się uśmiechał?
— Czy ty mówisz poważnie? Powiedziałam: „nie gap się na mnie”, a nie „nie patrz na mnie”! — Przewróciłam oczami i skrzyżowałam ramiona na piersi, wciąż dysząc po biegu. Próbowałam maskować prawdziwe emocje. Sam jego uśmiech sprawiał, że kręciło mi się w głowie i coraz trudniej było mi powstrzymać kąciki ust przed uniesieniem się.
Zmrużył oczy, a jego uśmiech stał się jeszcze szerszy, sięgając oczu. Wyglądał tak seksownie, że musiałam odwrócić wzrok, bo patrzenie na niego wręcz raziło. Był zbyt idealny!
— No tak, mój błąd! Po prostu nie wiem, jak z tobą rozmawiać. Wiem, że pewnie nieźle cię wkurzyłem tym żartem z mindlinkiem. — Podrapał się po głowie, wyglądając jak zagubiony chłopiec. Przystojny, zagubiony chłopiec.
Znów spróbowałam powstrzymać uśmiech, gdy jego słowa wywołały mrowienie wewnątrz mnie.
Przełknęłam ślinę i mocno starałam się zachować powagę. — Cóż, owszem. To było zagranie godne palanta, Zarek. — Ale nie mogłam już dłużej dusić w sobie uśmiechu. — Ale w porządku, tobie zawsze wszystko uchodzi płazem, w końcu jesteś Alfą.
Znów położyłam ręce na biodrach i posłałam mu zawadiacki uśmiech. — Ale mógłbyś powiedzieć „witaj w domu”, a potem może podejść i mnie przytulić?
Nie wiedziałam, skąd wzięłam odwagę, by wypowiedzieć tę ostatnią część. To po prostu samo ze mnie wypłynęło. Czekanie na jego reakcję zdawało się trwać wieczność. Część mnie chciała już żałować tych słów. Czy byłam zbyt agresywna?
— Tak, to byłoby miłe. Chodź tutaj, księżniczko. Przytul tego starucha! — Zachichotał, dając mi znak ręką, bym podeszła, z szerokim uśmiechem na twarzy.
I niczym mała dziewczynka, która marzy o lodach, rzuciłam mu się na szyję. W jednej chwili uniósł mnie w górę, po czym postawił z powrotem na ziemi, ale nie wypuścił z ramion. Oparł brodę na czubku mojej głowy, po czym złożył tam pocałunek. — Cieszę się, że wróciłaś, księżniczko. Tęskniłem za tobą! — powiedział cicho.
Zamknęłam oczy i wtuliłam się mocniej w jego pierś. Nie przeszkadzał mi pot na jego koszulce. Cieszyłam się tą chwilą, tonąc w jego cieple i męskim zapachu. — Ja też, Zarek!
Trwaliśmy tak przez chwilę, tuląc się do siebie, dopóki momentu nie przerwało czyjeś chrząknięcie. Zarek poluzował uścisk, ale nie zdjął ramienia z moich barków. Zamiast tego przyciągnął mnie bliżej swojego boku, gdy odwróciliśmy się twarzą do Torina.
— To jest plac treningowy, gdybyście nie zauważyli. I byłoby mi miło, gdyby mój Alfa i moja siostra zechcieli to uszanować — oznajmił z kamienną twarzą, choć widziałam, że próbuje maskować grymas niezadowolenia.
— Wyluzuj, stary! Po prostu witam Elowen z powrotem — powiedział radosnym tonem Zarek, ściskając moje ramię. — Biegnij dalej, księżniczko, bo twój brat gotów nam obu spuścić lanie.
Mrugnął do mnie, zanim mnie puścił, i gdyby nie obecność Torina, pewnie promieniałabym teraz do Zareka. Zamiast tego westchnęłam, przewróciłam oczami do brata i pobiegłam dalej, rozczarowana, że tak brutalnie przerwał moją szczęśliwą chwilę.
















