ZAREK
— Nie, nie potrzebuję Luny. — W moim głosie pobrzmiewała nuta ostateczności.
Skupiła na mnie całą swoją uwagę, a na jej małej twarzyczce pojawił się grymas niezadowolenia. — Dlaczego? Ja zawsze chciałam odnaleźć swojego partnera, Zarek. Jak możesz tak mówić? A co, jeśli ona znajdzie ciebie? Uciekniesz?
Uśmiechnąłem się na te pytania, choć patrząc szerzej, rzeczywiście wyglądałoby to jak ucieczka przed losem. — Po prostu będę musiał ją odrzucić, a wtedy oboje pójdziemy dalej swoimi ścieżkami. To takie proste! — Jej oczy znów się rozszerzyły, a szczęka opadła.
Minęło kilka sekund, zanim zaczęła mówić szeptem, którego nie dosłyszałbym, gdyby nie mój wilczy słuch. — Nie możesz tego zrobić. Mama mówiła, że partnerzy to dar od Bogini Księżyca. To by ją zabolało. Ciebie też by zabolało, wiesz?
Jej oczy spotkały się z moimi i przez chwilę miałem wrażenie, że patrzę w oczy dorosłej kobiety, która rozumie wagę swoich słów. Przekrzywiłem głowę i puściłem do niej oczko, mając nadzieję na rozładowanie atmosfery. Nie podobało mi się, że wchodzi na temat przeznaczenia, ale nie mogłem złamać jej serca, zbywając jej pytania milczeniem.
— Jestem przyzwyczajony do bólu, księżniczko. Nic mi nie będzie. — Widziałem na jej twarzy całkowite zagubienie, ale nie była jeszcze gotowa porzucić tematu. — A co z nią? Może ona nie chce cierpieć?
Skrzywiłem się i odwróciłem wzrok, zirytowany faktem, że próbuję tłumaczyć takie rzeczy dziewięciolatce. Poprawiłem pozycję, opierając ramiona o głazy za nami, po czym znów skierowałem wzrok na strumień. Chciałem po prostu zakończyć tę rozmowę. — Nie obchodzi mnie to. Kobiety to tylko kłopot, jeśli chcesz znać moje zdanie.
Usłyszałem, jak wierci się na miejscu, po czym podrywa się do pionu. Stanęła przede mną z rękami na biodrach i wyraźnym gniewem na twarzy. — WCALE NIE! Może i kradnę... to znaczy, podbieram mamie babeczki i ciastka, ale nie jestem kłopotem! Cofnij to!
Byłem zaskoczony złością, która od niej biła. Podniosłem ręce w gestzie obronnym, próbując zdusić śmiech. — Oczywiście, oczywiście, ty zawsze jesteś wyjątkiem! Inaczej nie siedziałbym tu obok ciebie, prawda?
Zauważyłem, że po moich słowach jej ramiona rozluźniły się, i usiadła z powrotem na swoim miejscu.
— A co, jeśli to ja będę twoją partnerką, Zarek? Byłabym bardzo dobrą Luną.
Chwilę zajęło mi przetrawienie jej słów. Uśmiechnąłem się, zmieniłem pozycję i objąłem ją ramieniem, ponownie przyciągając do boku i ściskając jej ramię.
— Jestem pewien, że byłabyś świetną Luną. Ale nie moją. Jesteś dla mnie zbyt dobra, księżniczko — odpowiedziałem szczerze, nie chcąc palnąć czegoś niewłaściwego.
Wzięła jeszcze jedną babeczkę i zaczęła ją jeść, nie patrząc na mnie. — Wiem, jestem zbyt dobra dla wszystkich, nawet dla ciebie. Ale co jeśli... co jeśli jednak nią będę, czy wtedy też mnie odrzucisz i skrzywdzisz? Wtedy nie będę już miała partnera.
Przełknąłem ciężko ślinę, próbując wymyślić najlepszą odpowiedź. Szczerze mówiąc, nie miałem pojęcia, co powiedzieć. Jak wytłumaczyć małej dziewczynce, że bez względu na to, jak wyjątkowa jest, w twoim życiu nigdy nie będzie dla niej miejsca? Zamknąłem oczy i mocno ją przytuliłem.
— Jestem pewien, że Bogini Księżyca nie przeznaczy cię mnie, Elowen. Tego jestem pewien. Jesteś zbyt wyjątkowa. — Przełknąłem ślinę raz jeszcze i dodałem: — Ale gdyby tak się stało, ten wielki, zły Alfa pomoże ci przejść przez ten ból. Nie pozwolę, by ktokolwiek cię skrzywdził, księżniczko.
¨¨¨¨¨¨¨¨¨¨¨¨¨¨¨¨¨¨¨¨¨¨
Zarek – 17 lat
Elowen – 12 lat
ZAREK
Niski warkot wyrwał się z mojego gardła, gdy zakryłem oczy ramieniem, zirytowany głośnym waleniem do drzwi mojej sypialni. Jęknąłem, słysząc, że hałas nie ustaje.
Zmrużyłem oczy i zerknąłem na zegar nad głową – wyświetlał 6:08 rano. Zrzuciłem koc i ruszyłem do drzwi, gotów rzucić się na osobę, która za nimi stała.
— Zarek! Zarek! — Zawarczałem głośniej, rozpoznając głos. Otworzyłem drzwi z taką siłą, że uderzyły o ścianę wewnątrz pokoju.
— Lysandra Elowen! Co do cholery jest z tobą nie tak?! Nie spałem całą noc, a ty nie masz za grosz wyczucia! Szósta rano?! Na litość Bogini, czy twój brat nie może ci pomóc?
Skrzywiłem się i oparłem ramiona o futrynę. Byłem tak poirytowany przerwaniem snu, że kompletnie nie zarejestrowałem faktu, iż mam na sobie tylko bokserki i stoję niemal nagi przed płaczącą dwunastolatką.
Elowen wyciągnęła rękę, by mnie dotknąć, ale nie znalazła koszulki, za którą mogłaby pociągnąć, więc chwyciła za pasek moich bokserek. — Tata wysyła mnie do ludzi! Nie możesz mu na to pozwolić! Jestem wilkiem! Proszę, nie chcę mieszkać z wujkiem! — Łzy płynęły jej z oczu strumieniami.
Odczepiłem jej rękę od bieliźny i westchnąłem z rezygnacją. Wyciągnąłem dłoń, by otrzeć jej łzy, i odpowiedziałem spokojnie: — Choć jestem twoim Alfą, on wciąż jest twoim ojcem.
— Ale jesteś Alfą mojego ojca! Nie może ci odmówić! — odparowała, odtrącając moją rękę od swojej twarzy i wycierając łzy wierzchem dłoni.
— Masz dopiero dwanaście lat, Elowen, wciąż jesteś niepełnoletnia i nie należysz do moich wojowników. Nie mam nad tobą bezpośredniej władzy. Mogę jednak z nim porozmawiać i poprosić, by to przemyślał. Ale decyzje należą do niego.
Spojrzałem na nią; w jej oczach malował się ból. Cofnęła się o krok, po czym krzyknęła:
— Wszyscy gadacie bzdury! Ty i Torin! Tchórze!
Przeczesałem palcami włosy i szarpnąłem je z irytacją, wściekły z powodu braku szacunku o tak wczesnej porze.
— Uważaj na słowa, młoda damo! Zdaje się, że zapomniałaś, z kim rozmawiasz! — upomniałem ją, ale ona znów na mnie krzyknęła, a jej ręce trzęsły się z gniewu.
— Oczywiście, że nie! Jak mogłabym zapomnieć? Potężny Alfa! Ale to i tak niczego nie zmienia! Nikogo tu nie obchodzę!
Westchnąłem i spróbowałem położyć jej rękę na głowie, ale cofnęła się, unikając dotyku. — Uspokój się, Elowen, proszę! — Westchnąłem ponownie. — Powiedział, że to nie na stałe. Tylko dopóki nie dojdzie do siebie. Daj mu trochę swobody, właśnie stracił partnerkę.
Próbowałem przemówić jej do rozsądku, ale za późno zdałem sobie sprawę, że doborem słów tylko bardziej roznieciłem jej gniew.
— Nie mów tak, jakbyś wiedział cokolwiek o partnerstwie! Bo nie wiesz! I gdybyś przypadkiem nie zauważył, Alfo, straciłam mamę! Nie muszę tracić też ojca i brata! — odkrzyknęła, mierząc mnie wściekłym wzrokiem, po czym odwróciła się na pięcie i odeszła.
















