ZAREK
Patrzyłem, jak odbiega, i wypuściłem powietrze, które wstrzymywałem przez dłuższą chwilę. Stała się prawdziwą kobietą. Daleko jej było do małej Elowen z potarganymi włosami i kucykami, która wiecznie łaziła za mną i moimi kumplami. I była tak cholernie seksowna, że mój umysł wciąż nie mógł się otrząsnąć po widoku jej krągłych pośladków, gdy przyspieszała.
Potrząsnąłem głową, próbując odgonić wszelkie myśli o niej, wiedząc, że pełny wzwód podczas rozmowy z moją Gammą byłby katastrofą.
— Co to było, Zarek? Tylko nie Elowen, proszę. Żadnego zadawania się z członkami watahy, pamiętasz? A zwłaszcza nie z moją siostrą. — Torin przerwał ciszę między nami, gdy obaj patrzyliśmy w stronę, w którą pobiegła.
Słyszałem rozczarowanie w jego głosie i nie mogłem go winić. Po prostu chronił siostrę przede mną.
— Nie wiem, co ty sobie myślisz, stary. Po prostu ją przytuliłem. To nie tak, że ją pieprzę.
Z jego piersi wydobył się niski warkot i w tym momencie dotarło do mnie, że popełniłem błąd, używając słowa „pieprzyć” w jednym zdaniu z jej imieniem. Uniosłem ręce w górę, zanim się do niego odwróciłem.
— Nie wyobrażaj sobie niczego. Wiesz, że zawsze myślę o niej jak o siostrze. — Poklepałem go po ramieniu, po czym odszedłem. — I znam zasady, które sam ustanowiłem, nie zamierzam ich łamać — dodałem, idąc w stronę domu watahy, nie będąc już w nastroju do dalszego treningu.
Właśnie okłamałem moją Gammę.
Zawsze myślałem o Elowen jak o siostrze, nawet jeśli wiedziałam, że poświęcała mi aż nadto uwagi, gdy dorastaliśmy. Ale wszystko zmieniło się trzy dni temu, kiedy pojawiła się na moim terytorium. Wszelkie siostrzane uczucia, jakie do niej żywiłem, po prostu spłynęły w błoto.
Miałem swoją porcję kobiet i nigdy mi ich nie brakowało, choć nigdy nie tknąłem żadnej ze swojej watahy. To była zasada, którą ustanowiłem dla siebie, mojego Bety i Gammy — żadnego zabawiania się z kobietami z watahy.
Zawsze znajdowałem jakąś, gdy potrzebowałem, ale żadna nie przyciągnęła mojej uwagi tak jak Elowen.
Dawne dziewczyny nigdy nie sprawiały, że musiałem brać więcej niż jeden zimny prysznic, by opanować pożądanie. Zwłaszcza nie te, które brałem tylko dla przyjemności. Przestawałem o nich myśleć w momencie, gdy kończyliśmy sprawę. Jestem certyfikowanym fuckboyem. Chciałem seksu, ale nigdy nie pożądałem tylko jednej kobiety. Ani nie poświęcałem żadnej pełnej uwagi.
Jednak Elowen... ona kradnie moją uwagę, odkąd tylko wróciła.
Może dlatego, że jest siostrą Torina. Może dlatego, że jest moją małą Elowen, moją księżniczką.
Może dlatego, że jest zakazana.
Ale jestem mężczyzną i doskonale widzę, jak atrakcyjna jest Elowen. Nie sądzę, bym kiedykolwiek widział piękniejszą kobietę. Sama myśl o jej szafirowych oczach, jej ponętnych ustach i sposobie, w jaki poruszają się jej biodra, sprawiała, że mój interes natychmiast drgał.
I do diabła! Jej głos — ten słodki, anielski głos — mógłby rzucić każdego mężczyznę na kolana. A kiedy jest zła, to dopiero podnieca najbardziej. Miałem ochotę przycisnąć ją do ściany i ostro zerżnąć.
Przekleństwo! Wszystko w niej sprawia, że mój fiut płonie!
Nawet nie zauważyłem, że wydałem z siebie niski, wibrujący warkot, wchodząc do korytarza domu watahy, co wywołało skonsternowane spojrzenia wojowników, których mijałem.
— Alfo. — Skinęli mi głowami. Nawet nie raczyłem odpowiedzieć i udałem się prosto na schody do mojego pokoju. Potrzebowałem prysznica. Cholernie zimnego prysznica!
Nie miałem pojęcia, jak wygram tę walkę z samym sobą. Chciałem jej skosztować. Może po tym pragnienie by minęło. Ale wiedziałem lepiej. Moja księżniczka nie zasługiwała na to, by być traktowana tak jak inne kobiety.
Była typem dziewczyny, którą sprowadza się do domu jako swoją partnerkę. I której dochowuje się wierności. Coś, czego ja nie potrafiłbym zrobić. Bo nie miałem pojęcia, czy w ogóle umiem być komuś wierny.
Gdy wziąłem ten jakże potrzebny prysznic, zszedłem na dół akurat na spotkanie, o które prosili niektórzy ze Starszyzny, w tym były Beta i Gamma watahy. Nie wiedziałem, skąd ta nagła prośba, ale przyjąłem ją z szacunku dla starszych.
Mój obecny Beta i Gamma czekali już pod drzwiami sali konferencyjnej.
— Alfo. — Beta Bram skinął mi głową, podobnie jak Gamma Torin. — Wszyscy, którzy powinni być na tym spotkaniu, są już w środku — dodał.
Odwzajemniłem skinięcie i otworzyłem drzwi. Byłem dość zaskoczony, widząc w środku nie tylko Starszyznę oraz byłego Betę i Gammę, ale także ich partnerki.
Wszyscy powstali ze swoich miejsc z szacunku. Skinąłem głową i kazałem im usiąść, zanim sam zająłem miejsce.
— Zaczynamy? — zapytałem monotonnym głosem. Oparłem się na krześle i założyłem nogę na nogę, splatając dłonie i czekając w milczeniu.
— Alfo, z całym szacunkiem, wiemy, że to temat, którego wolałbyś unikać, ale mamy nadzieję, że zachowasz otwarty umysł i najpierw nas wysłuchasz, zanim podejmiesz jakąkolwiek decyzję lub przerwiesz spotkanie — zaczęła Odette, była partnerka Bety.
— Zrobię, co w mojej mocy. — Skinąłem głową. Uśmiechnęła się, gdy jej partner ujął jej dłoń i zachęcił do kontynuowania.
— Jak doskonale wiesz, Alfo, wataha świetnie prosperuje przez te wszystkie lata mimo braku Luny. Wszystkie zadania, którymi powinna zajmować się Luna, są odpowiednio realizowane.
Odchrząknąłem, co sprawiło, że Odette przerwała.
— I właśnie z tego powodu, że świetnie prosperujemy, wynika, że wcale jej nie potrzebujemy. — Na mojej twarzy odmalował się grymas irytacji. Wiedziałem, do czego zmierza to spotkanie. — Przerabialiśmy ten temat wiele razy. Nie zmienię zdania.
— Alfo, szanujemy twoje poglądy na tę kwestię. Ale czy możesz nas wysłuchać do końca? — zapytał były Gamma, Kaelen. — Kontynuuj, Odette. — Skinął jej krótko głową.
Odette westchnęła, zanim podjęła wątek. Starsi wiercili się na krzesłach. Musieli czuć bijącą ode mnie irytację. — Tak jak wspomniałam, Alfo, wataha radzi sobie z obowiązkami Luny, ponieważ ja i Valeria, wraz z niektórymi ze starszych, podjęłyśmy się ich realizacji. Robiłyśmy to jeszcze zanim objąłeś stanowisko Alfy, Alfo Zarek.
Valeria, była partnerka Gammy, odchrząknęła, zanim dodała coś od siebie: — I zawsze był to dla nas zaszczyt, robić to dla ciebie i watahy, Alfo. Uznaliśmy jednak, że skoro nasi partnerzy ustąpili ze stanowisk Gammy i Bety, my również mogłybyśmy ustąpić i po prostu cieszyć się życiem jako zwykli członkowie watahy.
— Ale kobiety w naszej watasze również potrzebują przewodnictwa — przedszkole, stołówka wojowników, godziny dla kobiet, uroczystości i wszystkie te sprawy, w których Luna potrafi czynić magię... my tego wszystkiego potrzebujemy. Dlatego nadal przewodzimy w tych kwestiach, nawet gdy nasi partnerzy odeszli na emeryturę. I pękłoby nam serce, gdybyśmy musiały przestać to robić tylko dlatego, że same chcemy odpocząć, wiedząc doskonale, że nikt inny nie przejmie tych obowiązków — dodała.
— Wszyscy zgodziliśmy się, że zamiast naszych partnerek, powinniśmy mieć Lunę, która będzie nad tym czuwać. — Beta Dominic spojrzał na mnie stanowczo, ale z szacunkiem. Zawsze służył mi radą w przeszłości i znałem szczerość jego głosu.
— My, oczywiście, służylibyśmy naszej Lunie pomocą, gdyby nas potrzebowała. Ale wszyscy wierzymy, że to wszystko powinno być teraz w rękach Luny. — Odette uśmiechnęła się do mnie ciepło.
— I najwyższy czas na dziedzica, Alfo Zarek — dodała Starsza Opal. — Nie robisz się młodszy. Wkrótce może być za późno na następcę.
— Nie mam Luny — odpowiedziałem krótko, z twarzą pozbawioną emocji.
— Jesteśmy tego świadomi. Twój Beta i Gamma również nie mają partnerek. Brak kobiety u władzy może doprowadzić do upadku watahy. — Były Gamma Kaelen przyłożył rękę do podbródka i zaczął gładzić brodę. — Musisz przewodzić, Zar, ale twoja Luna musi zdjąć z ciebie ciężar drobnych spraw w watasze. Chyba że masz inne kobiety, które podejmą się tej roli, sugeruję ci jednak znalezienie Luny.
— I po prawdzie, wierzę, że nadszedł czas, by Kaelen i ja zwolnili nasze partnerki z tych obowiązków. — Były Beta Dominic dodał, nie spuszczając ze mnie wzroku, nawet gdy jego partnerka, Odette, oparła głowę na jego piersi. — A co najważniejsze, potrzebujemy dziedzica. Przyszłego Alfy tej watahy.
Poruszyłem się na krześle i oparłem łokieć na blacie, chowając twarz w dłoniach. — Doceniam waszą szczerość. Dajcie mi czas, bym to przemyślał. Nie jest łatwo znaleźć Lunę, gdy się jej nie chce — wyznałem im prawdę.
— Wiem, że unikałeś spotkania ze swoją przeznaczoną, Alfo. Jeśli nadal tak jest, to może pójdziemy inną drogą i wybierzemy Wybraną Lunę? — zasugerowała Starsza Opal, a niemal wszyscy skinęli głowami na zgodę.
Westchnąłem i spojrzałem na wszystkich zgromadzonych, włączając mojego Betę i Gammę. — Zrobię to. Dajcie mi tylko trochę czasu.
Przełknęłam ślinę, zanim kontynuowałem: — Odette, Valerio, chciałbym osobiście wyrazić moją wdzięczność za całą waszą pomoc przez te lata. To nigdy nie zostanie zapomniane, ale proszę o jeszcze odrobinę cierpliwości i mam nadzieję, że będziecie kontynuować swoje obowiązki, dopóki nie znajdę wam waszej Luny. — Nie miałem pojęcia, jak te słowa przeszły mi przez gardło. Podjąłem decyzję bez głębszego zastanowienia. Obiecałem im, że dam im Lunę.
Usatysfakcjonowane moją prośbą, zarówno Odette, jak i Valeria, posłały mi szerokie, ciepłe, wręcz macierzyńskie uśmiechy. — Z przyjemnością, Alfo. Zaczekamy i dopilnujemy, by pomóc Lunie, gdy będzie gotowa do przejęcia swoich zadań — zapewniła mnie Odette, a Valeria skinęła głową na potwierdzenie.
















