Z perspektywy Natalie
Nigdy wcześniej nie byłam tak szczęśliwa, a zarazem tak przerażona. Dom był pusty i miałam do dyspozycji wszystko, czego potrzebowałam do swojej ucieczki. Pakowałam do torby ubrania, pieniądze i jedzenie. Co kilka minut słyszałam skrzypienie osiadającego budynku albo jakiś hałas na zewnątrz i serce stawało mi w piersi.
Czekałam tylko na to, aż wrócą do domu i nakryją mnie na kradzieży. Gorzej – bałam się, że jakiś Likan wylezie nagle ze ścian i wyrwie mi serce.
Zdołali już wejść na terytorium naszego stada. Nawet nie posiadając wilka, czułam ich. Ich moc nie przypominała niczego, czego kiedykolwiek wcześniej doświadczyłam. Włoski na moim karku i ramionach sterczały do góry, a żołądek zwijał mi się ze zdenerwowania.
Zarzuciłam plecak na ramię, trzymając skaleczoną rękę jak najbliżej klatki piersiowej, by nie obciążać dodatkowo uszkodzonej kończyny. Musiałam przebiec trzy mile do granicy terytorium, a następnie pokonać kolejne sześć, by dotrzeć do ludzkiego miasta. A gdy tylko się tam znajdę, będę mogła złapać podwózkę i udać się, gdzie tylko zapragnę. W końcu będę wolna.
Tylne drzwi zapiszczały, gdy je pchnęłam. Nie zadałam sobie nawet trudu, by zamknąć je za sobą, wbiegając prosto między drzewa. Likanie nie mogli stanowić dla mnie wiecznego ratunku. Kiedy moi rodzice w końcu wrócą do domu, nie miałam najmniejszego pojęcia, co będzie mnie czekać. Czy pójdą za mną w pościg za kradzież, czy może odpuszczą, zadowoleni, że nareszcie się mnie pozbyli?
Tak czy inaczej, forsowałam się do granic możliwości; chciałam przynajmniej wydostać się z terytorium ich ziem, zanim zorientują się, że zniknęłam.
Szybko złapałam zadyszkę. Pulsujący w ramieniu ból zdezorientował mnie na tyle, że potknęłam się o gałąź, ale zdołałam odzyskać równowagę i biegłam dalej. Z każdą kolejną minutą odnosiłam wrażenie, że granica ucieka coraz dalej, lecz nie pozwalałam sobie na to, by zwolnić tempa. Byłam zbyt blisko celu.
Wielki cień przemknął szybko po mojej prawej stronie, ukrywając się w gęstwinie drzew. Wzdrygnęłam się nerwowo, wciągając powietrze i odwracając głowę, ale niczego nie dostrzegłam. Tymczasem instynkt podpowiadał mi, że już nie jestem tutaj sama. Im dłużej biegłam, tym częściej dostrzegałam swojego niechcianego towarzysza. Potężna, muskularna postać mignęła w rogu mojego pola widzenia i natychmiast znikała, kiedy tylko próbowałam na nią spojrzeć.
Głośne kroki i ryk, które do mnie dotarły, posłały mi lodowaty dreszcz aż po same palce u stóp. Ten dziki dźwięk stanowił znacznie więcej niż ostrzeżenie. Był to gwarant cierpienia. Realne zagrożenie.
Po lewej stronie zobaczyłam wkrótce dwie kolejne sylwetki; pędziły obok mnie, wciąż poruszając się na dwóch łapach. Ich bestialski wygląd wywołał panikę w moich płucach i nagle nie mogłam złapać odpowiedniej ilości tchu.
Nigdy wcześniej nie pomyślałam, że zginę z rąk Likanów.
– Możesz już przestać biec. Ta twoja ucieczka była dość zabawna – zawołał donośnie kobiecy głos, na chwilę przed tym, jak jakaś postać pojawiła się nagle kilka kroków przede mną. Jej puste, białe oczy wwiercały się w moją duszę, kiedy gwałtownie wbiłam nogi w ziemię, aby się zatrzymać. Mój rwący oddech zdawał się ją tylko bawić, gdy przyglądała się mnie uważnie. Fakt, że nie wiedziałam, na co konkretnie patrzy – gdyż nie posiadała widocznych tęczówek, które by ją zdradziły – był bardzo niepokojący, ale ruchy jej głowy wprost sugerowały, że jestem oceniana, gdy omiatała mnie od stóp do głów.
Likanie zbliżyli się niebezpiecznie, osaczając mnie ze wszystkich stron, tak jakby lada moment mieli urządzić sobie ucztę ze swojej zdobyczy. Ich stan pół-przemiany wywołał we mnie czyste przerażenie, zwłaszcza że znajdowali się tak blisko.
Wcześniej obserwowałam ich jedynie z tłumu z perspektywy Ofiarowania, ale nigdy nie stanęłam twarzą w twarz z żadnym z nich.
Czwórka przebywająca wokół mnie wydawała z siebie zwierzęce odgłosy, porozumiewając się w swoim języku, po czym jeden z potworów po mojej lewej wyciągnął po mnie łapę, zmuszając mnie do gwałtownego odskoku.
Czułam granicę; znajdowała się w odległości zaledwie kilkunastu metrów. Choć wiedziałam, że na pewno pobiegną za mną na niczyją ziemię, postanowiłam się nie poddawać. Wpatrywałam się w czerwone ślepia bestii, widząc w nich ich własne rozbawienie i otwarte wyzwanie. On doskonale wiedział, że lada sekunda zacznę biec; i miał rację, co wcale nie powstrzymało mnie przed zrobieniem obrotu na pięcie. Wystartowałam – biegnąc jednak wprost w ramiona innego Likana.
Wydałam z siebie przeraźliwy krzyk, kiedy owinął ramiona wokół mojego ciała, przerzucił mnie przez bark, a plecak boleśnie uderzył mnie przy tym w tył głowy. Rzucałam rękoma i nogami, rozpaczliwie próbując z całych sił wywalczyć sobie wolność.
Jego napakowane, muskularne ciało owinęło się wokół mnie jeszcze mocniej, tak samo jak w przypadku węża boa; uziemił mnie całkowicie i natychmiast ruszył w pościg. Im bardziej wierzgałam nogami, uderzając w niego z całych sił, aby wyrwać się z uścisku, tym mocniej mnie przytrzymywał.
Kiedy wypadliśmy zza linii drzew, w z niedowierzaniem wypuściłam ciche prychnięcie. Przekroczenie tego krótkiego dystansu – co mnie samej zajęło wcześniej ponad dwadzieścia minut – zajęło potworom uwięziwszym mnie krócej niż pięć minut.
– Jestem człowiekiem – Te przerażone, drżące błagania wyrwały się desperacko z moich ust. – Nigdy nie przeszłam przemiany. Jestem po prostu zwykłym człowiekiem.
Moje słowa natychmiast skwitowano złośliwym, obelżywym echem – hordą śmiechu należącą do wszystkich bestii biegnących tuż koło mojego oprawcy. Do tej pory nikt nigdy nie wymagał mojej obecności podczas Ofiarowania. Dla nich byłam totalnym nikim.
Żaden Likan nie chciałby mnie mieć za swoją przeznaczoną. Zwykły wilkołak mnie nie chciał.
Jedyna sensowna i logiczna opcja jawiła mi się tylko tak, że za chwilę zostanę z wielką przyjemnością za coś ukarana – coś, czego pewnie nie zrobiłam. Moi rodzice przecież nie mogli tak szybko zdążyć z powrotem, a jeśli Likanie nie życzyli sobie nagle oglądać brutalnej rzezi w imię braku mojego szacunku względem Haylee, na pewno nie stanowili dla mnie realnego niebezpieczeństwa ani powodu, by sprowadzić mnie do nich wszystkich.
Słyszałam stado szepczące i szemrzące między sobą w wielkiej irytacji. Moja obecność przyprawiała wszystkich o wielki szok i wściekłość w miarę jak wyłoniliśmy się spośród gęstwiny lasu; sekundy później, bez grama ceregieli wrzucono mnie po prostu w sam środek błota. Mój stłumiony ryk cierpienia – wynik wyhamowania rąk, chcącego uratować ciało podczas lotu w górę przy zranionym wcześniej stawie i tak był nieprzydatny – wyciszył nagle członków całego stada. Przełknęłam ślinę, odrzucając od siebie nowe, wezbrane dotąd w kącikach potoki łez. Jedyne, na co mogłam odważyć się patrzeć to stara, zaschnięta na podwórku trawa.
Dosłownie mogłam go poczuć, samego Króla.
Jego władcza obecność głośno krzyczała wręcz w podświadomości; zmuszał mnie do złożenia absolutnego pokłonu i subordynacji. A z drugiej strony – nie potrafiłam. Byłam kompletnie sparaliżowana i wręcz petryfikowana lękiem. Wlepiłam spojrzenie u samej linii horyzontu kurzu przed jego niesamowicie mocarnymi łapami, kiedy tylko oblała mnie ogromna dychotomia własnego adrenaliny i potwornego, pierwotnego zaszczucia, nerwowo czekającego na litość lub cios przed pierwszym sygnałem po tym czy sam mnie w ogóle zabije podczas samego Ofiarowania. A co w ogóle ma go interesować moja patetyczna tu ziemska egzystencja i jej rola bytu?
Cichy pomruk dobiegł uszu spod istoty przede mną. W mgnieniu oka moje całe ciało objęła wielka gęsia skóra potęgi.
W ciągu mojego życia zdarzyło mi się słuchać warknięć we własnym otoczeniu nieziemskich rozmiarów. Te dźwięki, co tym razem należały do potęgi – króla, nie podchodziły już mi zupełnie w zawiłą analogię – wszystko tu niosło pierwotne zło a skłaniało wręcz prośbą z samych piersi po sam krztuszący ratunek. Gdzieś na granicy – przerażający szept i dzikie rozkoszne pomruki i zdrady wręcz udowadniały o czystym wręcz pożądaniu zabójcy do uwięzionego zwierzęcia mordu.
– Ona? – Mój głos, upiorny koszmar od wielu lat uderzył przeraźliwie, po czym bez pytania poderwałam brodę, napotykając kolano do góry obok tych zgromadzonych w szeregu ciał i sylwetek moich rówieśniczek. Savannah gapiła się prosto we mnie. Miała na wierzchu zszokowane obrzydzenie – za czym dumnie popatrzyła przed mroczne widma wzroku pod królem. – Ty i ona? Jej chcecie mieć w szeregu? To jest patetyczny, ludzki wrzód na tyłku!
Wielkie przerażenie rozdarło i wręcz wypchnęło moje myśli po potwornym zarzucie na oburzenie; zupełnie jak we mgle wyplutych oskarżeń. Nikt a tu nie nawet ze znaczeniem dla alfy nigdy przedtem w swoim imieniu i na granicy nie wyrzucił tak ostrej impertynencji – sam pod samego wręcz króla władcy i monarchi.
Nagle po uderzeniu głośnego na całą otaczającą sferę ryknięciu – stado kuliło się pokornie jeszcze niżej do twardej kory, podczas dreszczy mordu; wszyscy odczuwali wielki blady paraliż uległości na szacunek bez zwady. Chcąc zniknąć na centymetr pod podłogę z rozbitą głową we piachu widziałam wręcz lękliwym szokiem obok, gdy sam w ogóle odwrócił sylwetkę w ogóle przed oddaloną bez żalu Savannah.
To nagłe w zasięgu z większej wręcz wolnej przestrzeni ułożyło do możliwości pełne ukazanie mrocznego monstrum przed światłem dziennym. Rozmiary samej chwały odbiegały od poszczególnego i pospolitego wręcz likana – mocna struktura układała widoczną splotów potwornego pancerza szram blizn skompresowanych na jego gęstej powłoce. Przerażający i absolutny byt strachu i rzeźnika zniszczeń w samej postawie.
Królewski potworny wręcz palec wyrwał – na samo podobieństwo ogromnej sylwetki objętej łapy i pośmiertnie na czołowe rozmiary łeb od ciała dziedziczki wielkiej głośnej ofiary wręcz rozrywając samo prosto przebycie piersiowe prosto w środku z samymi z hukiem jej narządów bijącego pod ciałem w serce i posyłając bez ostrzeżenia stado wyrokujących o pokornym szoku przerażonych łzawych mruknięć z błagającym krzykiem litości na ołtarzu obaw rzezi.
– Wkrótce nadejdą odpowiednie chwile o bezkompromisowej walce o lepszy szacunek za stada i lekcje by szanowali wszystkich przed ich potęgą poskromienia miana. – Czarownice wykrzywiały wręcz puste od prawdy słowa. Ja jednak stałam jako sparaliżowana obok w pozycję wręcz zamrożenia z samego w widok leżącego na piachu wyjętego wnętrza dziewczyny i samej oderwanej dłoni uwalniającej i wylądowaniu w czerń padającego na ziemi resztki posoki z jej pulsem ciała.
Świadomość, że do mnie wraca, nie pozwalała mi oderwać wzroku od tego makabrycznego widoku. Dopiero wielka dłoń, która chwyciła mnie za plecak i podniosła z ziemi jak szmacianą lalkę, przywróciła mnie do rzeczywistości, a ja instynktownie spojrzałam w żarzące się na czerwono oczy Króla Likanów. Jego głęboki głos wywołał we mnie dreszcz, gdy przemówił: „Moja”.
















