Perspektywa Elary
Z osłupienia opadła mi szczęka i zatoczyłam się w tył. To był powód, dla którego Luna chciała, bym wróciła do domu tak wcześnie – bym usługiwała jej synowi po tym wszystkim, co mi zrobił.
Moje dłonie drżały, gdy niepokój zacisnął swoje szpony na moim kręgosłupie. To było zbyt wiele, bym mogła to udźwignąć. Trzęsły mi się ręce, a w żołądku czułam ciężar. Brałam głębokie oddechy przez nos, próbując się uspokoić.
To zdawało się nie działać, bo wciąż czułam ten ucisk, który sprawiał, że zaczęłam hiperwentylować. Ciśnienie w mojej głowie stawało się coraz gorsze. Słabo mi było. Chciałam tylko obudzić się z tego snu.
Minęło kilka minut, zanim panika ustąpiła. Kiedy walenie serca ucichło i uspokoiłam się na tyle, by trzeźwo myśleć, otworzyłam oczy i spojrzałam w górę, tam gdzie świeciło słońce.
Trzej Alfowie watah, którzy postawili sobie za punkt honoru znęcanie się nade mną, wracali. W moich oczach znów stanęły łzy. Czy to był spisek Bogini Księżyca, by w końcu mnie dobić po śmierci moich rodziców?
Myśl o ich powrocie była dla mnie nie do zniesienia, wiedziałam bowiem, że to początek koszmaru, przed którym próbowałam uciec. Długo trwało leczenie ran po skandalu, który zmusił ich do wyjazdu, a teraz znów musiałam otwierać te stare blizny. Dlaczego los był dla mnie tak okrutny?
Choć skandal, który doprowadził do wysłania chłopców za granicę, był bolesny, dla mnie stał się odpowiedzią na modlitwy.
Nienawidziłam ich wszystkich każdą cząstką siebie, a moim jedynym pragnieniem było, by ten zjazd przerodził się w tragedię, zmuszając chłopców do powrotu tam, skąd przybyli. Chciałam po prostu być od nich jak najdalej.
Ponad wszystko miałam nadzieję, że nigdy mnie nie rozpoznają.
W takich chwilach żałowałam, że nie mam rodziców, którzy by mnie wspierali. Żałowałam, że umarli. I co najważniejsze, żałowałam, że muszę mieszkać z Alfą i Luną Corrine, którzy za cel postawili sobie złe traktowanie mnie.
Moje myśli powędrowały ku nieuniknionej tragedii, która nie tylko uczyniła mnie sierotą, ale sprawiła, że stałam się wyrzutkiem, którego wszyscy nienawidzili.
Po śmierci rodziców przygarnęła mnie Luna Corrine, należąca do watahy, do której teraz i ja się zaliczałam. Ponieważ nie powiedziano mi nic więcej, wiedziałam tylko, że moi rodzice zostali zamordowani przez jakichś zbirów.
Nie znałam również tożsamości tamtej Watahy. Byłam po prostu Elarą, Omegą. Kiedy przygarnęli mnie w wieku sześciu lat, cieszyłam się, że znalazłam dom i rodzinę.
Jednak już pierwszego dnia, gdy wprowadzili mnie do domu, zburzyli moje oczekiwania, przydzielając mi liczne obowiązki. Od razu powiedziano mi, że jestem Omegą i że bycie niewolnicą jest moją jedyną misją życiową, co sprawiło, że moja bańka pękła.
Od tego momentu ich syn, Zane, już o tym wiedział. Uczynił moje życie piekłem, drwiąc ze mnie i opowiadając o wszystkim swoim przyjaciołom – Rykerowi i Griffinowi. Głośny dzwonek telefonu wyrwał mnie z zamyślenia, wywołując panikę. Bez namysłu odebrałam połączenie.
"Gdzie ty, do cholery, jesteś?!" – warknęła.
"J-ja... przepraszam". Wyszłam z klasy tak szybko, jak tylko niosły mnie nogi, unikając odpowiedzi na pytanie. Gdyby dowiedziała się, że wciąż jestem na terenie szkoły, kara byłaby pewna.
Wzdrygnęłam się na jedno wspomnienie, przechodząc przez ruchliwą drogę prowadzącą do domu. To było w wigilię moich szesnastych urodzin; wysłała mnie, bym odebrała pieniądze od dłużników, ale było już późno w nocy, zanim udało mi się je zdobyć od jednego z członków Watahy.
Tej nocy ulewnie padało, a w drodze powrotnej, po tym jak cudem uciekłam gwałcicielowi, zgubiłam jej pieniądze. Spędziłam urodziny w ciemnej piwnicy, głodna i wyczerpana. Od tego dnia wiedziałam, że moje życie z nimi nigdy nie zazna spokoju.
W mgnieniu oka byłam w domu. Weszłam do salonu i z każdym krokiem pragnęłam, by ziemia się rozstąpiła i mnie pochłonęła. To byłoby znacznie lepsze niż gniew, z którym zaraz miałam się zmierzyć.
Rozejrzałam się po ogromnym salonie, czując, jak serce tłucze mi się w piersi. Było nienaturalnie cicho, zastanawiałam się, gdzie podziali się wszyscy. Mój wzrok padł w końcu na wysadzany diamentami zegar nad kominkiem. Była prawie piętnasta, ale w salonie nikogo nie było. Gdzie oni wszyscy są?
Czy Luna to zaplanowała? Byłam zbyt zdezorientowana, by się poruszyć, gdy drzwi otworzyły się z hukiem i niemal natychmiast w moim kierunku poleciała filiżanka.
Serce o mało nie wyskoczyło mi z piersi, gdy zrobiłam unik. Naczynie uderzyło w ścianę i rozbiło się w drobny mak. Moje usta rozchyliły się w szoku, gdy zdałam sobie sprawę, że to ulubiony kubek Luny Corrine, ten specjalnie dla niej zaprojektowany.
Przełknęłam ślinę i przygotowałam się na bicie, które miałam otrzymać. Ktoś mógłby pomyśleć, że mój opłakany wygląd po tym, jak pobiły mnie tamte dziewczyny, wystarczy, by powstrzymać Lunę Corrine. Nic z tego, bo niemal natychmiast ruszyła w moją stronę szybkim krokiem.
"Gdzieś ty była, ty idiotko?!" – wydała z siebie przenikliwy wrzask, który rozszedł się po pokoju, ale nagłe otwarcie drzwi powstrzymało jej kroki.
"Mamo". Znajomy, głęboki baryton zawołał do niej. Odwróciłam się i zobaczyłam trzech mężczyzn o sylwetkach modeli stojących w progu. Chwyciłam się ramy kanapy za plecami, by nie upaść.
O mało nie zemdlałam, wpatrując się w tych trzech mężczyzn, którzy teraz wyglądali bardziej pociągająco, niż kiedykolwiek przypuszczałam. Przede mną stali architekci moich najgorszych koszmarów – Zane, Ryker i Griffin, trzej Alfowie.














