CASSIDY
„NADCHODZI TRIO THORNDRAKE’ÓW!”
Krzyk poniósł się echem, odbijając od ścian sali gimnastycznej i choć byłam do tego przyzwyczajona, nie mogłam uwierzyć w to, co działo się chwilę później.
Wszystkie uczennice praktycznie tratowały się nawzajem, depcząc koleżanki tylko po to, by dostać się do pierwszego rzędu i mieć jak najlepszy widok na Trio Thorndrake’ów. Sala wypełniła się chichotem i westchnieniami zachwytu. Nie ruszyłam się z miejsca. Moja przyjaciółka, Keira – jedyna osoba, z którą się polubiłam, odkąd trzy tygodnie temu przeniosłam się do Lunaris – również pozostała na swoim siedzeniu.
— Naprawdę warto? — spytałam. — Robić tyle hałasu i dramy z powodu Tria Thorndrake’ów?
— A jak myślisz? — odparła. — To Trio Thorndrake’ów, najważniejsi uczniowie w Lunaris i, co za tym idzie, najważniejsi spadkobiercy w całym kraju. Większość uczniów tutaj, zwłaszcza ci z Poziomu Dun, przeniosła się do tej szkoły tylko po to, żeby móc na nich choć raz spojrzeć. Wszyscy wiedzą, że to jedyny moment, kiedy można ich zobaczyć.
Westchnęłam.
— Czy to naprawdę tego warte? Patrzenie na nich nie wniesie żadnej wartości do ich życia.
— Tak samo jak śledzenie BTS nie wnosi nic do twojego, a i tak to robisz.
Tu mnie miała. Chciałam odpowiedzieć czymś ciętym, ale wtedy drzwi sali otworzyły się i weszli chłopcy. W ułamku sekundy dziewczyny oszalały. Chichoty i podekscytowane piski przybrały na sile, gdy oni kroczyli przed siebie, jakby to miejsce należało do nich… co technicznie było prawdą, bo byli spadkobiercami Alf. Należalo do nich wszystko w wataże i w całym kraju.
Chciałam zaprzeczyć temu, jakie wrażenie robili, ale to byłoby wierutne kłamstwo. Wszystko w pomieszczeniu grawitowało ku nim, w tym moja uwaga. Przyłapałam się na tym, że śledzę każdy ich ruch.
Na czele tria szedł Kaidan Thorndrake. Wierzono, że jest najstarszym z trojaczków i z tego, co widziałam wcześniej, wydawał się być ich liderem. Szedł tak, jakby wszyscy inni byli tylko powietrzem, jakby te wszystkie okrzyki „Jesteś taki przystojny!” i wyznania miłości były tylko zbędnym szumem. Na nikogo nawet nie mrugnął okiem. Jeśli już, wyglądał na poirytowanego.
Cyprian Thorndrake, drugi z braci, niemal kopiował jego wyraz twarzy, gdyby nie cień uśmiechu błąkający się na jego ustach. Wydawał się zadowolony z zainteresowania, ale jednocześnie sprawiał wrażenie, jakby zupełnie go ono nie obchodziło.
Ryker Thorndrake, trzeci brat, był zupełnie inny. Swoje rozbawienie i dumę z bycia uwielbianym nosił niczym koronę. Uśmiechał się, a nawet machał do dziewcząt; niektóre z nich udawały, że mdleją, gdy mrugnął w ich stronę. Od zawsze wiedziałam, że taki właśnie jest – flirciarski, przyziemny i przyjacielski. Nie rezerwował swojej uprzejmości tylko dla Urodzonych w Koronie; okazywał ją nawet Urodzonym z Pyłu, najmniej istotnym uczniom w Lunaris, najbiedniejszym, najbardziej nękanym i znajdującym się na samym dole łańcucha pokarmowego.
My byłyśmy Urodzonymi z Pyłu. Ja i Keira. Jako uczennica ze stypendium naukowym i człowiek – jedyny człowiek w całej szkole – należałam do Poziomu Dun. Keira była omegą i stypendystką socjalną, więc również należała do Dun.
Urodzeni w Koronie byli najbogatszymi i najważniejszymi uczniami. Byli to spadkobiercy Alf i księżniczki Luny, dzieci Betów i członków rady. To oni stali na szczycie łańcucha pokarmowego; ich klasy, stołówka i szafki znajdowały się na najwyższych piętrach szkoły. To im kłaniały się nawet władze uczelni.
Urodzeni w Ametyście i Urodzeni w Popiele znajdowali się gdzieś pomiędzy.
Bracia w końcu dotarli do końca szpaleru dziewcząt, które ich powitały, i niemal natychmiast zjawił się instruktor gimnastyki, nakazując nam dobrać się w pary – chłopak i dziewczyna.
Keira bez trudu znalazła partnera. Kiedy ja wciąż się rozglądałam, zobaczyłam, że Sienna sparowała się z Rykerem, choć wydawało mi się, że widzę, jak chłopak zaciska pięść z gniewu.
Prawie cała sala była już w parach, a ja wciąż szukałam. Mój wzrok padł na Kaidana Thorndrake’a. Choć dziewczyny tłoczyły się wokół niego i trzepotały rzęsami, byle tylko je wybrał, on na nie nie patrzył.
Patrzył w moją stronę.
Obejrzałam się, by sprawdzić, czy nie gapi się na kogoś za mną, ale nikogo tam nie było.
Patrzył na mnie i właśnie zaczął iść w moim kierunku.
Zamarłam, a moje dłonie stały się wilgotne. Dziewczyny otaczające nas gapiły się z osłupieniem, szepcząc gorączkowo między sobą.
— Bądź ze mną w parze.
To nie była prośba ani sugestia. To brzmiało jak rozkaz. Dopiero wtedy dotarło do mnie, jakie to dziwne. To był Kaidan Thorndrake, którego nigdy nie widziano z żadną dziewczyną, mimo że tłumy rzucały mu się do stóp każdego dnia. Krążyły plotki, że jest gejem, a on stał tutaj i prosił, bym była jego partnerką.
Powinnam pewnie czuć się pochlebiona. Ale nie byłam. W jego spojrzeniu było coś drapieżnego. Wyglądało to tak, jakby nie liczyło się nic poza polowaniem, a ja byłam jego ofiarą.
Powinnam powiedzieć „nie”, ale zamiast tego, kiedy otworzyłam usta, jedynym, co z nich wypadło, było „tak”.
Szepty stały się jeszcze głośniejsze i bardziej zajadłe. Widziałam, że niektóre dziewczyny patrzą na mnie z podziwem, inne z gniewem i obrzydzeniem. W ich myślach niemal słyszałam to pogardliwe pytanie:
„Jak śmie nędzna ludzka dziewczyna zostać wybrana przez ich uwielbianego księcia Alfa?”
Każdej parze przydzielono inne ćwiczenia i wtedy szepty ucichły. Wkrótce wszyscy zajęli miejsca. Niektórzy robili razem przysiady, inni pompki i tym podobne. Spodziewałam się, że Kaidan przejmie inicjatywę i wybierze jedną z wymienionych rutyn, ale zamiast tego kazał mi iść za sobą na tyły sali, gdzie znajdowała się mała bramka.
Poszłam za nim. Świadomość bycia jego partnerką, bycia w centrum jego uwagi, była w pewien sposób ekscytująca. Po tych wszystkich tragediach, które mnie spotkały – utracie mamy, mojej jedynej rodziny, wyrzuceniu z publicznego liceum, bo nie stać mnie było na opłacenie nawet obniżonego czesnego, i utracie wszelkiej nadziei – zdarzył się cud w postaci nieoczekiwanego listu stypendialnego z Liceum Lunaris.
To sprawiło, że znów zaczęłam wierzyć w cuda.
A teraz skupiałam na sobie uwagę najbardziej szanowanego Alfy w szkole. Bycie jego partnerką było miłe… Może mu się podobam, może go zaciekawiłam, może to początek mojej bajki…
— Stań tam — chłód w jego głosie był jak kubeł lodowatej wody wylany na mnie w środku głębokiego snu. — Bądź bramkarzem.
— Co będziemy…
— Zaraz się przekonasz — przerwał mi, a moje nogi poruszyły się same, zmuszone autorytetem Alfy, który z niego emanował. Stanęłam przed bramką.
Od niechcenia wyciągnął piłkę z kosza stojącego tuż obok i zaczął nią leniwie obracać na palcu.
— Jak się czujesz jako pierwszy i jedyny człowiek w Lunaris?
— Nie rozumiem…
— Czy ktoś wyprawił ci już godne przyjęcie powitalne? — drapieżny błysk pojawił się w jego oczach. — Skoro jesteś pierwszym człowiekiem w naszej szkole, powinnaś zostać odpowiednio powitana.
Zmarszczyłam brwi.
— Nie rozumiem, o czym mó…
Nie dokończyłam zdania, bo potężne uderzenie trafiło mnie w głowę, a ból eksplodował w mojej twarzy. W całej twarzy. Gorący płyn spłynął mi z nosa.
Rzucił we mnie piłką.
Cała sala gimnastyczna ucichła.
— Ooo, był gol — wycedził leniwie, sięgając po kolejną piłkę. — Postaraj się złapać tę.
Rzucił piłkę. Instynktownie wyciągnęłam ręce, by ją chwycić, ale uderzyła mnie w dłonie i brzuch, a siła uderzenia odrzuciła mnie do tyłu.
— Widzisz teraz, dlaczego słabe i bezużyteczne stworzenia, takie jak ty, nie mają tu wstępu? — Rzucił trzecią piłkę, a impet tego uderzenia powalił mnie na ziemię, sprawiając, że ból przeszył każdą cząstkę mojego ciała.
— Nie wiem, jakie żałosne stworzenie przyznało ci stypendium, ale sprawię, że pożałujesz minuty, w której je przyjęłaś.
Kolejna piłka – tym razem nie zdołałam powstrzymać krzyku. Próbowałam uciec, wyjść, ale czułam, jakby niewidzialne siły trzymały mnie w miejscu i zmuszały do bezruchu.
— Mistrzu Thorndrake — rozpoznałam piskliwy głos pana Vance’a i odwróciłam się, widząc, że się zbliża. — To moja sala, a nie miejsce do znęcania się. Proszę natychmiast przestać.
— Chce pan zająć jej miejsce? — spytał Kaidan od niechcenia, jakby nie rozmawiał z nauczycielem. Pan Vance zatrzymał się, a potem cofnął.
— Tak też myślałem — dokończył chłopak, po czym znów rzucił we mnie piłką.
Szepty w sali rozległy się na nowo, ale tym razem były to głosy pełne ekscytacji i zadowolenia. Oczywiście, dziewczyny odetchnęły z ulgą – Kaidan nie wybrał mnie dlatego, że go zainteresowałam, ale dlatego, że chciał mnie dręczyć.
Teraz powyciągały telefony, by uwiecznić każdą upokarzającą chwilę i móc się ze mnie śmiać.
Po kilku kolejnych piłkach moja twarz była posiniaczona, a ciało obolałe. Kaidan w końcu przestał i podszedł do miejsca, gdzie leżałam na podłodze.
Pochylił się, a jego wzrok spoczął na mojej twarzy, badając każdy siniec i ślad krwi. Jego sadystyczny uśmiech rozszerzył się, podkreślając wściekłość w oczach, gdy tak nade mną górował.
— Wiesz, czego nienawidzę najbardziej na świecie? Ludzi. Nienawidzę ich tak bardzo, że mógłbym poświęcić życie na wybijanie was do nogi — mówił z taką jadowitością, że przeraziło mnie to do szpiku kości.
— A jeśli jest coś, czego nienawidzę jeszcze bardziej, to marni ludzie, którzy nie znają swojego miejsca. Kim ty niby jesteś, żeby uczęszczać do Lunaris? To nie jest jakaś maskarada dla nędzarzy, ale może to dobrze, że tu jesteś. Zawsze chciałem mieć ujście dla tej całej nienawiści do ludzi, która się we mnie zbierała. Skoro tu jesteś, mogę powiedzieć, że w końcu je znalazłem — jego uśmiech stał się chorobliwie zadowolony, gdy przyglądał mi się z większą intensywnością. — Jesteś wręcz idealna. A więc tak, witamy w Lunaris.
Wstał i odszedł, zostawiając mnie w najgorszym fizycznym bólu, jakiego kiedykolwiek doświadczyłam, z tylko jedną powracającą myślą:
Co się właśnie stało?