PERSPEKTYWA RUBY
Minęły godziny, odkąd opuściliśmy chatę Guinevere, a raczej to, co z niej zostało. Powóz dudnił teraz po leśnej ścieżce, a skrzypienie jego kół kontrastowało z ciężką ciszą panującą wewnątrz. Siedziałam po jednej stronie, a łzy napływały mi do oczu, które tak uważnie wpatrywały się w Adriana. Spał mocno z głową na moich udach, cicho chrapiąc, podczas gdy ja gładziłam go po twarzy.
