Twarz Natalii wykrzywiła się ze złości. „To ty marnujesz czas ze swoją fałszywą medycyną. Odsuń się. Rozpoczynam resuscytację”.
Kaelie posłała jej mordercze spojrzenie. „Zemdlała z powodu niskiego ciśnienia krwi, a RKO to twój jedyny ruch?”. Jej głos był ostry jak brzytwa. „Znachorka”.
Twarz Natalii zapłonęła gniewem. Dopiero co wróciła z międzynarodowej konferencji medycznej z samym Harrisonem Everettem, a to zero miało czelność podważać jej zdanie? „Za kogo ty się u diabła uważasz? Wiesz w ogóle, kim jest mój wuj?”.
„Nie obchodzi mnie to”. Kaelie nie przerywała pracy, uciskając krytyczny punkt nacisku. „Zejdź mi z drogi, partaczko”.
Natalia zacisnęła pięści. „Dobra, zemdlała. Ale naprawdę myślisz, że wbijanie w nią igieł coś pomoże? Gdyby tradycyjna medycyna działała, po co w ogóle potrzebowalibyśmy prawdziwych lekarzy? Zabijesz ją i to będzie twoja wina”.
Przez tłum przetoczyła się fala szeptów.
„Ona ma rację. Współczesna medycyna jest bardziej wiarygodna”.
„Ale widzieliście, jak sprawdziła puls? To wyglądało profesjonalnie”.
Gdy Kaelie nadal ją ignorowała, Natalia złapała ją za ramię. „Przestań w tej chwili, oszustko”.
Głos Kaelie opadł do niebezpiecznie lodowatego tonu. „Puść. Mnie”. Dwie rzeczy wkurzały ją do granic możliwości: ludzie, którzy oczerniali tradycyjną medycynę, oraz idioci, którzy stawali między nią a pacjentem.
Natalia puściła ją, brutalnie odpychając. „Świetnie! Pokaż mi więc swoje magiczne sztuczki. Jeśli naprawdę ją uratujesz, to może nawet cię przeproszę”.
Kaelie nawet nie mrugnęła. „To zacznij już ćwiczyć przed lustrem”.
Dłonie Kaelie poruszały się szybko, a trzy igły zostały umieszczone z chirurgiczną precyzją. Dziewczynka poruszyła się, jej brwi lekko się zmarszczyły, a z jej ust wyrwało się ciche kwilenie.
Tłum wybuchnął entuzjazmem. „Ona się budzi!”.
Natalii opadła szczęka. „Nie ma mowy... Jakim cudem u licha zrobiło to kilka igieł?”.
Kaelie nie wahała się ani chwili. W jej dłoniach błysnęły dwie kolejne igły, natychmiast trafiając w odpowiednie punkty.
Nagle oczy małej dziewczynki otworzyły się szeroko – duże, okrągłe i czujne. Jej blada twarz złagodniała, gdy zamrugała, spoglądając na Kaelie z niemal anielskim wyrazem twarzy.
Oczy wszystkich rozszerzyły się w szoku.
„Jasna cholera, udało jej się!” – Franklin, jeden z gapiów, wybuchnął śmiechem. „Pięć małych igiełek i bum, znowu jest z nami?”.
Kaelie ostrożnie wyjęła igły, dezynfekując ramię dziewczynki. „To nie były przypadkowe ukłucia” – poprawiła. „Zemdlała. Wystarczy uderzyć w odpowiednie punkty, a ciało zareaguje”.
Natalia prychnęła, krzyżując ramiona. „Och, błagam. To musi być ukartowane. Od kiedy dźganie kogoś igłami cokolwiek naprawia? Typowe oszustwo tradycyjnej medycyny”.
Spojrzenie Kaelie mogłoby zamrozić lawę, ale zanim zdążyła się odgryźć, mała dziewczynka odezwała się słodkim, lecz ostrym głosikiem: „Tradycyjna medycyna istnieje od tysięcy lat. A ty? Nie potrafiłaś zrobić niczego. Może powinnaś wrócić do szkoły”.
Natalia parsknęła, a jej twarz oblała się purpurą. „Słucham?!”.
Tłum nie wytrzymał, a wokół rozległ się wybuch śmiechu.
Kaelie uśmiechnęła się pod nosem, wycierając ręce. „Ma rację. Może warto byłoby znowu zajrzeć do książek”.
„Żałosny plebs! Nie mam na to czasu” – warknęła Natalia, odwracając się na pięcie, by odejść.
Obok jej ucha ze świstem przemknęła igła, wbijając się głęboko w pień sosny za nią.
Natalia zamarła. Cal w lewo, a igła przebiłaby jej czaszkę.
Lodowaty głos Kaelie przeciął ciszę. „Zapomniałaś o czymś, cwaniaro?” – uśmiechnęła się.
Tłum zesztywniał z napięcia. Ta dziewczyna o słodkiej twarzy nagle zaczęła emanować czymś mrocznym i niebezpiecznym.
Natalia przełknęła ślinę, zgrywając głupią. „Czego chcesz?”.
„Przeprosin”. Kaelie postukała się w skroń, szczerząc się, jakby to wszystko było tylko grą.
Szczęka Natalii się zacisnęła. To zniszczyłoby jej reputację. „Nie rozumiem. I nie odpowiadam oszustom. Moi pacjenci mnie potrzebują”.
Jeden z gapiów prychnął: „Jesteś siostrzenicą Harrisona Everetta? Cholera, byłoby mu wstyd”.
Natalia odwróciła się gwałtownie i wymierzyła mężczyźnie siarczysty policzek. „Zamknij pysk, śmieciu! Rodzina Everettów jest właścicielem każdego szpitala w Halston. Wkurzcie mnie, a żaden z was, nieudaczników, już nigdy nie zostanie obsłużony w żadnej placówce”.
Pięści mężczyzny trzęsły się z wściekłości. „Ty! Jak śmiesz—”
Natalia, która zawsze patrzyła na zwykłych ludzi z góry, nie zauważyła lodowatego niebezpieczeństwa, które zamigotało w spojrzeniu Kaelie.
Niedbałym ruchem nadgarstka Kaelie cisnęła małym kamieniem. Kolana Natalii ugięły się, a kobieta zwaliła się na ziemię z przenikliwym krzykiem.
Biały, palący ból przeszył nogę Natalii. Jej twarz wykrzywiła się, gdy przyprawiające o mdłości chrupnięcie potwierdziło, że jej rzepka musiała zostać zmiażdżona.
Próbowała coś powiedzieć, poruszyć się, ale jej ciało odmówiło posłuszeństwa. Zupełnie jakby jakaś niewidzialna siła unieruchomiła ją w miejscu, czyniąc z niej całkowicie bezbronną.
Kaelie zrobiła krok naprzód, pochylając się, aż ich spojrzenia się skrzyżowały. „Prawdziwy lekarz nie przeoczyłby tak podstawowej diagnozy” – syknęła, a jej głos ciął niczym ostrze. „Tu nie chodzi o twoje ego. Tu chodzi o ludzkie życie. A ty? Nie tylko jesteś kiepska w swoim fachu.
„Jesteś hańbą dla tej profesji. Leż na ziemi. Pomyśl o tym, co zrobiłaś, o ile w ogóle jesteś zdolna do wstydu”.
Natalia mogła tylko rzucać jej mordercze spojrzenia, z wściekłością płonącą w oczach.
„Ponieważ jesteś spokrewniona z panem Harrisonem Everettem” – kontynuowała chłodno Kaelie – „potraktuję cię łagodnie”.
Przez twarz Natalii przemknął cień nadziei.
„Spędzenie tak całego dnia cię nie zabije”. Kaelie obserwowała ją z powolnym, bezlitosnym uśmiechem. „W końcu, panno Everett, nikt pani nie popchnął. Sama pani postanowiła upaść”.
Natalia wydała z siebie zduszony jęk, niezdolna do wyartykułowania ani jednego słowa.
„Dobrze jej tak” – mruknął ktoś w tłumie.
„Dokładnie, nazywać ludzi plebsem? Przynosi wstyd lekarzom” – dodał ktoś inny.
Szczególnie głośny gapa krzyknął: „Hej, wszyscy! Zobaczcie, jak najlepsza studentka medycyny w Kingsport błaga o litość”.
Twarz Natalii płonęła z upokorzenia, ale nie mogła nawet się odgryźć. Coraz więcej ludzi odwracało się, by się na nią gapić, szepcząc i wskazując na nią palcami. Chciała, żeby ziemia się rozstąpiła i pochłonęła ją w całości. Zamiast tego mogła tylko tam leżeć, kipiąc z nienawiści.
„Ta mała suka! Poczekaj tylko. Następnym razem, gdy się spotkamy, sprawię, że tego pożałujesz” – pomyślała ze złością.
Kaelie nie zaszczyciła jej już ani jednym spojrzeniem. Gdyby ich ścieżki znów się skrzyżowały, nie byłaby już tak pobłażliwa.
Starszy mężczyzna gorliwie wystąpił naprzód. „Młoda damo, z takimi umiejętnościami z pewnością pochodzisz z rodziny tradycyjnych uzdrowicieli, prawda?”.
Kaelie zamilkła na moment, ponieważ jej wiedza nie przyszła jej łatwo. Potem skinęła głową. „Tak, moja rodzina praktykuje tradycyjną medycynę”.
„Czy to znaczy, że będziesz leczyć takich ludzi jak my, jeśli kiedykolwiek będziemy potrzebować pomocy?”.
„Oczywiście” – Kaelie uśmiechnęła się ciepło, bez śladu zwyczajowego dystansu Widmowego Uzdrowiciela. „Przyjdźcie na Salix Row 22. Moja klinika jest zawsze otwarta”.
















