— Wiedziałem, że jesteś bezwilcza — kontynuował, a jego głos był tak stabilny jak burza za oknem. — Nie wiedziałem, że jesteś niema.
Zmusiłam stopy do ruchu naprzód, ale głos zaginął, połknięty przez strach. Gardło mi się zacisnęło, gdy wpatrywałam się w niego, a pot zwilżył moje dłonie opierające się o spódnicę. Chciałam zażądać: „Jak wślizgnąłeś się tu niezauważony?”, ale jedyne, co z siebie wydobyłam, to chrapliwy oddech.
— Mój… mój panie — lekko skłoniłam głowę, uważając, by zbyt wcześnie nie przerwać kontaktu wzrokowego. — Proszę wybacz mój obecny stan. Nie poinformowano mnie, że odwiedzisz moje skromne progi tej nocy.
Jego kroki na wypaczonych deskach podłogowych były bezgłośne, a jednak każdy ruch sprawiał, że ściany wydawały się bliższe. Nie chodził, on grasował, niczym nieoswojone stworzenie, które odeszło zbyt daleko od smyczy. Nawet gdy stał w miejscu, był w ruchu. Jak burza, jak wiatr. Zawsze obserwujący. Zawsze gotowy do ataku.
Wtedy powiedział to, cicho, niemal od niechcenia, jakby go to bawiło. — Powiedz… jak sądzisz, co się stanie, jeśli panna młoda odbierze sobie życie, zanim przybędzie książę?
Te słowa wsunęły się między moje żebra niczym ostrze.
W środku zamarłam. Na zewnątrz nawet nie drgnęłam.
Nie byłam głupia.
Gdyby chciał mojej śmierci, mógłby to zrobić teraz. Nikt by go nie powstrzymał. Nikt by o to nie pytał. A coś mi mówiło, że on nawet nie mrugnąłby okiem.
Mimo to robiłam, co w mojej mocy, by panować nad sobą. Nie być zbyt spokojną — spokój brzmiałby jak wyćwiczony. Nie być zbyt przerażoną — strach tylko karmiłby tę grę, czymkolwiek ona była.
— Moja śmierć rozpoczęłaby wojnę — odpowiedziałam. — Jeśli odrzucę dekret Monarchy, jeśli umrę przed ślubem, cała moja wataha zostanie unicestwiona w ramach kary za niesubordynację.
Profil Voktora oświetlony blaskiem burzy nie zmienił się, ale poczułam, jak jego spojrzenie ostrzeje.
— On żąda żony dla swojego brata — kontynuowałam, a mój głos stał się pewniejszy, gdy prawda wyszła na jaw. — Jeśli ta panna młoda zginie… Monarcha uzna to za zdradę. Dałby ci wolną rękę, byś oczyścił Nyx-Fall.
Zrobił celową pauzę. Czy zdałam egzamin? Czy to była odpowiedź, którą chciał usłyszeć?
Wtedy usta Voktora wygięły się, nie w życzliwym uśmiechu, lecz powoli, jakby na ten uśmiech trzeba było sobie zapracować. — Sprytne.
Jego oczy lśniły czymś nieodgadnionym. Nie było to rozbawienie. Ani aprobata.
Coś gorszego.
— Nie byłem pewien, czego się spodziewać — powiedział. — Mówili mi, że jesteś cicha. Krucha. Nudna. Ale nie głupia.
Podszedł bliżej. Cienie lgnęły do niego jak dym, a jednak jego obecność wypełniała przestrzeń niczym ogień. Czułam zapach deszczu na jego płaszczu, krew w jego przeszłości i coś zimniejszego pod tym wszystkim.
Moje ręce spoczywały nieruchomo wzdłuż ciała.
Nie drżyj. Proszę, nie drżyj.
Voktor stał teraz przede mną, z rękami luźno opuszczonymi. Patrzył na mnie z góry, jakby coś obliczał — być może to, jak szybko mógłby mnie zabić, albo czy w ogóle warto.
— Nie przyszedłem tu marnować czasu na Omegę — powiedział. — Twój ojciec coś ukrywa.
To wytrąciło mnie z równowagi. Tylko nieznacznie. Nie na tyle, by to okazać.
— Ukrywa… coś? — Jako Alfa jednej z najsilniejszych watah w Orysii, mój ojciec ma swoje sekrety. Ale co to ma wspólnego ze mną?
Przechylił głowę. — Coś, czego nie chce pokazać Monarsze. A ja chcę wiedzieć, co to jest.
Grzmot uderzył bezpośrednio nad nami, wystarczająco głośno, by zatrząść szybami. Mimo to nie odwróciłam od niego wzroku.
— Nie wiem.
Jego brew drgnęła.
— Nie kłamię — dodałam szybko. — Nigdy nie dopuszczano mnie do rady. Nie pozwalano mi uczestniczyć w naradach wojennych ani spotkaniach strategicznych. Moja obecność… była niewygodna.
Znowu zapadła cisza.
Niemal natychmiast pokój zatrzeszczał od napięcia, jakby same ściany słuchały. Obserwowały. Czekały, aż on zdecyduje, co nastąpi dalej.
Jeden krok, pomyślałam. Tylko tyle by wystarczyło. Jeden krok i mógłby zmiażdżyć mi krtań, zanim zdążyłabym krzyknąć.
A jednak — nie zrobił tego.
Jego oczy skanowały moje.
— A więc jednak bezużyteczna — jego głos wydawał się niższy niż wcześniej, ale nie odchodził.
I to — bardziej niż cokolwiek innego — przerażało mnie. Dlaczego nie wychodził?
— Naprawdę. Nigdy nie pozwalano mi na udział w posiedzeniach rady. Nie mogłam nawet zabierać głosu podczas wizyt na dworze. Nic mi nie mówią. — Wiedziałam, że on o tym wie. Jak mieliby mnie dopuścić do narad? Jestem słaba. Bezsilna. Ten człowiek nie przyszedł tu pytać. Przyszedł znaleźć byle jaki powód, by zabić swoją kolejną żonę.
Rozległo się parsknięcie. — Co za bezużyteczny wilk. — Nagle chwycił mnie za podbródek i uniósł moją głowę. Przełknęłam ślinę, wpatrując się w jego oczy. Nie płonęły ani nie były potworne, ale było w nich coś niepokojącego, coś nie tak.
To było tak, jakby coś w jego wnętrzu było głodniejsze niż jakakolwiek bestia.
— Jakże pięknie bezużyteczna — powiedział, prostując się. Spokój w jego tonie tylko potęgował jad. — Co za marnotrawstwo.
Wtedy pstryknął palcami i przez okno do pokoju nagle wszedł mężczyzna. — Upozoruj coś… nie obchodzi mnie co. Upewnij się, że umrze, nie czując bólu — powiedział Voktor. — Zrób to czysto. A o świcie spal watahę Nyx-Fall w popiół. Niech się nauczą, co się dzieje, gdy ktoś drwi z dekretu Monarchy.
Moje oczy rozszerzyły się. Mówił poważnie. Zamierzali nas wybić!
— Czekaj! Mój panie…!
Zatrzymał się w pół kroku.
Potem powoli się odwrócił.
Znowu ten uśmiech. — O? Czy mała ofiara chce powiedzieć coś jeszcze?
Wzięłam głęboki oddech. — Wierzę, że mogę ci służyć. Ja… wierzę… że mogę być użyteczna.
Błysk w jego spojrzeniu sugerował zainteresowanie, ale nie wiarę. Zrobiłam więc krok w stronę najbliższego strażnika i sięgnęłam po sztylet u jego pasa.
Natychmiast poczułam, jak dłoń zaciska się na moim nadgarstku. Mocno.
— Pozwól, że coś ci pokażę.
Wydobył z siebie dźwięk będący czymś pomiędzy parsknięciem a śmiechem, po czym lekko skinął głową.
Strażnik puścił mnie bez słowa.
Wtedy, bez wahania, przeciągnęłam ostrzem po dłoni.
Krew wypłynęła natychmiast, ciemnoczerwona i gęsta, spływając po palcach i kapiąc na zimną drewnianą podłogę. Odwróciłam dłoń wewnętrzną stroną do góry, pozwalając mu to zobaczyć. Krew płynęła, aż nagle przestała.
Powoli krwawienie ustało. Brzegi rany pulsowały lekko, a potem zaczęły się zamykać. Tam, na ich oczach.
Ciało zrastało się, włókno po włóknie, aż rana zniknęła, jakby nigdy jej tam nie było.
Uniosłam wzrok, by znów napotkać spojrzenie Voktora.
Zanim jednak zdążyłam wypowiedzieć słowo, stojący obok niego mężczyzna bez wahania dobył miecza i skierował go prosto w moją szyję. — Odsuń się, wiedźmo, albo poderżnę ci gardło!
















