Voktor odchylił się na krześle, wodząc wzrokiem w stronę Seryny. — Podaj nam ciasta.
Jej uśmiech nie zadrżał, ale zauważyłam drgnięcie jej palców, gdy sięgała po tacę. Oto przyszła Luna, którą sprowadzono do roli podającej przekąski. Nie umknęło mi, jak jej wzrok pomknął w stronę ojca, czekając, aż ten interweniuje. Nie zrobił tego.
Patrzyłam, jak stawia półmisek między nami, a każdy jej ruch był sztywny. Najpierw przygotowała wino, teraz jedzenie. Co dalej? Będzie zamiatać podłogi?
Jak Voktor mógł tak swobodnie upokarzać Serynę? Czy nie wiedział, że była zdecydowana wyjść za Monarchę Alfę? Mimo to, jakaś część mnie nie mogła powstrzymać drobnego poczucia satysfakcji rozkwitającego w moim wnętrzu. Czy robił to ze względu na mnie?
Nie. Jak w ogóle mogłam pomyśleć o czymś tak niedorzecznym?
Voktor sięgnął po ciastko i powoli ugryzł kęs, żując tak, jakby przed chwilą wcale nie upokorzył Seryny w jej własnym domu. Okruchy przywarły do jego dolnej wargi. Zlizał je z łatwością, a potem przeniósł uwagę na mnie.
Mój wzrok pozostawał spuszczony, ale czułam, jak spojrzenie Seryny wypala mi bok twarzy. Wtedy on, nie patrząc na nią, wyciągnął nadgryzione ciastko w moją stronę.
— Jedz — rozkazał.
Wahałam się przez ułamek sekundy. Potem skinęłam głową i pochyliłam się, muskając wargami miejsce, w którym jego palce trzymały krawędź. Ugryzłam kęs, czując smak miodu, ciepła i czegoś znacznie bardziej niebezpiecznego, co kryło się pod spodem.
Jego oczy nie opuszczały mnie ani na chwilę.
— Dobra dziewczynka — mruknął, a jego głos był ledwie słyszalnym szeptem.
Coś w moim brzuchu się zacisnęło. Nie ze strachu. Z czegoś gorszego. Czegoś, czego nie chciałam nazywać.
— Skorupy Otchłani wyruszą w przyszłym tygodniu — powiedział ojciec, przecinając napięcie, jakby go w ogóle nie było.
Voktor na niego nie spojrzał. Sięgnął po kolejne ciastko.
— Rozmowy o Otchłani w moją noc poślubną — wymruczał, strzepując okruchy z palców. — Jakże uroczyście.
— Mój panie, jeśli Skorupy Otchłani ruszą, Nyx-Fall upadnie jako pierwsze — rzekł ojciec, a jego głos był teraz bardziej napięty. — Znajdujemy się bezpośrednio na ich drodze.
Voktor w końcu napotkał jego wzrok. — Jedna trzecia mojej armii zostanie tutaj stacjonować — powiedział. — Niech przychodzą.
Ojciec zachwiał się. Poczułam to. Zdradził go sposób, w jaki lekko poruszyły się jego ramiona, jakby odpowiedź nie była tym, czego oczekiwał. A może była zbyt hojna. Czy spodziewał się, że Voktor zostawi tu aż jedną trzecią swojej armii?
Dlaczego Voktor oferował tak wiele tak łatwo? Można by się zastanawiać, dlaczego Władca Borealnej Twierdzy nagle zostawia swoją armię w regionie australnym. Ale z drugiej strony, to były sprawy, których ja nie potrafiłabym pojąć.
Zerknęłam na niego. Nie wyglądał nawet na zainteresowanego rozmową. Znów sięgał po kolejne ciastko, a jego wargi były lekko zabarwione winem.
Seryna usiadła cicho, starając się odzyskać rezon. Ale teraz już to widziałam. Voktor nie tylko chciał coś udowodnić. On przejmował kontrolę nad pomieszczeniem, kawałek po kawałku. Najpierw winem. Potem ciastkami. Teraz wojną.
A ja siedziałam tuż obok niego, milcząca, obserwując, jak to wszystko się rozwija. — Wojna interesuje mnie znacznie mniej niż moja nowa oblubienica — powiedział.
Zamarłam. Moja głowa gwałtownie zwróciła się w jego stronę. Co on wygadywał?
Potem dodał: — Przejrzałem posag, który przygotowałeś. Jest dość skromny jak na najstarszą córkę Alfy, nie uważasz?
Zaschło mi w gardle. Posag?
Dlaczego on mówi o posagu?
— Mój panie… — zaczął ojciec.
Voktor nie pozwolił mu skończyć. — Posag — powiedział chłodno. — Został przygotowany przez twoją Lunę, matkę mojej wybranki, czyż nie? — Było coś w sposobie, w jaki to wypowiedział, coś, co przypomniało mi słowa mojej własnej matki z tamtej nocy.
Powoli odwrócił głowę. — Gdybym nie wiedział lepiej, pomyślałbym, że jest przeznaczony dla służącej. — Jego spojrzenie stwardniało. — Czy jesteś pewien, że żenię się z twoją córką, Alfo Malakorze?
Ojciec sztywniał. — Sugerujesz, że okłamałbym koronę?
Oczy Voktora błysnęły. — Czy to zrobiłeś?
— Niedorzeczność! — warknął ojciec. — Nigdy nie naraziłbym swojej watahy na niebezpieczeństwo taką oszukańczą grą.
— Zatem wezwij swoją Lunę — powiedział Voktor, a jego głos brzmiał jak ostrze dobywane w ciemności. — Chciałbym z nią porozmawiać bezpośrednio. — To nie była prośba. To był rozkaz.
I w tej chwili zrozumiałam coś niepokojącego. Mój ojciec mógł rządzić Nyx-Fall z autorytetem. Ale Voktor Vorkas? Voktor nie rządził. On podbijał.
W pokoju natychmiast zapanowało napięcie. Usłyszałam gwałtowny wdech ojca. Seryna poruszyła się na krześle. Nawet służący na skraju sali znieruchomieli.
— Mój panie — powiedział szybko ojciec. — Jeśli posag wydaje się niewystarczający, możemy go powiększyć, o cokolwiek poprosisz. Nie ma potrzeby angażować—
— Poprosiłem o Lunę — powiedział Voktor, tym razem głośniej, jakby wyzywał kogoś, by mu się sprzeciwił. — Chyba że twierdzisz, iż twoja żona celowo wysłała mi zniewagę.
— Nie, oczywiście, że nie. Natychmiast ją wezwę. — W oczach ojca mignęła panika. Gestem nakazał służącym zawołać matkę.
Widząc to, Voktor oparł się wygodnie, wyglądając na zbyt rozbawionego jak na kogoś rzekomo obrażonego. Jego wzrok spoczął na mnie przez chwilę, a potem uciekł, jakby to wcale nie ja była tematem rozmowy, a jedynie pretekstem.
— Powiedz mi — dodał od niechcenia. — Gdyby to lady Seryna wychodziła za kogoś z rodziny królewskiej… czy jej posag byłby taki sam?
Nikt nie odpowiedział. Wszyscy znaliśmy prawdę. On również.
Gdyby chodziło o Serynę, prawdopodobnie opróżniliby cały skarbiec.
Niedługo potem weszła matka. Skłoniła się szybko. — Mój panie, słyszałam, że masz zastrzeżenia co do posagu. Ja—
Voktor wstał, zanim zdążyła skończyć. — Nie interesują mnie wymówki.
W pokoju zapadła cisza. Co on teraz robi?
Postąpił krok do przodu. — Moja małżonka otrzyma to, co jej się należy. Oczekuję pełnego inwentarza posagu, zanim jutro odjedziemy. Jeśli czegokolwiek zabraknie… — Zawiesił głos. Nie musiał kończyć, wszyscy w pomieszczeniu wiedzieli, co ma na myśli. Rozpęta piekło.
Potem wyciągnął rękę w moją stronę. — Jestem zmęczony. Udamy się teraz do naszych komnat.
Moje wargi się rozchyliły, ale nie wydobył się żaden dźwięk. Nigdy nie spotkałam nikogo tak bezwzględnego, a jednocześnie tak pewnego siebie, że nikt inny w pokoju nie odważyłby się pisnąć słowem przeciwko niemu.
Mimo to wstałam i położyłam dłoń w jego dłoni. Ledwie zrobiliśmy kilka kroków, gdy służący ruszył, by wskazać drogę. Voktor się zatrzymał.
— Moja wybranka zaprowadzi mnie do naszych pokojów — powiedział.
To wystarczyło.
Służący zamarł, skłonił się szybko i odsunął na bok bez słowa. Inni poszli w jego ślady, wycofując się niczym cienie o zmierzchu.
Opuściliśmy gabinet w milczeniu.
Prowadziłam go korytarzami, minęliśmy skrzydło rady i przeszliśmy przez drzwi, które widziałam otwarte tylko raz w życiu. Komnaty gościnne dla wizytującej rodziny królewskiej i generałów wojennych. Nie powinno mnie tu być. Dziewczęta pozbawione wilka nie miały prawa nawet zbliżać się do tego korytarza, a co dopiero przekraczać te progi.
Ale teraz… byłam panną młodą. Jego panną młodą.
Zasuwka kliknęła, gdy zamknęłam za nami drzwi. Odwróciłam się powoli, chłonąc wzrokiem otoczenie.
Pokój był ogromny — większy niż komnaty mojego ojca. W kącie już trzaskał ogień w kominku. Znajdował się tu prywatny salon, aksamitne krzesła otaczające stół z wyrzeźbionym herbem Nyx-Fall. Okno z zasłonami wychodziło na wschodnie ogrody. Polerowany dębowy barek lśnił pod ścianą pełną kryształowych butelek. Przez łuk widać było łazienkę — potężna wanna, pozłacana armatura. A w samym centrum tego wszystkiego znajdowało się łoże. Z baldachimem na czterech kolumnach. Zasłane srebrną pościelą. Tak miękkie, jakiego można by się spodziewać w bajce.
Stałam tam sparaliżowana o sekundę za długo.
Voktor zrzucił wierzchnie okrycie — rodzaj wojskowego płaszcza, czarnego z czerwonym borealnym haftem przy kołnierzu. Upadł na podłogę bez ceregieli. Pod spodem miał ciemną koszulę, lekko wilgotną przy kołnierzu, z rękawami podwiniętymi do przedramion, jakby nawet nie zawracał sobie głowy ubieraniem się na dwór.
Nie odezwał się. Po prostu przeszedł obok mnie i opadł na najbliższe krzesło, jakby był właścicielem tego pokoju. Jedno ramię niedbale przewiesił przez oparcie. Spojrzał na mnie — a przynajmniej nie bezpośrednio.
— Wino — rzekł, nie podnosząc wzroku.
Skinęłam głową i zwróciłam się w stronę barku, stąpając lekko. Nie chciałam wydać żadnego dźwięku.
Barek był w pełni zaopatrzony: czerwone, białe, stare roczniki z dalekich wybrzeży. Nie wiedziałam, co preferuje, więc wybrałam najmocniejsze, jakie rozpoznałam, i nalałam je do najbliższego kieliszka.
Kiedy się odwróciłam, on już mnie obserwował.
Przeszłam przez pokój i podałam mu trunek.
Przyjął go bez słowa, ale nie pił od razu. Po prostu trzymał krawędź kieliszka blisko ust, patrząc na mnie.
Jakby próbował zdecydować, co zrobić dalej.
Powoli napotkałam jego wzrok.
— Nie trzęsiesz się — powiedział w końcu.
Nie odpowiedziałam. Nie ufałam własnemu głosowi.
Wtedy jego oczy zjechały niżej.
— Zdejmij ubranie.
















