Dwie kreski. Wynik dodatni.
Upuściłam test ciążowy na ziemię i próbowałam go rozdeptać. Kiedy nawet nie pękł, chwyciłam go i zamiast tego wrzuciłam do kosza.
Ale nic nie mogło wymazać z mojego umysłu potwornego faktu, że byłam w ciąży.
To był drugi test, który zrobiłam. Nie było co do tego żadnych wątpliwości.
Na telefonie przeglądałam zdjęcia z moich osiemnastych urodzin, które właśnie świętowałam. Ja i mój sekretny chłopak, Dominic, wymienialiśmy się słodkimi selfie, ale teraz te zdjęcia wydawały się wykrzywione.
Wychodząc z galerii, sprawdziłam, czy Dominic odpisał. Wysłałam mu wiadomość z prośbą, żeby do mnie zadzwonił. Napisałam, że muszę z nim porozmawiać.
Odpowiadała mi tylko moja własna wiadomość. Tak samo jak za każdym razem, gdy sprawdzałam wcześniej.
Podwójne haczyki potwierdzały, że przeczytał wiadomość, ale nie odpisał.
Czekałam dalej.
Nie miałam nikogo innego, z kim mogłabym porozmawiać.
Jako wilkołak, moja wewnętrzna wilczyca miała się pojawić dopiero po ukończeniu dziewiętnastu lat, więc nie mogłam jeszcze skonsultować się z tą częścią siebie.
Mój starszy brat Gideon był jedynym członkiem rodziny, z którym czułam się blisko, ale był nadopiekuńczy. Gdyby o tym wiedział, prawdopodobnie przyleciałby pierwszym samolotem do domu z Instytutu Veridian, gdzie spędzał semestr jako student z wymiany.
Nie mogłam powiedzieć mojej najstarszej siostrze, idealnej i pięknej Vivienne. Ulubienicy rodziny. Gdybym jej się zwierzyła, w sekundę powtórzyłaby wszystko mamie.
I nigdy nie mogłabym powiedzieć rodzicom.
Tak bardzo starałam się, by byli szczęśliwi i zadowoleni, zawracając im głowę tylko wtedy, gdy miałam się pochwalić osiągnięciami. Wątpiłam, by łaskawie przyjęli wiadomość o mojej ciąży, skoro mogłabym przez to tak wiele stracić.
Dostałam się do Instytutu Aethelgard, najlepszej prywatnej elitarnej szkoły w królestwie, jako cheerleaderka, ponieważ świetnie tańczyłam. Kochałam taniec i ciężko trenowałam, by zapracować na swoją szansę w Instytucie.
Czy teraz, gdy byłam w ciąży, będę musiała zrezygnować z tańca? Czy będę musiała rzucić Instytut?
Dominic musiał odpowiedzieć na moją wiadomość. Dlaczego nie odpowiadał? Nie chciałam być w tym sama.
Na zewnątrz błyskało się, ale ja musiałam wiedzieć, co myśli Dominic. Już teraz.
Bez głębszego zastanowienia wybiegłam z pokoju, pokonałam klatkę schodową i wybiegłam przez drzwi na deszcz.
Ponieważ ja i Dominic byliśmy ze sobą tylko w tajemnicy, nigdy nie korzystałam z głównego wejścia, więc i teraz go unikałam. Zamiast tego okrążyłam budynek, kierując się do bocznego wejścia, którym zawsze wymykałam się i wracałam.
Tym razem jednak, gdy pociągnęłam za metalową klamkę, drzwi ani drgnęły. Próbowałam szarpać z całych sił, ale na nic się to zdało.
Drzwi były zamknięte.
Dominic kategorycznie zabraniał mi używać głównego wejścia, ale z pewnością wybaczyłby mi to w tych okolicznościach.
Jako gwiazdor piłki nożnej, Dominic mieszkał w jednej z oddzielnych Willi Vanguard. W przeciwieństwie do akademików z pojedynczymi łóżkami i wspólnymi łazienkami, w których ja mieszkałam, były to wyszukane rezydencje. Każdy pokój miał własny aneks kuchenny i prywatną łazienkę.
Każdy sportowiec był postrzegany jako elita. Byli popularni na kampusie, nawet wśród wykładowców i personelu. Z tą popularnością wiązały się przywileje i faworyzowanie. Luksusowe akademiki były zaledwie początkiem prezentów, jakie otrzymywali.
Zawsze byłam dumna z Dominica i wszystkiego, co osiągnął dzięki swoim umiejętnościom piłkarskim. Był kimś, kogo mama by uwielbiała.
Teraz przeklinałam to trochę, choćby dlatego, że kierowniczka zatrzymała mnie, zanim w ogóle przeszłam przez drzwi. W pobliżu słyszałam basy głośnej muzyki i odległy śmiech.
— Szukam Dominica — wyjaśniłam. Utknęłam na zewnątrz, a zimny deszcz wciąż mnie smagał.
Kierowniczka nie była dużo wyższa ode mnie, ale sposób, w jaki patrzyła na mnie z góry z pogardą, sprawiał, że czułam się mała.
— Dominic jest w swoim pokoju — powiedziała kierowniczka. — Prosił, żeby mu nie przeszkadzać.
— To ważne...
— Robi się późno, prawda? — Kierowniczka chwyciła drzwi obiema rękami, jakby była gotowa je zatrzasnąć. — Czy nie powinnaś wracać do własnego akademika?
Może mogłabym spróbować jeszcze raz z bocznymi drzwiami? Jeśli poczekam, ktoś może nadejdzie i uda mi się przemknąć do środka.
Zanim jednak zdążyłam zareagować, na obrzeżach mojego pola widzenia dostrzegłam ruch. Zerknęłam w głąb korytarza i zobaczyłam wysokiego, przystojnego mężczyznę pędzącego w moją stronę.
Wszędzie rozpoznałabym te ciemne, potargane wiatrem włosy i przenikliwe spojrzenie.
Killian. Najlepszy przyjaciel mojego brata. Jedna z ostatnich osób, które chciałam zobaczyć.
Jeśli odkryje, że jestem w ciąży, bez wątpienia powie Gideonowi. Nie byłam gotowa, by to się stało. Zwłaszcza przed rozmową z Dominikiem.
Intensywne oczy Killiana spoczęły na mnie ciężko, lustrując mnie od stóp do głów. Kiedy spojrzał mi w twarz, jego oczy jeszcze bardziej pociemniały. Ten cień gniewu był jedyną emocją na jego idealnej, nieruchomej twarzy.
Wiedziałam, że Killian mnie nie lubi. Spotkałam go kilka razy z Gideonem i za każdym razem na moje próby przyjacielskiej rozmowy odpowiadał tylko półsłówkami.
Nigdy ani razu nie odwzajemnił mojego uśmiechu. Właściwie to nigdy nie widziałam, żeby w ogóle się uśmiechał.
Cofając się o krok, powiedziałam do kierowniczki:
— Może wrócę jutro...
Za późno.
Killian podszedł prosto do nas. Zatrzymał się tuż za kierowniczką.
Kiedy się odezwał, jego głos był głęboki i pełen pogardy.
— Co ty sobie wyobrażasz, że robisz?
Spuściłam wzrok.
— Ja, yyy...
— Nie ty, Evangeline — powiedział.
Podnosząc wzrok, zdałam sobie sprawę, że piorunuje wzrokiem kierowniczkę, która wierciła się nerwowo pod ciężarem tego spojrzenia.
— Czy to twoja znajoma, Killianie? — zapytała przymilnie kierowniczka. Rozmawiając z nim, całkowicie zmieniła nastawienie.
Killian zmrużył oczy.
— To dziewczyna, przemoczona do suchej nitki na deszczu. Czy to nie wystarczający powód, żeby wpuścić ją do środka?
Kierowniczka zaczęła się jąkać.
— Ja... no cóż... zasady...
— Odsuń się, proszę — powiedział Killian.
Kierowniczka odsunęła się na bok, a Killian, chwytając drzwi, przytrzymał je dla mnie.
Szybko przemknęłam obok niego, uciekając przed deszczem.
Pod nieustannym spojrzeniem Killiana kierowniczka przeprosiła, po czym pośpiesznie odeszła.
Kiedy zniknęła, Killian zwrócił się do mnie. Jego surowe spojrzenie złagodniało.
— Co ty tutaj robisz?
Nie mogłam powiedzieć mu prawdy. Miałam do ukrycia dwa sekrety: ciążę i związek z Dominikiem. O żadnym z nich nie chciałam, by dowiedział się Gideon. Więc się zawahałam.
Czekał chwilę w milczeniu.
Kiedy stało się jasne, że nic nie powiem, zaczął:
— Czy chciałabyś pójść do... — Głos mu zamarł.
Patrzyłam, jak jego wzrok przesuwa się w dół mojej sylwetki, a potem szybko ucieka w bok. W mgnieniu oka rozpiął swoją bluzę z kapturem i podał mi ją.
W tym momencie zadrżałam. Adrenalina niosła mnie do tej pory, ale teraz zdałam sobie sprawę, jak bardzo mi zimno. I jak bardzo jestem mokra.
Spojrzałam w dół; moja biała koszulka stała się przezroczysta, opinając mój dekolt niczym druga skóra. Wychodząc z pokoju, nie pomyślałam nawet o założeniu stanika, nie mówiąc już o kurtce. Krągłości moich piersi, w tym sutki stwardniałe z zimna, były w pełni widoczne.
Killian to widział!
I wielu innych by to zobaczyło, gdybym się nie zakryła.
Wyrwałam mu bluzę z rąk i szybko się nią owinęłam. Była na mnie za duża, ale miękka i ciepła. Ładnie też pachniała.
— Dziękuję — powiedziałam.
Killian skinął krótko głową, po czym odchrząknął.
— Drużyna hokejowa robi imprezę w salonie. Chciałabyś do nas dołączyć?
Spojrzałam na niego zdezorientowana.
Killian... był miły? Czy on mnie nie nienawidził?
















