Dominic nie próbował mnie zatrzymać. Nie jestem pewna, co sobie myślał. Po prostu gapił się na mnie z osłupieniem na twarzy, gdy zebrałam resztki godności i zostawiłam go za sobą.
Czułam, że mam rację. Czułam siłę. Prawie tak, jakbym mogła zrobić wszystko. Może nawet wychować to dziecko sama.
Chciałam utrzymać to dobre przeczucie. Nie byłam jeszcze gotowa na powrót do domu i samotne stawienie czoła rzeczywistości.
Poza tym obiecałam Killianowi, że wpadnę na jego imprezę, żeby się z nim zobaczyć, zanim wyjdę.
Wróciłam więc na parter i przeszłam korytarzem, idąc za dźwiękiem muzyki do miejsca, gdzie znajdował się salon studencki.
W środku mnóstwo wysportowanych studentów piło i rozmawiało. Na drugim końcu sali DJ rozstawił swój stół. Choć ludzie poruszali głowami w rytm muzyki, nikt jeszcze nie tańczył.
Od razu dostrzegłam Killiana. Nie tylko był jednym z najwyższych w pomieszczeniu, ale też był otoczony tłumem.
Przyglądał się komuś, kto do niego mówił, ale nie wydawało się, by spieszył się z odpowiedzią. Tej osobie najwyraźniej to nie przeszkadzało, jakby samo bycie wysłuchanym przez Killiana było wystarczającym zaszczytem.
Ja wiedziałam lepiej. Jego głos był wart usłyszenia.
Czekałam przy wejściu, niepewna swojego miejsca w tym towarzystwie. Rozpoznawałam niektóre osoby, ale one prawdopodobnie nie znały mnie, jakiejś nowej cheerleaderki.
Ale wtedy Killian spojrzał na mnie i zostałam uwięziona w błękitnym oceanie jego spojrzenia. Przeszedł przez pokój, po mistrzowsku lawirując w otaczającym go tłumie, i podszedł do mnie.
Kiedy stanął przede mną, zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów, jakby upewniając się, że wszystko ze mną w porządku. Potem spojrzał mi prosto w oczy.
Wydawał się na coś czekać. Czy chciał, bym potwierdziła słownie, że czuję się dobrze?
Co w ogóle miałabym powiedzieć?
Zamiast tego tylko skinęłam głową, co najwyraźniej mu wystarczyło. Odpowiedział tym samym.
Potem wyciągnął rękę. — Zatańcz ze mną.
Przechyliłam głowę, zdziwiona. On chciał...
Killian nigdy sam nie rwał się do tańca. To było powszechnie wiadomo na całym kampusie.
Byłam zaskoczona, ale takiej propozycji nie mogłam odrzucić. Położyłam dłoń w jego dłoni i pozwoliłam mu poprowadzić się na parkiet.
DJ musiał nas zauważyć, bo nagle szybki utwór się skończył i zaczął się wolniejszy.
Killian przyciągnął mnie bliżej, a ja poddałam się temu, przytulając do jego silnej klatki piersiowej. Jedno z jego ramion spoczęło na mojej talii. Drugą ręką trzymał moją dłoń, przyciskając ją do swojego serca.
Zaczęliśmy się poruszać, kołysząc się w niespieszny sposób.
Niektóre z otaczających nas dziewcząt rzucały nam spojrzenia pełne zazdrości. Nie rozumiałam ich niechęci. Nie byłam dla Killiana nikim ważnym – tylko uciążliwą młodszą siostrą jego przyjaciela.
A jednak trzymał mnie z niesamowitą delikatnością, jakby ktoś taki jak ja był wart ochrony.
Nie mogłam nic poradzić na to, że w jego ramionach czułam się bezpiecznie.
Będąc przy nim, zamknęłam oczy, odprężając się. Dzisiejszy wieczór był burzą emocji, ale to miejsce działało kojąco. Mogłam zebrać myśli. Naładować baterie.
Zbyt szybko piosenka się skończyła i wysunęłam się z objęć Killiana. Od razu zrobiło mi się zimniej, mimo że byłam owinięta w jego bluzę. On sam był jak piec.
— Odprowadzę cię do domu — powiedział.
Potrząsnęłam głową. — Dziękuję, ale... chcę być sama.
Wydawał się rozdarty, ale w końcu skinął głową.
Z wielkim żalem odeszłam od niego. Kiedy wyszłam na zewnątrz, już nie padało.
W bezpiecznym zaciszu swojego pokoju rzuciłam mokre ubrania w kąt i przebrałam się w miękką piżamę.
Zapłakałam cicho, ale nie pozwoliłam sobie na całkowite załamanie.
Mimo tego, co zobaczyłam, wciąż musiałam porozmawiać z Dominikiem o ciąży. Nie zasługiwał na wiele, ale powinien poznać prawdę.
„Dominic, jestem w ciąży. Ale nie mam zamiaru pozwolić ci wrócić do mojego życia”.
Wysyłając tę wiadomość, poczułam odrobinę satysfakcji.
Jednak im dłużej siedziałam w ciszy, sama, tym mniej wiedziałam, co robić dalej.
Wciąż chciałam z kimś porozmawiać.
Moje myśli wróciły do rodziny. Nie mogłam rozmawiać z mamą, z siostrą ani z Gideonem.
Przez chwilę szalona myśl o Killianie przemknęła mi przez głowę, ale... jak mogłabym obarczać go czymś takim?
Moja kuzynka Margot była pielęgniarką w szpitalu położniczym. Jeśli ktoś miał wiedzieć, co robić, to właśnie ona. Choć nie byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami, byłyśmy na tyle blisko, że wierzyłam, iż dotrzyma tajemnicy.
Wybrałam jej numer.
— Evangeline? — Ciepły głos Margot w słuchawce sprawił, że wypuściłam z ulgą powietrze. — Co się stało?
Ciężar tajemnicy narastał we mnie przez cały dzień i teraz wytrysnął na zewnątrz, przerywając tamę, którą zbudowałam. Powiedziałam Margot wszystko o Dominicu i ciąży.
Skończyłam słowami: — Proszę, błagam, nie mów nikomu. Nie mów mamie. Rodzina by tego nie zrozumiała.
— Nie powiem — obiecała Margot. Wiedziała tak samo dobrze jak ja, jak konserwatywna była nasza rodzina w kwestii ciąży. Gdyby się dowiedzieli, nigdy by mi nie wybaczyli.
— A ten facet... Dominic — powiedziała Margot.
— To palant — odparłam. — Nie ma zamiaru wziąć odpowiedzialności.
— W takim razie skupmy się na tym, czego ty chcesz — powiedziała Margot. — Masz wybór.
Ręce drżały mi wokół telefonu. Nie wiedziałam, czego chcę. Kiedy myślałam o przyszłości, którą sobie wymarzyłam, posiadanie dziecka w tak młodym wieku do niej nie pasowało.
Byłam pewna siebie w rozmowie z Dominikiem, ale teraz, sama... nie wiedziałam.
— Może nie powinnam go rodzić. — Mój głos był tak cichy, że ledwie siebie poznawałam.
Margot mówiła łagodnym tonem. — To nierzadkie u studentek, że decydują się na aborcję.
Następnego ranka siedziałam w poczekalni skrzydła chirurgicznego szpitala położniczego, czekając, aż wywołają mój numer.
Jeśli nie urodzę dziecka, moje życie mogłoby mniej więcej wrócić do normy. Mogłabym całkowicie poświęcić się tańcowi i cheerleadingowi. Nie musiałabym żyć pod ciężarem niepewności co do swojej przyszłości.
Jeśli urodzę to dziecko, stracę absolutnie wszystko.
Rodzice nie chcieliby mieć ze mną nic wspólnego. Byłabym czarną plamą na honorze rodziny. Bez wątpienia przestaliby płacić za moją drogą szkołę i musiałabym zrezygnować.
Nie mogłam do tego dopuścić. Musiałam poddać się zabiegowi.
Opadłam na krzesło, próbując oczyścić umysł. Zbyt intensywne myślenie o tym powodowało pęknięcia w mojej determinacji, a nie mogłam pozwolić sobie na więcej wątpliwości.
Nagle drzwi się otworzyły i na korytarz wyprowadzono kobietę w towarzystwie pielęgniarki. Po twarzy kobiety spływały łzy. Trzymała chusteczkę, ale jej nie używała. Poruszała się powoli, jak w transie.
Pielęgniarka prowadziła ją obok sali porodowej, a kobieta niemal upadła na kolana. Jej szloch był teraz głośny, przypominał wycie. Pielęgniarka wezwała innych na pomoc. Ktoś zaproponował kobiecie środek uspokajający.
Margot ostrzegała mnie przed tym. Podczas naszej rozmowy telefonicznej ostrożnie zapytała, czy poczułam już więź z dzieckiem.
— Jeśli wilczyca w matce zaczęła już odczuwać przywiązanie, zabieg może być niebezpieczny — wyjaśniła Margot. — Wilczycy może być trudno to zrozumieć.
Kobieta przyjęła środek uspokajający. Pielęgniarki pomogły jej usiąść na wózku inwalidzkim i odjechały w głąb korytarza.
Przesunęłam dłonią po brzuchu. Mój brzuch był wciąż w większości płaski, ale zauważyłam teraz, że tkanka układa się inaczej niż wcześniej. Wyglądało to niemal tak, jakbym za dużo zjadła, ale ja znałam prawdę. Zaczynało być widać.
Tam w środku było dziecko. Mogłam prawie... je poczuć.
W mojej klatce piersiowej rozkwitło drobne ciepło.
Dziecko. Moje dziecko.
Pielęgniarka przy okienku wywołała numer. Spojrzałam na karteczkę w dłoni.
To był mój numer.
















