„Wszyscy ostrzegali mnie, bym trzymała się z dala od bezwzględnego króla. Nie wiedzieli jednak, że podczas jego bezmyślnego szaleństwa pełni, mój dotyk był jedyną rzeczą, która mogła poskromić bestię”. Myślałam, że moje życie skazane jest na bycie żałosnym żartem. Odrzucona przez mojego byłego narzeczonego, Caelana, i wyśmiewana jako bezużyteczna słabeuszka, stałam się najniższą z najniższych w Stadzie Rubicant. Moje charakterystyczne rude włosy i zielone oczy były pogardzane, traktowane jako przeklęty zwiastun nieszczęścia. Tak było do dnia, w którym została złożona w ofierze jako pionek na stracenie, by uśmierzyć gniew Królestwa Virescence. Wysłano mnie prosto na terytorium człowieka, który przerażał cały kontynent – Valkora, Króla Alfę. Krążyły plotki, że jest zimnokrwistym tyranem dźwigającym starożytną, mroczną klątwę. Podczas każdej pełni zmieniał się w bezmyślnego, krwiożerczego potwora. Żadna kobieta nie przeżyła u jego boku ani jednej nocy. Kiedy zmuszono mnie do wejścia do jego zakazanego lasu i patrzyłam, jak potężna, wściekła bestia zbliża się do mnie z morderczą aurą, zamknęłam oczy, czekając na nieuchronną śmierć. Ale bolesne ugryzienie nigdy nie nastąpiło. Zamiast tego, jego potężne ciało przygwoździło mnie do zimnej, kamiennej ściany, a jego gorący oddech omiótł moją szyję. W chwili, gdy jego przekrwione oczy napotkały moje, szaleństwo cudownie ustąpiło, ustępując miejsca odurzającemu, pierwotnemu głodowi. Wtulił twarz w moje włosy, a jego głęboki, zachrypnięty głos ogłosił przeznaczenie, które przyprawiło mnie o dreszcze: — Moja. Nie zginęłam. Zamiast tego stałam się najzgubniejszą słabością tyrańskiego króla. Świat nie wiedział jednak, że moje znienawidzone rude włosy i zielone oczy były znakiem starożytnej Karmazynowej Przepowiedni. Moja uśpiona wewnętrzna wilczyca, Nyx, była jedynym ratunkiem zdolnym wyciągnąć go z otchłani. Więc kiedy ci, którzy niegdyś mnie zdradzili, spróbują ponownie mnie deptać, i gdy złowroga Lyraxis uknuje swój mroczny spisek, by zniszczyć królestwo... Odkryją w paraliżującym strachu, że ten przeklęty Król Alfa chętnie obróciłby cały świat w popiół, byle tylko chronić swoją Lunę.

Pierwszy Rozdział

KROKI VAELITH niosły się echem po korytarzu, każdy z nich był miarowy i celowy. Z każdym krokiem przybliżała się do potwierdzenia plotek krążących wokół Króla Alfy. Przystając na chwilę, spojrzała w stronę ogromnego okna, przez które księżyc w pełni oświetlał świat na zewnątrz, rzucając upiorne cienie na mroczny i cichy korytarz. Wzięła głęboki oddech, poprawiła szal i zebrała w sobie odwagę, by ruszyć dalej, z niezachwianą determinacją. Miała jeden cel – odkryć prawdę o swoim Alfie. – L-Luno, co ty tutaj robisz? O-ostrzegałem wyraźnie, żebyś nie opuszczała swoich komnat podczas pełni – wyjąkał w panice kamerdyner, który właśnie wyszedł z pokoju na końcu korytarza i zamknął go na klucz. Na jego lekko pomarszczonej twarzy malowały się troska i strach. – Przepraszam, że nie posłuchałam. Po prostu uważam za niesprawiedliwe, że nic nie wiem o stanie mojego partnera. Chcę na własne oczy zobaczyć, pod jaką klątwą naprawdę się znajduje, by móc... lepiej go zrozumieć – wyjaśniła Vaelith, podchodząc bliżej drzwi, ale kamerdyner zagrodził jej drogę. Przysięgłaby, że usłyszała ze środka cichy brzęk łańcuchów i szelest, którym towarzyszyły niepokojące jęki sprawiające, że przeszły ją dreszcze. – Ale to zbyt niebezpieczne... A Król Alfa z pewnością mnie ukarze za to, że pozwoliłem ci go widzieć w takim stanie. – Próbował odciągnąć ją od drzwi, ale nie ustąpiła. Jego dłonie drżały, a serce waliło w piersi. Doskonale wiedział, że Luna ma rację, ale to wcale go nie uspokajało, bo znajdowała się w miejscu, w którym nie powinno jej być. – Wszystko będzie dobrze. Zaufaj mi, nie pozwolę, by stało ci się coś złego – powiedziała Vaelith z uspokajającym uśmiechem, a jej oczy lśniły niczym wspaniałe szmaragdy. Wyciągnęła dłoń, jej palce niemal sięgały po coś cennego. – Po prostu daj mi klucz, sama otworzę te drzwi. Kamerdyner wbił wzrok w wyciągniętą dłoń Vaelith, a jego gardło ścisnęło się z nadmiaru emocji. Przez głowę przemknął mu tysiąc myśli, ale w głębi duszy wiedział, że nie może stanąć jej na drodze. Z wahaniem oddał klucz, czując w żołądku nieprzyjemne kłucie, które jednocześnie nakazywało mu w nią uwierzyć. – Błagam, nie pozwól Królowi Alfie opuścić tego pokoju – wykrztusił drżącym głosem. – I nie podchodź do niego zbyt blisko, żeby nie mógł cię dosięgnąć, bo inaczej rozszarpie cię na strzępy. Vaelith nie mogła zaprzeczyć, że na te słowa poczuła ukłucie strachu. Musiała jednak zachować zimną krew – w końcu była wybraną partnerką Króla Alfy i Luną suwerennej watahy. Okazanie lęku byłoby nierozsądne. Zatem z pełnym wdzięku skinieniem głowy zrobiła pewny krok naprzód, sprawiając, że kamerdyner czmychnął niczym spłoszona mysz. Vaelith wzięła głęboki oddech, serce waliło jej w piersi, ale pewną ręką uniosła ramię i delikatnie wsunęła klucz do ozdobnej dziurki. W tej samej chwili powietrze wokół pałacu zdawało się ożyć. Wiatr przybrał na sile, drzewa zaszeleściły gwałtownie, jakby wataha wściekłych wilków otoczyła mury zamku. Vaelith na ułamek sekundy zamknęła oczy, pozwalając umysłowi odzyskać równowagę. Gdy je otworzyła, w każdym zakamarku jej spojrzenia płonęła zaciekła determinacja, gotowa na spotkanie z tym, co czekało w środku. Po gwałtownym przekręceniu klucza zamek kliknął, a ona pchnęła ciężkie, dębowe drzwi, które skrzypnęły, ustępując. Weszła do środka i zamknęła je za sobą. W słabo oświetlonym pomieszczeniu stała nieruchomo, z wyostrzonymi zmysłami. Nagle ciszę przeciął brzęk łańcuchów, sprawiając, że drgnęła. Przeniosła wzrok kilka kroków dalej, gdzie klęczał tyrański Król Alfa, z nadgarstkami zakutymi w łańcuchy przytwierdzone do kamiennych ścian. Jego długie czarne włosy i jedwabna szata, niegdyś królewskie, teraz były w nieładzie, odsłaniając wyrzeźbioną klatkę piersiową i tors. Blizny po niezliczonych bitwach zdobiły jego śniadą skórę, dodając surowego uroku jego i tak już onieśmielającej aurze. Vaelith nie mogła oprzeć się wrażeniu, że w tym stanie bezbronności jest w nim coś dziwnie urzekającego. Szorstki zarost na linii szczęki tylko potęgował jego urok, czyniąc go jeszcze bardziej atrakcyjnym i niebezpiecznym niż zwykle. – Czy ty, kurwa, masz życzenie śmierci? – warknął, wbijając w nią wzrok swoich ognistoczerwonych oczu, co sprawiło, że po jej kręgosłupie przeszły dreszcze. Krew w jej żyłach zamarzła, a pot zalał jej kark i plecy, utrudniając oddychanie. Nogi ugięły się pod nią, jakby mięśnie zamieniły się w galaretę. Cały pokój zdawał się wirować, gdy ogarnęły ją zawroty głowy. Mimo to wytrzymała i zachowała spokój. – WYJDŹ! Serce Vaelith zamarło, a ona ciężko przełknęła ślinę, zbierając się na odwagę, by zrobić choć jeden krok naprzód. Jednak gdy tylko to uczyniła, żądza krwi Króla Alfy Valkora przeszyła powietrze, ogarniając ją niczym szalejący pożar. Jej drżące nogi instynktownie cofnęły się, ale odmówiła odejścia. Zamiast tego wzięła głęboki oddech, uniosła ramiona i wyprostowała się, stawiając czoła intensywnemu spojrzeniu Króla Alfy, starając się ze wszystkich sił przeciwstawić jego rozkazowi, mimo ceny, jaką płaciło jej ciało. – Nie, zostaję – oświadczyła Vaelith, robiąc krok naprzód. – Dlaczego wciąż mnie odpychasz? Jestem twoją Luną i oboje wiemy, że mnie potrzebujesz – potrzebujemy siebie nawzajem, by przetrwać. W tej samej chwili zalała ją fala wspomnień, odtwarzając wszystkie wydarzenia, które doprowadziły ją do tej właśnie sytuacji. *** CZTERY MIESIĄCE WCZEŚNIEJ... Dom watahy Rubicant tętnił energią; służący krzątali się w pośpiechu, przestawiając meble i ozdabiając wielkie sale olśniewającymi dekoracjami. W powietrzu unosiło się wyczekiwanie, gdyż dzisiejszy wieczór był okazją wyjątkową – przyjęciem zaręczynowym Vaelith i Caelana, przyszłego Alfy i Luny watahy. W swoich komnatach Vaelith przygotowywała się do tej szczególnej chwili. Szczerze mówiąc, nigdy nie przypuszczała, że taka sierota jak ona kiedykolwiek zostanie zaręczona, zwłaszcza po tym wszystkim, co przeszła. Od siódmego roku życia Vaelith żyła w ciągłej ucieczce po tym, jak porzuciła ją matka. Z jej uderzającą urodą – płomiennorudymi włosami i lśniącymi szmaragdowymi oczami – nie trwało długo, zanim inni zaczęli ją postrzegać jako kogoś innego. Przekazywano ją z watahy do watahy, zmuszano do służby lub poddawano prześladowaniom, a nawet stanęła przed przerażającą perspektywą zostania sprzedaną w niewolę. W dniu swoich dziesiątych urodzin Vaelith pędziła przez gęste lasy, uciekając przed bandą wojowników, którzy zamierzali dostarczyć ją na podziemną aukcję. W głębi serca wierzyła, że to koniec, że szczęście i lepsze życie to tylko odległe marzenia. Bogini Księżyca miała jednak inne plany. W tych chwilach rozpaczy pojawił się przed nią wybawca. Wysoki, szczupły mężczyzna, który przedstawił się jako Vorian, Alfa Rubicant, jednej z najsilniejszych watah w kraju. W zamian za ocalenie życia zaoferował Vaelith szansę na lepszą przyszłość – miała zostać przyszłą Luną ich watahy. Owładnięta desperacją, przyjęła propozycję bez chwili wahania. Od tego dnia Vaelith zamieszkała w gościnnych murach domu watahy Rubicant. Jej unikalne cechy stały się źródłem podziwu, a wkrótce odkryła, że jest kluczową postacią w długo wyczekiwanej przepowiedni – tą, której przeznaczeniem było przyniesienie watasze bogactwa i potęgi. W rezultacie całkowicie poświęciła się wypełnianiu tej roli i stawaniu się wyjątkową Luną, a przy okazji nawiązała bliską relację z Caelanem, pierworodnym Alfy Voriana i Luny Sylvany. Mimo że nie byli partnerami przeznaczonymi przez los, ich więź pogłębiała się, z czasem przeradzając się w namiętną miłość. – Vaelith, słuchasz mnie w ogóle? – Głos Eliry wyrwał Vaelith z zamyślenia. Elira, jej najlepsza przyjaciółka i druga córka bety, zawsze pomagała jej w przygotowaniach. Łączyła je najsilniejsza więź spośród wszystkich wilczyc w watasze. – Ouch, przepraszam. Co mówiłaś? – odpowiedziała nieobecnym głosem Vaelith, wpatrując się w swoje odbicie w lustrze. Zaskoczyło ją, gdy zdała sobie sprawę, że makijaż i fryzura są już gotowe. Jej ogniste włosy były misternie zaplecione i ozdobione złotymi spinkami w kształcie kwiatów. – Powiedziałam, że czas założyć suknię. Goście z innych watah już zaczęli przyjeżdżać – poinformowała ją Elira, dając Vaelith znak, by wstała i odwróciła się w stronę służących trzymających kreację. – Coś cię gryzie? Czy po prostu się denerwujesz? To do ciebie niepodobne tak błądzić myślami. Elira i służące zaczęły pomagać Vaelith włożyć suknię – oszałamiającą, szmaragdowozieloną kreację z odkrytymi ramionami i delikatną białą koronką. Kolor idealnie pasował do jej oczu, podkreślając jasną cerę i nadając jej niemal nieziemski wygląd. – Po prostu... nie mogę uwierzyć, że wkrótce wyjdę za Caelana – zadumała się Vaelith. – I choć nie jestem jego przeznaczoną, cieszę się, że odegrałam kluczową rolę w wypełnieniu przepowiedni, która nas połączyła. Naprawdę. Ale... – Ale co? – dopytywała Elira, szukając odpowiedniej biżuterii pasującej do stroju. – Nie mogę pozbyć się niepokoju. Mimo jego obietnicy, że odrzuci swoją przeznaczoną, gdy tylko ją spotka, mam to dziwne przeczucie. Przecież Caelan jeszcze mnie nie naznaczył, nie łączy nas więź, a proces parowania nastąpi dopiero, gdy zostanie Alfą. Vaelith uśmiechnęła się gorzko, przyglądając się swojemu odbiciu w lustrze po naniesieniu ostatnich poprawek. Nie mogła nie podziwiać własnej urody. Był czas, kiedy nienawidziła swoich rudych włosów i zielonych oczu, bo zdawały się przynosić tylko nieszczęście. Teraz jednak ceniła te cechy, bo doprowadziły ją do miejsca, w którym była dzisiaj. – Rozumiem twoje obawy, ale nie martw się. Zostało tylko pięć miesięcy, zanim Caelan zostanie Alfą – uspokajała Elira. – Raczej tak. A skoro mowa o Caelanie, miał przyjść i mnie odprowadzić. Czy jeszcze nie wrócił z obchodu granic terytorium? – zastanawiała się głośno Vaelith, odsuwając lęk na bok, podczas gdy jej wzrok omiatał pokój w poszukiwaniu jakiegokolwiek znaku jego przybycia. – Skoro o tym wspominasz, powinien już tu być – rozważała Elira, po czym poleciła jednej ze służących sprawdzić, co z Caelanem. Zanim jednak ktokolwiek zdążył zareagować, do drzwi dobiegło głośne pukanie, które wszystkich przestraszyło. – Vaelith, musisz zejść do sali – do pokoju wpadła Rosalia, starsza siostra Eliry, z wyrazem twarzy pełnym napięcia. Na jej widok serce Vaelith przyspieszyło, a ogarnęło ją poczucie nadciągającej katastrofy. – Dlaczego? Co się stało? – zapytała, a jej głos drżał z paniki. – C-Caelan... Przyprowadził ze sobą kobietę! – wykrzyknęła Rosalia, a jej słowa zawisły w powietrzu, ciężkie od złowrogiego znaczenia.

Odkryj więcej niesamowitych treści