W CICHYM POKOJU stłumiony szloch przerwał bezruch, wypełniając powietrze cierpieniem Vaelith. Mimo zewnętrznej siły okazywanej publicznie, nocą stawała się inną osobą, wylewając łzy w samotności. Niegdyś przyzwyczajona do luksusu eleganckiej sypialni, teraz znajdowała się na poddaszu, w miejscu, które potęgowało jej poczucie osamotnienia i izolacji.
– Uciekajmy – szepnął głos z tyłu głowy Vaelith, należący do Nyx, jej wilczycy.
Mocno ścisnęła poduszkę, a łzy przestały płynąć na dźwięk propozycji wilczycy. Od siódmego roku życia Nyx była stałą obecnością w jej myślach. Vaelith nie potrafiła tego wyjaśnić, ale wiedziała, że jest wyjątkowym przypadkiem; wiedziała, że jej wilczyca zawsze nad nią czuwała, jednak przemieniła się tylko raz – zdarzyło się to podczas jej wejścia w dorosłość, gdy była zupełnie sama w lesie. Od tamtej pory ona i Nyx umówiły się, że nie będą się więcej przemieniać, przynajmniej dopóki nie nadejdzie właściwy czas. Wataha wiedziała, że Vaelith nie jest pozbawiona wilka, ale wierzyli, że jej wilczyca jest zbyt słaba, by mogła przemienić się z własnej woli.
– I co potem? – zapytała Vaelith, ocierając lśniące na policzkach łzy. Wiedziała, że jej wilczyca chce dla niej jak najlepiej, będąc świadkiem jej zmagań, ale nie była jeszcze gotowa, by usłuchać tej rady. – Nie mamy dokąd pójść. Na razie musimy to wytrzymać.
– Tsk. – Dezaprobująca odpowiedź Nyx była ostatnim dźwiękiem, jaki Vaelith usłyszała, zanim wypuściła głęboki dech i wyjrzała przez małe okno na poddaszu. Światło księżyca kąpało ją w miękkim, blidym blasku, podczas gdy chłodny powiew szeleścił liśćmi na zewnątrz. Zamknęła oczy, znajdując pociechę w świadomości, że nie jest zamknięta, a jednocześnie nie mogła pozbyć się poczucia bezradności, przypominającego jej o trudach dzieciństwa.
Następnego ranka, gdy Vaelith otworzyła drzwi na poddasze, spłynęła na nią zimna, brudna woda. Jej oczy rozszerzyły się z szoku, gdy patrzyła, jak krople ściekają z jej ubrania na drewnianą podłogę. Wilczyce-służące, inne niż te z poprzedniego dnia, chichotały złośliwie. Były to te, które usługiwały Lyraxis.
– Ups, przepraszam – ta z czarnymi włosami rzuciła kpiące przeprosiny. Vaelith wypuściła głęboki dech, ścierając krople z czoła, po czym wyprostowała się i spojrzała na służące, które zaczęły śmiać się jeszcze głośniej.
– Co z wami jest nie tak? – zapytała spokojnie, nie podnosząc głosu. To dziecinne zachowanie stało się codziennością i, szczerze mówiąc, zaczynało ją męczyć. Robiąc krok naprzód, patrzyła, jak powoli się cofają. Słyszały o tym, jak potraktowała ich koleżankę poprzedniego dnia, i teraz chciały dać jej nauczkę. Ich zraniona duma nie mogła znieść faktu, że usługiwały sierocie, która okazała się podróbką.
– Dlaczego w ogóle jeszcze tu jesteś? Po prostu odejdź! Nie pasujesz tutaj! – fuknęła jedna ze służących, rzucając w stronę Vaelith drewnianym wiaderkiem. Uderzyło ją w czoło, sprawiając, że Nyx zawarczała z wściekłości, ale Vaelith powstrzymała swoją wilczycę przed odwetem. Wiedziała, że sprawy mogłyby przybrać fatalny obrót, gdyby puściła Nyx wolno.
– Dlaczego miałabym odchodzić? Jaką władzę ma taka służąca jak ty? – odparowała Vaelith, a po jej czole spłynęła strużka krwi. Służące wciągnęły powietrze, a ich oczy rozszerzyły się z szoku.
– Dopilnujemy, żebyś opuściła naszą watahę, aby nasza prawdziwa przyszła Luna nie musiała się martwić twoim istnieniem! – wypluły, po czym czmychnęły, zostawiając Vaelith z bałaganem, który narobiły. Wzdychając, dotknęła czoła, krzywiąc się z bólu, gdy spojrzała na rękę splamioną mokrą, czerwoną krwią.
– Zabiję je! – warknęła Nyx raz jeszcze.
– Uspokój się, w końcu pożałują – uspokajała wilczycę Vaelith, kończąc sprzątanie podłogi. Po opatrzeniu rany i zmianie munduru na świeży, związała swoje długie, rude, falowane włosy w kucyk i skierowała się do głównej rezydencji, by rozpocząć pracę. Dzisiaj przydzielono ją do obsługi w sali jadalnej, gdzie na śniadaniu gromadzili się wysokiej rangi członkowie watahy.
Pchając wózek z jedzeniem, Vaelith weszła do sali i usłyszała, jak Alfa i Luna prowadzą przyjazną rozmowę z Lyraxis, pytając o jej samopoczucie, po czym kontynuowali pogawędkę z Caelanem, betą i jego dzieckiem. Vaelith nie mogła powstrzymać się od zaciśnięcia ust. Kiedyś siedziała tam, gdzie teraz Lyraxis, a teraz była ignorowana.
Po podaniu potraw zgodnie z instrukcjami głównej kucharki, stanęła z boku wraz z innymi służącymi. Wzrok Lyraxis spotkał się ze wzrokiem Vaelith, a na jej ustach pojawił się złośliwy uśmiech.
– Hmm? – Wyraz twarzy Lyraxis zmienił się w szok, gdy nabrała łyżkę zupy, by chwilę później gwałtownie otworzyć oczy. Na jej skórze wykwitła czerwona wysypka, którą zaczęła gorączkowo drapać.
– Co się stało? – Głos Caelana zadudnił troską, wtórując niepokojowi wszystkich przy stole.
– W-w mojej zupie są orzeszki. Jestem uczulona na orzeszki, d-dlaczego... – Głos Lyraxis załamał się, gdy w jej oczach stanęły łzy, a ona złapała się za brzuch. W tym momencie Vaelith poczuła nadchodzące kłopoty.
– Ale nasza zupa była bez orzeszków. Poinformowałam szefa kuchni o twojej alergii – wtrąciła zdziwiona Rosalia. – Chyba że ktoś przy niej majstrował.
[Przyjdź do jadalni] – rozkaz Alfy Voriana rozbrzmiał w myślach lekarza watahy poprzez więź mentalną.
Wszystkie oczy zwróciły się na Vaelith, która podawała zupę. Podejrzenie wisiało ciężko w powietrzu, a w jej stronę posypały się oskarżycielskie spojrzenia. Zacisnęła pięści, wiedząc, że jej protesty trafią w próżnię, ale nie mogła milczeć.
– Nic nie zrobiłam; po prostu wykonywałam polecenia kucharki przy podawaniu jedzenia.
– Zawiodłam się na tobie, Vaelith. Naprawdę musiałaś posunąć się aż tak daleko? Mogłaś skrzywdzić Lyraxis z czystej złośliwości. To nie jej wina, że jest przeznaczoną Caelana – słowa Eliry zabolały głęboko, sprawiając, że Vaelith przygryzła wargę. Nawet jej najlepsza przyjaciółka odwróciła się od niej, zrzucając całą winę na jej barki.
– Przysięgam, nic nie dodałam. Nawet nie wiedziałam o jej alergii...
– Dość! – zagrzmiał głos Alfy Voriana, sprawiając, że Vaelith przeszły dreszcze. – Bądź wdzięczna, że jeszcze cię nie wygnałem. Zrób coś takiego jeszcze raz, a odeślę cię tam, gdzie znalazłem cię 12 lat temu.
Łzy groziły wypłynięciem z oczu Vaelith, gdy zalała ją fala traumy, ale zamrugała, by je odpędzić, gdy Caelan wylał jej herbatę na głowę. Jego lodowate spojrzenie było pozbawione emocji, ale zaciśnięta szczęka mówiła wszystko o kłębiącym się w nim gniewie.
– Czy to twoja prawdziwa twarz? Dwulicowa wywłoka?! – oskarżenie Caelana zawisło w powietrzu, ale Vaelith milczała, opierając się chęci odwetu. Wiedziała, że obrona byłaby bezużyteczna – już przypisali jej rolę czarnego charakteru.
– Powiedziałaś, że nie będziesz się wtrącać, a jednak to robisz – warknął przez zaciśnięte zęby. – Nasza wataha cię przygarnęła, traktowała dobrze, a ty tak nam odpłacasz? Krzywdząc moją partnerkę, prawdziwy klucz do przepowiedni?
– Możesz mieć potencjał, by być świetną Luną dzięki nauką mojej matki, ale pozwól, że wyjaśnię jedno... – Ręka Caelana zacisnęła się na policzkach Vaelith, zmuszając ją do spojrzenia w jego szare, płonące gniewem oczy. – Lyraxis jest o wiele lepsza od ciebie. Jest córką bety z watahy Argentis, jednej z rodów szlacheckich na północy. Jej wilczyca jest silna, w przeciwieństwie do twojej, która nie potrafi się nawet przemienić na zawołanie.
Vaelith czuła, jak Nyx rwie się do wolności, ale po mistrzowsku trzymała ją w ryzach, zachowując przy tym kamienną twarz. Była to trudna sztuka równowagi, ale opanowała ją już do perfekcji. Nawet Alfa nie byłby w stanie niczego wyczuć. Poza tym w watasze Rubicant obowiązywała surowa zasada: członkom nie wolno było przemieniać się w wilczą formę wewnątrz domu watahy, chyba że istniało potencjalne zagrożenie. Zasada ta miała chronić ludzkich służących mieszkających wśród wilkołaków przed strachem. Każdy, kto złamał tę zasadę, ryzykował wygnanie z watahy.
Z głośnym hukiem otworzyły się drzwi i do środka wkroczyło kilku wojowników z wzrokiem utkwionym w Vaelith. Poczuła dreszcz, gdy chwycili ją za ramiona. Pobladła, bojąc się, że Alfa Vorian zrobi to, o czym wspomniał wcześniej. On jednak chłodno rozkazał wrzucić ją do lochu, gdzie spędziła tydzień, znosząc brutalne traktowanie i skromne racje wody.
Niekończące się udręki na tym się nie skończyły. Ostatnie trzy miesiące były koszmarem – codziennie znosiła złe traktowanie ze strony członków watahy, zwłaszcza emocjonalne ataki Caelana i nieustanne intrygi Lyraxis, mające na celu uczynienie jej życia jeszcze bardziej nędznym, niż już było. Vaelith zdołała jednak przetrwać to wszystko, tak jak robiła to w przeszłości.
Po wielu przygotowaniach i wyczekiwaniu w końcu wyruszyli w stronę Stolicy, gdzie odbywał się Bankiet Króla Alfy. Mimo posiadania samochodu, Alfa i Luna rozgościli się w powozie wraz z Caelanem i Lyraxis, podczas gdy Vaelith siedziała obok woźnicy. To był jej pierwszy raz w drodze do pałacu, nic więc dziwnego, że czuła lekki niepokój. W końcu wiedziała wszystko o tyranie, Królu Alfie.
Krążyło o nim mnóstwo plotek – od tego, że własnoręcznie wybił całą watahę, po opowieści o jego potwornym wyglądzie godnym kogoś przeklętego. Podczas nauk przygotowujących ją na idealną Lunę dowiedziała się, że klątwa przechodzi na każdego z suwerennej rodziny, kto odziedziczy tron. Przez pokolenia Królowie Alfy nie byli w stanie wyczuć ani odnaleźć swoich przeznaczonych. W rezultacie ustanowiono wydarzenie zwane Wyborem Luny, w którym musiały uczestniczyć wszystkie niezwiązane wilczyce wysokiej rangi.
Jednak w tym pokoleniu każda wybranka obecnego Króla Alfy kończyła tragicznie – umierały, zanim mogło dojść do ceremonii parowania. Działo się tak, ponieważ wolały śmierć niż bycie jego partnerką – a w tym roku miała to być trzecia próba Króla, by wybrać partnerkę i Lunę.
Z gwałtownym szarpnięciem powóz się zatrzymał. Oczy Vaelith rozszerzyły się z podziwu, gdy ujrzała przed sobą wspaniały, elegancki pałac. Napięcie rosło, gdy zdała sobie sprawę, że wkrótce stanie twarzą w twarz z tym osławionym władcą Virescence.
Nagle donośny głos woźnicy wyrwał ją z zadumy: „Przyjechaliśmy”.
















