Naprawdę to robiłam.
Krążyłam tam i z powrotem w przedpokoju sali balowej The Royal Grand, jednego z najbardziej luksusowych miejsc w mieście, próbując przekonać samą siebie, że to dobry pomysł. Wynajęcie żigolo, żeby udawał mojego narzeczonego? Boże, wybacz mi, ale nie miałam wyjścia.
Mój były narzeczony właśnie brał ślub. I to nie z byle kim… Żenił się z moją byłą najlepszą przyjaciółką. Tak, zostałam podwójnie zdradzona w ramach jakiejś oferty „kup jeden, drugi gratis”, na którą nawet nie wiedziałam, że się zapisałam. Gdyby istniał program lojalnościowy dla idiotów, miałabym już dość punktów, by wymienić je na siarczysty policzek i bilet w jedną stronę na samo dno.
Zignorować ślub? Tego właśnie chciałam. Ale Sloane uparła się, by zadzwonić do mnie osobiście! Ewidentnie chciała się ze mnie pośmiać, upokorzyć mnie. Nie mogłam jednak pozwolić jej wygrać. Więc powiedziałam, że przyjdę. Co gorsza, palnęłam, że przyjdę z moim nieziemsko przystojnym, obrzydliwie bogatym narzeczonym.
— Bogatym? — Zaśmiała się, jakby mi nie wierzyła.
— Dziedzicem jednej z największych firm w kraju — skłamałam.
— Nie mogę się doczekać, żeby go poznać.
Do następnego dnia wieść zdążyła się już roznieść. Nie minęły nawet dwadzieścia cztery godziny od otrzymania zaproszenia, a jakimś cudem wszyscy nasi wspólni znajomi wiedzieli, że się pojawię. I co gorsza: że przyprowadzę mojego narzeczonego milionera.
Teraz, oprócz tego, że byłam zmuszona tam być, wszyscy oczekiwali przedstawienia. Jeśli wcześniej istniała jakakolwiek szansa na wycofanie się, to właśnie przepadła. Musiałam iść. Ale skoro już szłam, nie mogłam pojawić się sama, upokorzona i pokonana. Musiałam udawać kogoś, kim nie byłam.
Udawanie było praktycznie moją drugą pracą, jeśli chodzi o mojego byłego. Robiłam to latami. Udawałam, że nie zauważam, kiedy wracał do domu, a na jego ubraniach czuć było perfumy innej kobiety. Udawałam, że nie wyłapuję tych marnych wymówek i spojrzeń, które wymieniał ze Sloane, gdy myśleli, że nie patrzę.
Wciąż pamiętałam sukienkę, którą miałam na sobie, stłumiony dźwięk deszczu za oknem i ciężką ciszę w mieszkaniu Sloane, kiedy pojawiłam się tam bez zapowiedzi. Serce już waliło mi w piersi, gdy pchnęłam uchylone drzwi i ich zobaczyłam.
Mężczyzna, który miał być miłością mojego życia, leżał na kanapie między nogami mojej najlepszej przyjaciółki.
— Chase?
Oboje zamarli. On tylko westchnął i zaśmiał się przez nos, bez cienia skruchy. — Tessa… To i tak nie miało przetrwać.
Ścisnęło mnie w klatce piersiowej. — Co…?
— Tessa, szczerze… zawsze byłaś taka nudna — powiedziała Sloane.
Gwałtownie odwróciłam głowę w jej stronę.
Posłała mi pełen wyższości uśmieszek, z pogardą owijając kosmyk włosów wokół palca. — Zawsze tak bardzo starałaś się być idealna. Idealna dziewczyna, idealna przyjaciółka, ta niezawodna. Ale spójrzmy prawdzie w oczy. Nigdy nie byłaś kimś wyjątkowym.
Cios trafił prosto w moją duszę. Moja najlepsza przyjaciółka. Mój narzeczony. Oboje śmiali mi się prosto w twarz.
— Nikt nigdy nie wybierze kogoś takiego jak ty, Tessa — kontynuowała Sloane bezlitośnie. — Nadajesz się tylko do ról drugoplanowych w życiu innych ludzi.
To był moment, w którym zrozumiałam. Nigdy nie byłam kobietą, której pragnął Chase. I być może nigdy nie będę kobietą, której pragnąłby ktokolwiek.
Więc jeśli nie mogłam wygrać w życiu, przynajmniej wygram na poziomie pozorów.
Mój telefon zawibrował, szybko go chwyciłam, by przeczytać wiadomość. [Spóźnię się, ale już jadę].
Przewróciłam oczami. Biorąc pod uwagę, ile mu zapłaciłam, naprawdę nie powinien robić takich amatorskich błędów.
— Tessa? Nie wchodzisz?
Becca, jedna z moich koleżanek ze studiów, zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów, jakby spodziewała się, że mój narzeczony lada sekunda magicznie zmaterializuje się z powietrza. — Mój narzeczony jest w drodze. Dołączę do was w środku.
Szlag, gdzie on był?
Zanim zdążyłam wysłać kolejną wiadomość, telefon padł. Pracowałam cały dzień i nie miałam czasu go naładować przed przyjściem tutaj. — No świetnie! Teraz, jeśli coś pójdzie nie tak, mam totalnie przerąbane.
Kilka minut później przyjechał.
I… O mój Boże.
Ten facet był chodzącym grzechem. Był wysoki, miał lekko ponad metr dziewięćdziesiąt. Jego ciało było wyrzeźbione do perfekcji, odziane w idealnie skrojony czarny garnitur, który aż krzyczał o władzy i pieniądzach. Jego obecność była tak intensywna, że miało się wrażenie, iż powietrze wokół niego drży.
Jego ciemnobrązowe włosy były w lekkim nieładzie — tym celowym rodzaju bałaganu, na który mogą sobie pozwolić tylko nieziemsko atrakcyjni mężczyźni, nie wyglądając przy tym niechlujnie. Miał starannie przystrzyżony zarost, ostre i władcze rysy twarzy, a jego przeszywające, szaroniebieskie oczy sprawiły, że na kilka sekund zamarłam w bezruchu.
Kiedy go wybierałam, widziałam tylko zdjęcia całej sylwetki. I o ile na nich wyglądał dobrze, o tyle jego twarz na żywo była jeszcze lepsza.
Mój mózg oczyścił się z wszelkich innych myśli, a stopy same ruszyły do przodu. Zanim zdążył wypowiedzieć choć słowo, mocno chwyciłam go za ramię i przyciągnęłam do siebie. — Spóźniłeś się! — syknęłam.
Spiął się, wyraźnie zdezorientowany, ale nie odsunął się. — Słucham?
— Nie ma czasu! — ciągnęłam, ignorując niepewność w jego głosie. — Szybka powtórka: nazywam się Tessa Thorne, mam dwadzieścia sześć lat, a mój były narzeczony i była najlepsza przyjaciółka właśnie biorą ślub. I potrzebuję absurdalnie przystojnego faceta, który u mojego boku będzie udawał obłędnie bogatego spadkobiercę, żebym nie wyglądała na totalną życiową przegraną.
Mężczyzna mrugnął, jakby powoli przetwarzał każde słowo. Widać było, że próbuje się nie zaśmiać. — Jasne… a tym przystojnym, bogatym facetem ma być…?
— Ty, to chyba oczywiste. — Zrobiłam minę. — Za to ci płacę. I to całkiem nieźle, swoją drogą.
Przekrzywił głowę, teraz wyglądając na bardziej rozbawionego niż zdezorientowanego.
— A więc… dostanę za to pieniądze?
Westchnęłam głośno.
— Jesteś głupi czy co? Nieważne, nie wymagam od ciebie inteligencji. Masz być seksowny, ładnie się uśmiechać i przez jedną noc udawać, że mnie kochasz. Kilka pocałunków, trochę dotyku, nic wielkiego…
Kąciki jego ust uniosły się w łobuzerskim, pełnym psoty uśmiechu. — To akurat potrafię.
Moje serce na chwilę zamarło. Kim był ten człowiek — i dlaczego patrzył na mnie w ten sposób?
— Idealnie. — Udałam, że nie robi to na mnie wrażenia i pociągnęłam go za rękę w stronę sali balowej. — Chodźmy, nie mogę się już bardziej spóźnić!
Gdy szliśmy korytarzem, coś przyszło mi do głowy.
— Swoją drogą, musimy ustalić twoje imię.
Uniósł brew, wyraźnie rozbawiony.
— Ustalić moje imię?
— Oczywiście! Potrzebujesz nazwiska godnego dziedzica…
Wyciągnęłam małą listę, którą sporządziła dla mnie siostra, zawierającą najważniejsze nazwiska w Elyrii.
Wydał z siebie szczery śmiech — niski, głęboki i niebezpiecznie pociągający.
— No dalej, wybieraj — powiedziałam.
Zatrzymał się na chwilę, a na jego usta powrócił ten figlarny uśmiech. — Gideon Vandermere.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, drzwi otworzyły się na oścież — a tam stała Sloane. Jej oczy rozszerzyły się, gdy wykrztusiła: — Vandermere… Z tych Vandermere'ów od winnic?