Cordiniański zachód słońca pomalował niebo odcieniami pomarańczy i różu, gdy nasz samochód wspinał się krętą drogą wysadzaną cyprysami. Po dwunastu godzinach w samolocie z teściami i wyczerpującym dniu w Lucernie moje ciało błagało o odpoczynek, ale oczy odmawiały zamknięcia się choćby na sekundę — wokół było zbyt pięknie.
— Już prawie jesteśmy — powiedział Gideon, wskazując na zakręt przed nami.
















