Lodowaty deszcz chłostał skórę Sary, przemaczając jej suknię aż do kości. Stała skulona pod skromnym schronieniem dużego, rozłożystego płaczącego drzewa, dzwoniąc zębami i wydmuchując gorące powietrze w zdrętwiałe, drżące dłonie. Gęsty baldachim zapewniał niewielką ochronę przed oślepiającą ulewą. Woda przylepiła jej srebrne włosy do twarzy. Mrużyła oczy przez szare ściany deszczu, wodząc wzrokiem
















