Droga samochodem do mojego małego domku... a właściwie garażu, upłynęła w całkowitym milczeniu. Sama nie bardzo wiedziałam, co powinnam powiedzieć. Mój przeznaczony natknął się na mnie w dość parszywej sytuacji. Byłam przekonana, że to stado będzie miało mu sporo do wyjaśnienia, kiedy wreszcie uświadomi sobie, że to nie były tylko wybryki znęcających się dzieciaków. Ja osobiście żywiłam głęboką nadzieję, że prawda nigdy nie wyjdzie na jaw. Jasne, nie zasługiwałam na ten ogrom poniżenia i traktowanie jak śmieć przez kogokolwiek, ale to w gruncie rzeczy nie do końca była wina watahy. Alfie Vance'owi wciśnięto stek kłamstw, którymi nakarmił go mój poprzedni alfa z pierwotnego stada. Po prostu nie umiałam ich za to nienawidzić. Nigdy nie potrafiłam obudzić w sobie złości, bez względu na to, jak podle się wobec mnie zachowywano. Ostatecznie, uznałam to po prostu za jedną z moich licznych wad. – pomyślała do siebie Freya.
"Wiesz, że słyszę wszystkie twoje myśli?" Freya gwałtownie odwróciła głowę w stronę Kaelara, który tak agresywnie zaciskał palce na kierownicy, że aż pobielały mu knykcie.
"CO!" – niemal wrzasnęła, przyprawiając Kaelara o kolejne przewrócenie oczami.
"Jestem Królem Piekła, skarbie. Potrafię czytać w umysłach wszystkich. To ledwie jeden z moich *wielu* darów. Oprócz Vala wie o nim dosłownie garstka istot, więc czy mogłabyś dotrzymać mojego sekretu, kochanie?" Kaelar ze wszystkich sił próbował opanować buzującą w nim wściekłość wywołaną słuchaniem jej myśli. Doskonale rozumiał, że jego mała przeznaczona uniewinniała stado tylko ze względu na wpajane im fałszywe oskarżenia, ale z drugiej strony – dorośli powinni mieć więcej rozumu, by nie traktować tak bezbronnej istoty, bez względu na rzekome zarzuty.
"Oczywiście, że zachowam twój sekret, ale tylko jeśli mi obiecasz, że nikogo nie skrzywdzisz przez wzgląd na to, co się wydarzyło..." Freya wymusiła z siebie nerwowy uśmiech, obawiając się jego reakcji.
"Freyu, nie mogę ci tego obiecać. Znalazłem cię, jesteś moją przeznaczoną, a na dodatek zjawiłem się w chwili, gdy te potworne *kundelki* zadawały ci ból. Mogę zagwarantować, że nie podniosę ręki na niewinnych, ale to byłoby na tyle, skarbie. Ci, którzy na to zapracowali, poniosą konsekwencje." – Kaelar niemal szepnął, chcąc zaoszczędzić jej niepokoju.
"Chyba rozumiem. Z Królem Piekła tak naprawdę nie da się kłócić ani próbować iść na żaden kompromis." – mruknęła ze smutkiem, odwracając głowę do okna, by wpatrywać się w przesuwający się krajobraz.
Kaelarowi to wyznanie było nie w smak. Z jego perspektywy Freya była równa jemu. Nie chciał, by żyła w przeświadczeniu, że cokolwiek musiała wypracowywać kompromisem. Przemilczał to jednak. Słysząc nutę smutku w jej głosie, decyzja została już w nim zakotwiczona. Obiecał sobie, że nie ukarze absolutnie nikogo, kto nie miał bezpośredniego związku z jej fizycznym cierpieniem. Liczył jedynie na to, że pominąwszy szkolną dręczycielską bandę, nikt więcej nie brał w tym udziału. Jeśli chodziło o Alfę Vance'a... Ten człowiek nie mógł być pewien, że przeżyje spotkanie zaplanowane na najbliższe dni. Niestety, Kaelar nadal kładł ogromny nacisk na unifikację obu królestw, nie tylko dla niej, ale ze względu na swój lud; zjednoczenie nadnaturalnych gatunków przyniosłoby wszystkim jedynie obopólne korzyści.
Freya z bijącym sercem przekroczyła próg swojej kryjówki, a Kaelar podążył za nią jak cień. Truchlała na samą myśl o jego reakcji na widok jej domostwa. Trudno było szukać tu jakiegokolwiek przepychu. To był stary, wyeksploatowany garaż, w którym pan i pani Abbott pozwolili jej się schronić po tym, jak wyrzucono ją z sierocińca. Ich syn zdążył przerobić go na namiastkę apartamentu typu studio na długo przed swoim wyjazdem na studia i przyłączeniem się do watahy swojej przeznaczonej. Freya czuła niezmierną wdzięczność, posiadając własny kąt, i była zobowiązana dobrodusznemu małżeństwu. Będąc zupełnie spłukaną, w ramach rekompensaty za czynsz pomagała w pracach domowych oraz porządkach na zewnątrz, podczas gdy Abbottowie przynosili jej każdego wieczoru ciepły obiad.
Kaelar kompletnie nie potrafił ukryć zniesmaczenia na twarzy, omiatając wzrokiem tak zwany *dom* swojej przeznaczonej. Żywa dusza nie powinna być skazana na egzystencję w takich warunkach. Sierociniec w najmniejszym stopniu nie dorównywał temu miejscu, przecież był de facto zubożałą wersją budynku stada. Poprzysiągł sobie zniszczyć Alfę Vance'a za to, że zepchnął jego królową na takie marginesy społeczne. Z ociąganiem przysiadł na skraju prowizorycznego legowiska i gestem dłoni przywołał Freyę, by spoczęła obok. Dziewczyna nawet nie drgnęła. Strach całkowicie ją sparaliżował.
"Proszę, podejdź tu i pomóż nam się uspokoić. Robię co mogę, by zdusić Balora, ale on łaknie krwi osób, które odcisnęły na tobie swoje piętno i skazały na takie życie. Proszę cię, chodź tu, skarbie." Ostatnią część niemal skowycząc z siebie wyciągnął. Nigdy nie obnażył przed żywą istotą cienia swojej słabości. Świat nie miał pojęcia o opiekuńczym i czułym Kaelarze; dla wszystkich był zaledwie morderczą i niebezpieczną anomalią. Jego poddani znali oczywiście jego sprawiedliwszą odsłonę, jednak w relacji z przeznaczoną tylko jej przysługiwało wyłączne prawo do zgłębiania jego łagodnej strony. Ona jedyna była w stanie przemienić go w pluszowego misia.
Freya powolnym, ostrożnym krokiem zbliżyła się i wreszcie obok niego usiadła. Zdała sobie sprawę, że wstrzymywała oddech, dopiero gdy drgnęła przestrachem na ruch jego ramienia. Na ten gwałtowny gest, z ust demona wydobył się jedynie głęboki i ponury ryk.
"Przepraszam, nie chciałam! Kompletnie nie jestem do tego przyzwyczajona! Myślałam, że po prostu zamierzasz mnie uderzyć! Przepraszam, nigdy więcej tego nie powtórzę!" – wyrzuciła z siebie lawiną słów. Skuliła ramiona i spuściła zapłakaną twarz, przekonana, że wzbudziła w nim wyłącznie nieokiełznaną złość. Wiedziała, że aby złagodzić jego nastawienie, musiała bezdyskusyjnie podporządkować mu się we wszystkim.
Kaelar wpadł w osłupienie. Jej natłok przerażenia kompletnie go rozbroił. Myślała, że był zły? Co za czysty absurd! "Skarbie, spójrz na mnie." – szepnął czule, podnosząc łagodnie podbródek Freyi tak, by skrzyżowała z nim spojrzenie. "Nigdy więcej tak nie przepraszaj. Nie dopuściłaś się absolutnie niczego złego. To ja pragnę przeprosić cię za ten warczący ryk. Po prostu nie spodobało nam się twoje wzdrygnięcie, skarbie. Nigdy byśmy na ciebie nie podnieśli ręki, nigdy w życiu. Nasza furia napędzana jest złością na tych, którzy przyprawili cię o tak ogromny ból, i tym, że ty tak potulnie odstępujesz od wymierzenia im sprawiedliwości. Jednakże pojmuję to doskonale; przyrzekam nie uciekać się do przemocy w stosunku do osób postronnych, lecz prowodyrzy zostaną rozliczeni. Należytą reprymendą oberwie się też Alfie Vance'owi. Jesteś pozycjonowana na równi ze mną, pragnę, byś nigdy nie myślała o podejmowaniu prób kompromisowych, ale jest to zaledwie jedyny i ostateczny temat, w którym pozostaję bezkompromisowy." Utrzymywał z nią nieprzerwany kontakt wzrokowy, aby każde z jego słów mogło prawidłowo zapuścić w niej korzenie. "Freyu, nigdy nie podniosę na ciebie ręki tak, jak robili to oni. Masz moje słowo. Przeszłaś przez przerażające traumy i zachowam bezgraniczną cierpliwość, by wyprowadzić cię na prostą, ale jedyne, o co cię teraz proszę, to odrobina zaufania, skarbie. Po prostu daj mi choć ten ułamek wiary, a ja gwarantuję, że na nim nie poprzestaniesz." Demon w tej chwili wręcz błagał ją na kolanach o ten skrawek nadziei na poprawę.
Freyi same rwały się usta do uśmiechu. Rozczulała ją opiekuńczość jej potężnego przeznaczonego. Przytaknęła powoli i na tyle odważnie skróciła dzielący ich dystans, by posłać delikatnego buziaka w policzek. To niewinne pchnięcie wrzuciło wręcz głęboki rumieniec na lico wielkiego władcy. Balor wykonywał niewidzialne akrobacje w jego głowie! Ich jedyna i niepowtarzalna przeznaczona nie dość, że odważyła się ich zaakceptować, to z własnej inicjatywy przekraczała bezpieczną strefę! Byli tak potężnie nabuzowani pozytywną energią! Co do cholery mogło sprowadzić na nich złe fatum, skoro właśnie otworzył się przed nimi najsłodszy raj!
"Freyu, w sekundzie, w której przyszłaś na świat, stałaś się całym moim światem. Moją pobudką na każdy oddech. Uczułem to pociągnięcie w twoją stronę jeszcze tego samego dnia. Mój upór podpowiadał mi, że muszę cię mieć na tę konkretną chwilę, jednak rozsądek okazał się mądrzejszy i nie pozwolił wpłynąć negatywnie na twoją egzystencję. Pragnąłem oddać hołd dorastaniu bez obciążeń ze strony takiego potwora jak ja. Odrzucało mnie na samą myśl o tym, jak trudne logistycznie byłoby pociągnięcie za sobą twoich rodziców, chociaż nie potępiałbym ich sprzeciwu. Wymagałoby to sporo nacisku w stronę mojej matki, jednak ty – ze względu na więź przeznaczonej – czułabyś się tam zupełnie tak jak na Ziemi. Niemniej ostatecznie zadecydowałem o odroczeniu mojej wędrówki za tobą. Tłumaczyłem sam sobie, że musisz mieć sposobność na zbudowanie więzi, wyznaczenie ram i podążenie odpowiednimi ścieżkami, bez niczyjej niechcianej ingerencji w zarys losu. Miałem tę wiedzę bezwiednie z tyłu głowy; gdybym otrzymał jakikolwiek przekaz emocjonalny o twoim zagrożeniu, obiecuję ci, byłbym przy tobie, zanim byś się zorientowała, skarbie. Dałem ciała, bywając u ciebie tak rzadko, obawiając się przedwczesnego odkrycia naszego losu. Właśnie dlatego tak intensywnie dążyłem w ostatnich dniach do finalizacji układów dwóch królestw. Zależało mi, by sprowadzić dla ciebie odpowiednie królestwo tutaj na górze. Piekło pod ziemią po prostu nie przystaje do tego, na co zasługujesz. Wdrożyłem tę machinę tylko dla ułatwienia ci życia w tej sferze. Po przeprowadzce na zamek dostrzeżesz wszystkie te dobrodziejstwa i pozytywy..." – kończył łagodnie swój wywód Kaelar.
Freya z entuzjazmem godnym uśmiechu Kota z Cheshire wsłuchiwała się w tę spowiedź, aż do słowa o przeprowadzce na zamek. Uśmiech wyparował z jej oblicza w ułamku sekundy. "Nie chcę mieszkać w zamku. Zdecydowanie obieram cel pobytu na terytorium tutejszego watahy. I tak jestem przekonana, że stanę się ogromną pożywką w nowej szkole za wczorajszy cyrk. Pod żadnym pozorem nie mam teraz głowy do noszenia korony i blasku fleszy. Oddam całą siebie nowej roli, kiedy stanę się odpowiednio uformowana. Obecnie nie ma we mnie ani odrobiny na to przestrzeni." – jej głos wręcz się załamywał, w obawie o potworne rozgoryczenie Kaelara lub gniew Balora na te jawne zniechęcenia do pełnienia nowej posady królowej.
Kaelar wypuścił z siebie powietrze ze swojskim, cichym westchnieniem. "W porządku. Rozumiem, moja miłości. Mamy cały czas na świecie. Do niczego cię nie przymuszę, póki nie wyrazisz na to chęci. Wymagam jednak tylko tego, abyś miała na uwadze ryzyko i świadomość nieufnego charakteru okolicznych sąsiadów. Twój pobyt na zamku nie zostaje ci narzucony teraz i na tę chwilę, okej, skarbie? Gwarantuję nie przyspieszać na to żadnych ustaleń i ruchów, ale w momencie zapłonu jakichkolwiek iskierek niepokoju masz stawić się ze mną w naszej rezydencji, rozumiesz?" Wypowiedź poprowadził niezwykle gładkim i łagodnym brzmieniem, mimo rzucanej z powagą groźby na marginesie. "A teraz, pierwsza sprawa, kupuję nam nowe łóżko i wprowadzam tu parę nowości, żeby zamienić ten kącik w dom z prawdziwego zdarzenia. Jakiś sprzeciw z twojej strony, aniołku?" Szeroki grymas radosnego uniesienia zdobił wygłodniałe szczęścia oblicze Kaelara.
"Chcę jaskrawego, wściekle różowego kompletu pościeli."
















