Minęło kilka godzin, odkąd Kaelar udał się na spotkanie z Valeriusem. Przed wyjściem wydawał się trochę podenerwowany. Kiedy zapytałam go, co go trapi, powiedział tylko, że wszystko w porządku i wrócił do robienia śniadania. Nie chciałam naciskać, więc odpuściłam i skupiłam się na tym, by wywoływać uśmiech na jego twarzy, dopóki nie wyszedł. Mam nadzieję, że spotkanie przebiega dobrze. Z samych opowieści wiem, że ma wybuchowy temperament, i naprawdę współczuję każdemu, kto powie mu coś nieodpowiedniego podczas jednego z jego napadów gniewu. Freya pomyślała do siebie i zachichotała cicho na myśl o tym, jak szalony był jej druh, a jednak ona nigdy nie widziała tego jego oblicza, o którym wszyscy plotkowali. Szczerze mówiąc, nie obchodziło jej, jakim był potworem; był jej przeznaczonym i akceptowała go bez względu na to, co zrobił w przeszłości.
Większość poranka Freya spędziła na kończeniu pracy domowej i oglądaniu telewizji. Jedyną zaletą życia w watahach było to, że w każdy weekend mieli trzy dni wolnego. Alfy i rada starszych nigdy nie podawali konkretnego powodu, ale nikt też na to nie narzekał.
Właśnie gdy Freya zabierała się za robienie domowej pizzy ze wszystkich produktów, które kupił Kaelar. Nie był zadowolony z faktu, że zastał tam pustą lodówkę i szafki. Zaszalał i po brzegi wypełnił jej mały garaż jedzeniem. Minęło zaledwie kilka dni, odkąd Kaelar pojawił się w jej życiu, a ona już czuła, że przybrała kilka kilogramów. Nie narzekała jednak; wiedziała, że ma niedowagę i musi jeszcze sporo przytyć, by osiągnąć zdrową sylwetkę.
Podśpiewując do grającej muzyki i przygotowując pizzę, zaczęła słyszeć dziwne brzęczenie. Nie było to głośne brzęczenie, raczej cichy szum. Freya pomyślała, że dochodzi z lodówki albo nawet z piekarnika i próbowała to zignorować, ale gdy tylko zamierzała kontynuować robienie pizzy, dźwięk się nasilił, zmuszając ją do zakrycia uszu dłońmi. Wtedy uświadomiła sobie, że ten hałas był w jej głowie. *Co do cholery się dzieje!* Freya próbowała otrząsnąć się z tego dźwięku, ale on nie ustępował. Właśnie gdy pomyślała, że zaczyna wariować, jej myśli natychmiast powędrowały do Kaelara. To musi być on! Coś musiało być nie tak; nie była w stu procentach pewna, ale przeczucie podpowiadało jej, by poszła sprawdzić, co u jej przeznaczonego. I tak też zrobiła.
~ ~ ~
Freya ruszyła w stronę zamku, ale przy bramie zatrzymało ją dwóch przesadnie potężnych strażników. – Cel wizyty, *bezwilki kundlu* – warknął na nią z pogardą jeden ze strażników. Freya z przyzwyczajenia cofnęła się o krok, ale zdołała przemówić. – J-ja p-przyszłam z-zobaczyć się z Kaelarem... – Freya przeklęła swoje jąkanie; zawsze się jąkała, gdy była przerażona.
Obaj strażnicy zaśmiali się serdecznie, przyglądając się drobnej istotce przed nimi. – Wracaj tam, skąd przyszłaś, mała. Kaelar wyraził się dość jasno, że nie życzy sobie, by pojawiały się tu przypadkowe dziwki. Jestem pewien, że nie ma problemu ze zdobyciem ich samemu, więc daj spokój, póki jeszcze możesz, żeby się nie ośmieszać – powiedział jeden ze strażników z wyraźnym rozbawieniem. – Zmywaj się i idź pieprzyć się z kimś innym – dodał drugi strażnik.
– J-ja j-jestem... j-jego... p-przeznaczoną... – wykrztusiła Freya między szlochami. Dlaczego musiała być tak emocjonalna? Na jej słowa strażnicy zamarli w bezruchu; obaj wymienili spojrzenia pełne zdumienia i strachu. Jeśli to, co mówiła, było prawdą, obaj byli już właściwie martwi. Gdy tylko jeden ze strażników odzyskał zmysły, warknął: – Kaelar nigdy nie wspominał o przeznaczonej. Więc niezła próba i koniec z tymi łzami. Nie nabierzemy się na to. Odejdziesz teraz albo trafisz do lochów – powiedział z głęboką nienawiścią.
– Jeśli OŚMIELISZ się podnieść choćby palec na *naszą* Królową, zetnę ci tę pieprzoną głowę, *kundlu* – głęboki, groźny warkot dobiegł zza ich pleców, sprawiając, że odwrócili się gwałtownie i stanęli twarzą w twarz z Torokiem. Torok był jednym z najlepszych wojowników Króla Dariusa, a także przeznaczonym Księżniczki Angel. Był demonem czystej krwi, ale opuścił swoje królestwo, by dołączyć do Dariusa, kiedy odnalazł swoją przeznaczoną. Torok był kimś, kogo należało się bać, jeśli chodziło o członków rodów królewskich obu królestw. Może i nie był już częścią Królestwa Obsydianu, ale wciąż okazywał jedynie najwyższy szacunek ich Królowi, a teraz także Królowej.
– Nie ma mowy, żeby to *coś* było przeznaczoną Kaelara. Księżycowa Bogini nie połączyłaby go z kimś takim jak *ona* – odezwał się odważny, lecz bardzo głupi strażnik. W jednej sekundzie obrażał Freyę, a w następnej był już przyciśnięty do bramy, podczas gdy Torok powoli dusił w nim życie. Drugi strażnik nie śmiał nawet pisnąć. Wiedział, że nie mieli racji, i nie chciał podzielić losu swojego idiotycznego partnera.
Torok puścił go w ostatniej chwili. Uznał, że decyzja o losie tego człowieka powinna należeć do króla. – Obaj idźcie i czekajcie w świetlicy. Kaelar policzy się z wami po swoim spotkaniu. – Torok uśmiechnął się do nich złowieszczo. Obaj zbledli, ale mimo to posłuchali jego poleceń i ruszyli w stronę zamku.
Czekając, aż pojawi się dwóch innych strażników, by zająć ich miejsce, Torok pośpiesznie wpuścił Freyę do środka. Wyglądała jak siedem nieszczęść. Zapłakana twarz i ciche czkanie od płaczu. Gdyby Kaelar zobaczył ją w takim stanie, spaliłby zamek do gruntu. Freya starała się otrzeć łzy i uspokoić oddech. Przyszła tu, by odnaleźć Kaelara i sprawdzić, co było nie tak, a nie po to, by Kaelar musiał się o nią martwić.
Gdy pojawili się inni strażnicy, Torok wyciągnął do Freyi ramię, by mogła się go chwycić, podczas gdy on wskazywał drogę, ale Freya tylko pokręciła głową. – Nie chcę widzieć, jak Kaelar zareagowałby, gdyby zobaczył lub wyczuł na mnie zapach innego samca. Słyszałam, że demony bywają o wiele gorsze niż wilki czy likanie, jeśli chodzi o ich przeznaczone. Wolałabym go nie denerwować. Już i tak jest zdenerwowany – powiedziała Freya z delikatnym uśmiechem. – W porządku, moja Królowo. Zaprowadzę cię do Kaelara. – Torok odwzajemnił uśmiech.
– Proszę, mów mi po prostu Freya.
~ ~ ~
Przechadzając się po zamku po raz pierwszy, Freya była olśniona. Nigdy nie widziała czegoś tak pięknego. To było prawdziwe arcydzieło. Choć zapatrzyła się na wszystko wokół, wciąż czuła na sobie te wszystkie różne spojrzenia. Wiedziała, że zastanawiali się, dlaczego tu jest. Słyszała nawet niektóre z szeptów, ale postanowiła je zignorować. Była tu dla Kaelara i tylko dla niego.
Torok poprowadził ją pod drzwi sali konferencyjnej. Odkąd tu była, brzęczenie w jej głowie tylko przybrało na sile i wiedziała, że miała rację, sądząc, że miało to coś wspólnego z Kaelarem. Freya zdołała zebrać się na odwagę, zapukała cicho w drzwi i pociągnęła za klamkę.
– C-co t-tu się d-dzieje...? – Freya natychmiast wydała z siebie zszokowane westchnienie na ten widok. Wszyscy mężczyźni stali w pozycjach obronnych, ale jej oczy spoczęły wyłącznie na jej druhu. Wyglądał jak Kaelar, ale jego oczy były jednolicie ciemnoczerwone, a bijąca od niego aura sprawiała, że Freya zaczęła cofać się krok po kroku. Zanim zdążyła się odwrócić i odejść, Kaelar mignął tuż przed nią i ujął jej twarz w obie dłonie.
– Co się stało, moja Królowo? Co się stało? Czy ktoś cię skrzywdził? Kto doprowadził cię do płaczu? – Balor rzucał w jej stronę pytanie za pytaniem. Był gotów zabić każdego, kto wyrządził jej krzywdę. Wystarczyło, by wypowiedziała te słowa, a byłoby po wszystkim.
– K-kim t-ty j-jesteś? – Freya cała drżała.
Balor westchnął ciężko, po czym cofnął dłonie, by objąć Freyę, wtulając nos w zagłębienie jej szyi. Jej zapach natychmiast go uspokoił. Potrzebował tego. – Mam na imię Balor, moja przeznaczona. Jestem demonem Kaelara. Nie chciałem cię przestraszyć, skarbie, i zdecydowanie nie chciałem, żebyśmy poznali się w taki sposób – szepnął jej Balor. Jego głęboki, szorstki, złowieszczy głos zniknął w mgnieniu oka. Teraz dało się słyszeć tylko miękki, uspokajający, choć wciąż chropowaty szept.
Mężczyźni w pokoju byli zszokowani. Niesławny Balor, który wymordował tysiące, potwór, którego wszyscy się bali, mężczyzna, który potrafił zabić bez cienia emocji, bez poczucia winy i bez litości, przy swojej przeznaczonej zachowywał się jak gigantyczny, pieprzony pluszowy miś. Valerius uśmiechnął się do siebie pod nosem; nigdy nie przypuszczał, że ktokolwiek zdoła dotrzeć do Balora, a tu po raz kolejny udowodniono mu, że się mylił. Freya była słodkim miodem, którego ta pszczoła morderca potrzebowała, by utrzymać się w ryzach – chwała ci, Księżycowa Bogini.
Z kolei Vance poczuł lekką ulgę. Może Balor go nie zabije, pod warunkiem, że Freya mu wybaczy. Przynajmniej musiał spróbować.
Zanim Freya zdążyła odpowiedzieć Balorowi, Vance się odezwał. – Freyu, tak się cieszę, że tu jesteś! Chciałem porozmawiać z... – Vance'owi przerwał ogłuszający warkot, który mógłby roztrzaskać okna. – Masz się do niej *nie* odzywać! – warknął Balor przez zaciśnięte zęby. Freya tylko przenosiła wzrok z jednego na drugiego. Wtedy wszystko ułożyło się w logiczną całość.
– Więc to było to brzęczenie! To ty! To dlatego, że tu jesteś! – Freya niemal pisnęła, podekscytowana, że znalazła rozwiązanie zagadki. W sekundzie, w której zobaczyła Balora, brzęczenie ustało. Nie wiedziała, dlaczego w ogóle się zaczęło, ale cieszyła się, że dobiegło końca.
– Jakie brzęczenie? – Tym razem odezwał się Valerius, zaintrygowany tą drobną informacją, zapominając, że jego brat przymierzał się właśnie do zarżnięcia Vance'a.
– To więź przeznaczenia, nasze połączenie. Kiedy zostaniemy w pełni złączeni, zmieni się to w cichy szum, niemal tak, jakbyś sam do siebie nucił. Pojawi się tylko wtedy, gdy wyjdę na powierzchnię, a nie będę blisko niej. To po prostu więź, która daje jej znać, że musi do mnie przyjść, „pomóc” mi, jeśli wolisz to tak nazwać. Ty wiesz lepiej niż ktokolwiek inny, Val, że wychodzę na powierzchnię tylko wtedy, gdy jest to absolutnie konieczne. Więc wychodząc właśnie teraz, nasza więź wzywała ją, by mnie odnalazła i uspokoiła. To najlepszy sposób, w jaki potrafię to wyjaśnić – powiedział Balor z lekką irytacją. Chciał zabić tego kutasa za wyrządzenie jego przeznaczonej tak wielkiego bólu, a jednak ludzie ciągle go rozpraszali. A w zasadzie jedna osoba w szczególności. Freya gładziła go jedną dłonią po ramieniu, podczas gdy drugą kreśliła kojące kręgi na jego plecach, zmuszając Balora do zachowania spokoju. Wiedział, że Freya doskonale wie, co robi. Nie chciała, by działał pod wpływem emocji, a on kochał ją za to jeszcze mocniej.
– Balorze, ty już to wiesz, ale mam na imię Freya. Powinnam się odpowiednio przedstawić, skoro to nasze pierwsze spotkanie. – Freya uśmiechnęła się do niego uroczo. Nie chciała go tu zostawiać, by kończył swoje „spotkanie”, więc musiała działać szybko, zanim z powrotem skupi się na Vance'ie. Nie miała żadnego powodu, by słuchać tego, co miał do powiedzenia. Nie obchodziło jej to. Dlatego skupiła całą swoją uwagę z powrotem na swoim dzikim druhu.
– Zabierzesz mnie do domu? Chcę, żebyśmy poszli do domu, proszę?"
















