Balor odwrócił głowę tak szybko, że można by pomyśleć, że zaraz się urwie. Był całkowicie oniemiały. Freya wyglądała na wkurzoną do granic możliwości. Balor nie potrafił powstrzymać cichego chichotu, który wyrwał mu się z gardła. *Dziwki? O jakich ona bzdurach gada??* Kaelar był równie zdezorientowany co jego bestia. Cichy chichot Balora przerodził się w potężny napad śmiechu. Nie potrafił nad tym zapanować.
Z kolei u Freyi gniew powoli mijał. Nawet nie zorientowała się, że po jej policzkach płynęły już łzy. Opuściła głowę. – A w-więc c-ci strażnicy m-mieli r-rację... – ledwie zdołała wykrztusić Freya; wyraźnie było słychać, jak łamie jej się głos.
Balor natychmiast przestał się śmiać. – O czym ty mówisz? Jacy strażnicy? Co strażnicy robili, żeby ci w ogóle przeszkadzać?? – Balor zaczynał lekko panikować. *Kto do kurwy nędzy naopowiadał jej, że mamy dziwki czy chuj wie co!!* Kaelar wręcz kipiał ze złości. Ludzie opowiadali jego maleństwu o nich najróżniejsze kłamstwa! Widok jej łez wcale nie pomagał.
*Co mam zrobić? Ona myśli, że mamy inną kobietę, Kaelar! Nie wiem, co mam robić!* Balor był przerażony tym, co mogłoby się stać, gdyby odmówiła go wysłuchać.
*Powiedz jej prawdę! Zacznij od tego, że nie mamy żadnej innej kobiety, a potem powiedz jej, kim jest Bane! Uspokój się! Powiedziała, że da nam szansę; nie sądzę, żeby tak po prostu uwierzyła jakimś przypadkowym, pieprzonym strażnikom zamiast nam! Po prostu jej to wszystko wytłumacz! I opowiedz jej o łączeniu się w pary u demonów. To powinno pomóc ukoić jej nerwy. Ona jest taka krucha, Balorze. Musimy być jej spokojem. Powiedz jej, ile dla nas znaczy! Błagam...* Kaelar niemal błagał Balora.
*Dobra, dobra, dam radę.* Balor nigdy nie należał do zbyt rozmownych. Zawsze siedział cicho, dopóki nie był potrzebny, ale dla Freyi był gotów wyjść ze swojej strefy komfortu i stać się przeznaczonym, jakiego potrzebowała.
Freya nie odpowiedziała Balorowi, kiedy zapytał o tych strażników. Zupełnie o nich zapomniała, dopóki to wszystko się nie zaczęło. Prawdopodobnie wciąż czekają, aż tamci zakończą swoje spotkanie, które skończyło się z trzydzieści minut temu. Podczas gdy Balor wydawał się zagubiony we własnych myślach, Freya po prostu podeszła do swojej małej kanapy i opadła na nią z ciężkim westchnieniem. Nie chciała myśleć o Kaelarze i Balorze jak o męskich dziwkach, ale nie mogła ich tak naprawdę za to winić, prawda? W końcu są od niej o wiele, wiele starsi. Nie mogła oczekiwać, że po tysiącach lat wciąż będą prawiczkami...
– Nieważne. – To było wszystko, co Freya chciała powiedzieć. Nie miała już nawet ochoty na tę rozmowę.
– Kochanie, posłuchaj, nie ma żadnych dziw... – Balorowi przerwano w połowie zdania.
– Po prostu o tym zapomnijmy, okej?! Nie chcę nic o tym słyszeć! Po prostu wyjdź ze swoim przyjacielem i dzwoń sobie do kogo chcesz. Nie obchodzi mnie to. Po prostu wyjdź, dobrze... – warknęła Freya.
– Przede wszystkim, wysłuchasz każdego mojego cholernego słowa, jasne, moja przeznaczona? Nie mam pojęcia, o czym ty kurwa w ogóle mówisz! Nie ma żadnych dziwek. Nie wiem, kto karmił cię kłamstwami, ale kiedy się dowiem, to, kurwa, wyrwę im gardła. Powiedziałaś, że dasz mi szansę, więc proszę, nie przekreślaj nas. Nie zrobiliśmy niczego złego. Przepraszam, że się roześmiałem; szczerze myślałem, że żartujesz czy coś. Kochanie, ja, nie, my *nigdy* nie byliśmy z żadną kobietą. Nie było nawet ani jednego pocałunku, skarbie. Wszystkie nasze pierwsze razy będą z naszą przeznaczoną, z tobą. Demony nie puszczają się z innymi. My *nie* jesteśmy wilkami. One mają absurdalnie wysoki popęd seksualny i z jakiegoś powodu nie potrafią utrzymać tego swojego gówna w spodniach, dopóki nie spotkają swojej przeznaczonej. Szczerze mówiąc, to żałosne. – Balor przerwał na chwilę, by upewnić się, że Freya słucha. Oczywiście, że słuchała; zawsze słuchała. – Nasza matka spędziła stulecia, obserwując, jak Księżycowa Bogini obdarzała inne stworzenia przeznaczonymi, a potem patrzyła, jak ci przeznaczeni traktowali się nawzajem jak gówno, zdradzając, bijąc i gwałcąc swoich przeznaczonych i innych. Nasza matka przysięgła Księżycowej Bogini, że jeśli kiedykolwiek obdarzy ją przeznaczonym, ona i jej gatunek nigdy nie staną się tacy jak te *kundli*. Zakładam, że Księżycowa Bogini ją usłyszała i przyjęła jej „wyzwanie”. Widzisz, moja miłości, Księżycowa Bogini i nasza matka są siostrami. Ktokolwiek stworzył wszystkich Bogów i Boginie, zadbał o to, by Księżycowa Bogini i Bogini Ognia były bliźniaczkami. Nie wiem dlaczego, ale tak zrobili. W każdym razie, kiedy nasza matka dowiedziała się, że jej siostra zamierza obdarzyć ją i jej lud przeznaczonymi, natychmiast opowiedziała im o wszystkim. Byli tacy podekscytowani. Nawet zanim nasz lud został pobłogosławiony przeznaczonymi, nigdy się nie puszczali. To nie tak nasza matka nimi dowodziła. Oczywiście, niektórzy z nich zakochiwali się na ludzki sposób i zakładali rodziny, ale moja matka głęboko wierzyła w czekanie na prawdziwą miłość, czyli na „przeznaczonych”, i nie oczekiwała od swojego królestwa niczego innego. Oczywiście akceptowała zakochane pary i wspierała je, ale to było, zanim Księżycowa Bogini obdarzyła nas przeznaczonymi. – Balor zaczynał odczuwać ból głowy. Kaelar nie chciał się zamknąć; upewniał się, że Balor opowiada tę historię poprawnie i nie pominie najmniejszego szczegółu. – Mimo że zapewniała, że jej królestwo nigdy nie skrzywdzi swoich przeznaczonych w taki sposób, jak inne stworzenia Księżycowej Bogini, chyba to jej nie wystarczyło. Księżycowa Bogini i tak postanowiła rzucić na nasz gatunek swego rodzaju „klątwę”. Chciała mieć pewność, że sprostamy jej oczekiwaniom. Widzisz, kochanie, my nie możemy sypiać z nikim innym niż z naszymi przeznaczonymi. Kutasom samców nie staje, samice nie mogą się podniecić; nie możemy zrobić niczego ani poczuć niczego seksualnego z nikim innym niż nasza przeznaczona nam osoba. Dla dziewięćdziesięciu pięciu procent naszego gatunku to niekoniecznie jest klątwa, ale dla pozostałych pięciu procent... ci próbują złamać klątwę albo kończą krzywdząc swoich przeznaczonych, po czym umierają. Nie ma odcieni szarości, to po prostu czerń i biel, Freyu. Możemy przyjąć błogosławieństwo od Księżycowej Bogini i prawdziwie kochać naszą przeznaczoną albo cierpieć najbardziej niewyobrażalną śmierć. Owszem, kiedy demony umierają na ziemi, możemy ich wskrzesić w Piekle, ale jeśli zdradzą Księżycową Boginię w ten sposób, umierają na zawsze i nawet ja nie potrafię ich ocalić. Nie żebym chciał mieć tego typu mężczyznę czy kobietę w moim królestwie. – Balor przerwał swoją opowieść, by sprawdzić, czy Freya ma jakieś pytania.
– Och... ja... co... Więc... – Freya nie sądziła, że uda jej się to wszystko przyswoić. Była wręcz zszokowana. Nie miała pojęcia o tej historii; w szkole nigdy ich tego nie uczyli na lekcjach historii istot nadnaturalnych, tak jak powinni. Z pewnością inni o tym wiedzą?
– Czekaliśmy na ciebie ponad dziesięć tysięcy lat, Freyu. *Nigdy* byśmy cię nie zdradzili, *Nigdy* cię nie skrzywdzili. *Nigdy* nie dalibyśmy ci powodu, by nam nie ufać. Jesteś naszym światem, maleńka. Moglibyśmy czekać na ciebie kolejne tysiące lat. Nikt na tej planecie, w całym wszechświecie czy galaktyce, nie jest ważniejszy niż ty. – Balor przez cały ten czas utrzymywał z Freyą kontakt wzrokowy, by wiedziała, że mówi tylko i wyłącznie prawdę. *NIE ZAPOMNIJ JEJ POWIEDZIEĆ, KIM JEST BANE, TY PIEPRZONY PÓŁGŁÓWKU!!* Kaelar wrzeszczał jak rozwścieczona banshee. – I maleńka, Bane nie jest kobietą. Bane to demon. Jest naszym ogarem piekielnym. Chciałabyś go poznać? – Balor zaśmiał się cicho, zauważając malujący się na jej twarzy szok, który szybko przerodził się w zawstydzenie. Była zbyt, kurwa, urocza.
– A może wstrzymasz się z...
*Aaaa!* Freya podskoczyła i spadła z kanapy. Zupełnie zapomniała o tamtym mężczyźnie przy drzwiach. – PRÓBUJESZ PRZYPRAWIĆ MNIE O ZAWAŁ! – Freya starała się uspokoić swoje gwałtownie bijące serce.
Balor nie tracił czasu; zgarnął swoją przeznaczoną w ramiona, wiedząc, że jego dotyk pomoże jej się uspokoić, nawet jeśli był to tylko drobny strach. Nie powstrzymało go to przed posłaniem dawnemu przyjacielowi najgorszego morderczego spojrzenia, na jakie było go stać, a uwierzcie mi – jego spojrzenia mogły zabić.
– Po co tak naprawdę tu jesteś, Brant? – Zarówno Balor, jak i Kaelar zdążyli już zapomnieć, że Brant wciąż tu był.
– Nie zdawałem sobie sprawy, że nasza królowa zdążyła już zamienić cię w wielkiego pluszowego misia, Balorze. – Brant nawet nie próbował ukryć złośliwego uśmieszku, który wykwitł na jego ustach. – To znaczy, tak naprawdę nikt nie potrafi cię oswoić, prawda? Tak zawsze powtarzałeś. „Nikt nigdy nie będzie w stanie mnie kontrolować; nie obchodzi mnie, kim są i za jak *wyjątkowych* się uważają. Nawet moja przeznaczona nie może mnie kontrolować”. Wydaje mi się, że to były twoje dokładne słowa, co? Znaczy się, nie brzmi to aż tak źle, ale nienawiść w twoim głosie, kiedy to wypowiadałeś, była przerażająca. Pamiętam to tak wyraźnie. – Brant doskonale wiedział, co robi; zawsze lubił grać na nerwach Kaelarowi i Balorowi, zwłaszcza w towarzystwie Valeriusa.
– Myliłem się – powiedział spokojnie Balor, już w ogóle nie przejmując się Brantem ani nawet nie zwracając na niego uwagi. Trzymając w ramionach swoje maleństwo, Balor nie mógł mieć w sobie ani krztyny gniewu. Samym, choćby najdrobniejszym dotykiem, sprawiała, że wszystko stawało się lepsze.
Szczęka Branta niemal opadła do samej ziemi. Był pewien, że uda mu się wyprowadzić przyjaciela z równowagi samym swoim pojawieniem się, ale gdy to nie zadziałało, uznał, że próba zawstydzenia go przed jego przeznaczoną z pewnością przyniesie skutek – i po raz kolejny poniósł sromotną porażkę.
Zarówno Balor, jak i Kaelar tylko zaśmiali się w duchu. Zawsze lubili czytać w myślach innych. Oczywiście, już nigdy nie czytaliby w myślach Freyi bez jej zgody; czuli, jak bardzo się zdenerwowała, kiedy czytali w jej umyśle podczas jazdy samochodem do domu tuż po ich pierwszym spotkaniu, i nie chcieli, by kiedykolwiek więcej czuła się w ten sposób. Chcieli, by ufała im bezgranicznie.
Brant wciąż błądził w swoich własnych myślach, obserwując zachowanie Balora przy swojej przeznaczonej. To był naprawdę niezwykły widok. Wielka, zła, przerażająca bestia została oswojona. To było wprost niewiarygodne.
– Przepraszam, że porzuciłem ciebie i Vala... Chcę tylko wrócić do domu. Nie byłem gotów na całą tę odpowiedzialność, ale teraz jestem. Zbyt długo mnie nie było. Chcę z powrotem mojego stanowiska twojego kapitana. – Brant powiedział to pewnym głosem.
Balor nawet na niego nie spojrzał. – Zostałeś zastąpiony."
















