Freya była po prostu cichą, *bezwilczą* dziewczyną, która usiłowała jakoś przetrwać życie. Odkąd 10 lat temu zginęli jej rodzice, jej los nie należał do łatwych.
(***10 lat temu***)
Słońce stało wysoko na niebie i przyjemnie grzało. Idealny dzień na to, by Garrick zabrał swoje dziewczyny na polanę na lunch! Obserwując, jak jego przeznaczona i mała córeczka pakują kosz piknikowy, nie potrafił powstrzymać uśmiechu. Czuł się najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Zawsze pragnął mieć rodzinę i być dobrym ojcem. Myślał, że odnalezienie ukochanej było najlepszym dniem w jego życiu, aż do chwili, gdy na świat przyszła jego mała księżniczka, Freya. Owinęła sobie tatę wokół palca. Wiódł ze swoimi dziewczynami najszczęśliwsze, niemal idealne życie, a ten dzień również miał być doskonały. Dzisiaj przypadały 8. urodziny Freyi, a jaki jest lepszy sposób na świętowanie, niż wyjście w ich ulubione miejsce – na polanę!
Po dotarciu na miejsce Garrick rozłożył koc i zaczął przygotowywać jedzenie, spoglądając, jak Freya biega po trawie, zbierając kwiaty z najszerszym uśmiechem na twarzy. Pozwoliwszy jej trochę poszaleć, Garrick w końcu ją zawołał, aby mogli zjeść. Dokładnie tak, jak Garrick to sobie wyobrażał, ten dzień był dla jego rodziny perfekcyjny. Kiedy jedzenie układało się im w żołądkach, a oni ułożyli się, by wygrzewać się w słońcu, nagle zawyły syreny alarmowe Watahy Jesionowego Lasu. Mama Freyi natychmiast ją chwyciła, jednak tuż przed tym, nim zaczęli biec z powrotem, usłyszeli warczenie samotników. Samotnicy odcięli im drogę powrotną do domu. Garrick od razu stanął między nimi a swoją rodziną, gotowy do walki. Wiedział, że członkowie jego watahy są w drodze, ale znajdowali się zbyt daleko, by pomóc tu i teraz. Zdawał sobie sprawę, że musi działać szybko, by zapewnić swoim dziewczynom bezpieczeństwo. Kiedy jeden z samotników rzucił się na Freyę i jej mamę, mama Freyi przemieniła się w wilka, gotowa stawić mu czoła, ale zanim samotnik zdążył w ogóle się zbliżyć, stanął w płomieniach... Garrick stał tam, pochłonięty przez ogień. Nie palił go ani nie ranił jego rodziny. Garrick był feniksem, ostatnim ze swojego gatunku. Tylko jego przeznaczona wiedziała, kim jest. Gdy kolejni samotnicy przystąpili do ataku, Freya była zmuszona patrzeć, jak jej rodzice walczą o życie. Utrzymanie płomieni zaczęło wymagać od Garricka zbyt wiele energii, ale to nie znaczyło, że nie potrafił walczyć. Niektórym samotnikom udało się zepchnąć Garricka w głąb zalesionego terenu w pobliżu polany, oddzielając go od rodziny, podczas gdy Freya i jej mama zostały otoczone. W następnej sekundzie samotnicy rzucili się na nie obie; matce udało się skutecznie osłonić Freyę w trakcie walki, ale przypłaciła to życiem.
Na skraju polany rozległo się głośne wycie i pojawił się Alfa Watahy Jesionowego Lasu. Podczas gdy wojownicy przepędzili i wybili pozostałych przy życiu samotników, Alfa ruszył prosto do miejsca, w którym znajdowała się Freya. Płakała, tuląc się do mamy. *Gdzie jest mój tatuś?* – zapytała. Nie powiedział nic, tylko spojrzał w kierunku, z którego nadeszli niektórzy z jego wojowników. Ci jedynie pokręcili głowami; nie mogli znaleźć ani jego, ani samotników. Po prostu rozpłynął się w powietrzu, więc założono, że nie żyje. Gdy wataha zajęła się sprzątaniem bałaganu, Freya została zabrana do szpitala, by upewnić się, że nie odniosła żadnych obrażeń. Wilkołaki miały szybsze zdolności regeneracyjne niż ludzie, ale zyskiwały je dopiero po tym, jak ich wilk dojrzewał i spotykały go w wieku szesnastu lat. Freya miała zaledwie osiem lat, więc musiała przejść badania. Po tym, jak otrzymała zgodę na powrót do domu, Alfa miał wobec niej inne plany. Natychmiast zrzucił winę na Freyę, twierdząc, że to z jej powodu tam byli. Gdyby nie poprosiła, by udać się tam na jej urodziny, Garrick wciąż by żył. Garrick był jego najlepszym przyjacielem, a on właśnie go stracił. Swoją furię wyładował na Freyi.
Zaledwie tydzień zajęło umieszczenie Freyi w sierocińcu. Wataha Jesionowego Lasu wykluczyła ją przez plotki rozsiewane przez ich alfę – plotki głoszące, że to z jej winy zginęli jej rodzice. Freya miała dopiero 8 lat, nie rozumiała, dlaczego wataha zaczęła jej nienawidzić czy obwiniać o morderstwo rodziców. Zupełnie tego nie pojmowała. Gdy tylko alfa znalazł watahę, która zechciała ją przyjąć, natychmiast ją odesłał, lecz nie zanim zdążył opowiedzieć alfie Watahy Półksiężyca, co zaszło. Alfa Vance zgodził się przyjąć Freyę do swojego stada i pozwolił sierocińcowi wziąć ją pod opiekę, choć w głębi duszy nie wierzył w rewelacje Watahy Jesionowego Lasu. Z drugiej strony, nie powstrzymał zbytnio swojej własnej watahy przed obróceniem się przeciwko niewinnemu dziecku.
Freya po prostu coraz bardziej pogrążała się w zagubieniu...
(***Dwa lata przed jej 18. urodzinami***)
Freya dorastała w sierocińcu. W ramach zapłaty za możliwość pozostania w Watasze Półksiężyca, musiała gotować dla mieszkańców domu watahy oraz sprzątać i szorować wszystkie łazienki oraz sypialnie w budynku. Do tego była fatalnie traktowana. Wszyscy członkowie watahy traktowali ją jak śmiecia. Oni również obwiniali ją za śmierć jej rodziców; robili to wszyscy, więc Freya czasami im wierzyła. W końcu nadal by żyli, gdyby nie chciała świętować swoich urodzin, prawda?
"Nie." – pomyślała Freya, jej rodzice nigdy by jej o to nie obwinili. Była zaledwie dzieckiem i nie powinna ponosić za to winy. Freya po prostu pracowała dalej i skupiała się na szkole, każdego dnia znosząc znęcanie się i wszystkie groźby. Była lepsza niż to wszystko i któregoś dnia tego dowiedzie.
Kilka dni po 16. urodzinach Freyi, z prędkością pożaru rozeszła się wieść, że dziewczyna nie przemieniła się w swojego wilka. *Ona jest bezwilcza! Jakie to obrzydliwe!* – szeptała jedna dziewczyna do drugiej. *Jak Alfa Vance mógł pozwolić komuś takiemu jak ona zostać w naszej watasze?* *Przynosi hańbę temu stadu! Pokazuje wszystkim, jak bardzo jesteśmy słabi!* Plotki rzecz jasna krążyły po całej szkole. To liceum, dlaczego miałyby się nie roznosić. Gdy tylko Alfa Vance i dyrektor sierocińca dowiedzieli się, że nie posiada wilka, wyrzucili ją. Myślała, że we własnej watasze wyląduje na bruku, ale dostrzegło to pewne starsze małżeństwo. Ulitowali się nad nią i pozwolili jej zamieszkać w swoim garażu. Stał oddzielony od domu i już wcześniej został przerobiony na coś w rodzaju mieszkania, co w zupełności wystarczało Freyi, dopóki nie uzbiera funduszy, by wyprowadzić się poza granice watahy. Może dostałaby posadę na zamku; Wataha Półksiężyca leżała na terytorium królestwa. Po skończeniu szkoły mogła więc spróbować znaleźć tam zatrudnienie. Freya wciąż powtarzała sobie w duchu: jeszcze tylko dwa lata i nie będzie musiała więcej słuchać Alfy Vance'a!
(***teraźniejszość***)
Freya obudziła się z szaleńczo bijącym sercem i w czystym przerażeniu. Nie chciała dzisiaj iść do szkoły. To były jej 18. urodziny, co oznaczało, że wszyscy w liceum będą się dziś nad nią znęcać. Zwykle zresztą to robili na co dzień: dręczyli ją, wyzywali od najgorszych, obwiniali o śmierć jej rodziców, ale to w jej urodziny napadali na nią w najmniej oczekiwanych momentach i nie przestawali, dopóki Corbin lub któryś z nauczycieli ich nie przyłapał.
Corbin był synem Alfy Vance'a i jako jedyny nie zamieniał jej życia w piekło. Nigdy nie obwiniał jej za śmierć matki i ojca, bez względu na to, co mówili wszyscy inni. Miała tylko 8 lat! Co więcej, nikogo z tej watahy, wliczając w to jego samego, tam nie było, więc jakim prawem śmieli w ogóle wyrażać na ten temat opinię? Dlatego starał się pomagać Freyi, kiedy tylko mógł. W tym trzymał się blisko niej w dniu jej urodzin, doskonale wiedząc, co miało w zwyczaju się dziać. Nie był jeszcze Alfą, więc nie miał prawa rozkazać im przestać. Freya zdawała się nawet nie zauważać, jak bardzo mu na niej zależało. Mając świadomość, że nie są sobie przeznaczeni, nie zwracała na niego uwagi. Nie zależało jej na nawiązywaniu tu żadnych przyjaźni, bo nie planowała zostać w tej watasze. Zostało jej tylko 6 miesięcy szkoły i będzie mogła stąd w końcu odejść!
"Słyszałam, że jest potworem, zabija dla samej przyjemności. Jakie to przerażające!"
"A nasz Król tak po prostu pozwala mu wkraczać na nasze terytorium!"
"Słyszałem, że zjednoczyli dwa królestwa! Że teraz on również będzie naszym królem!"
"Z trudem przyszło nam zaakceptować Księcia Malachaia jako jego zastępcę i Generała Vossa, a teraz oczekuje od nas akceptacji całego królestwa ich gatunku?!"
Freya słyszała tylko coraz więcej rozmów o jakimś szalonym królu demonów włóczącym się po terytorium. Doszły ją nawet słuchy, że zdecydował się zjednoczyć królestwa tylko i wyłącznie dlatego, że znalazł swoją przeznaczoną i chciał wszystko jej ułatwić. Freya uznała, że to całkiem urocze i romantyczne. Zwłaszcza u kogoś takiego jak Król Piekła, którego postrzegano jako potwora uwielbiającego jedynie rozlew krwi; że potrafił już ukazywać światu swoje zupełnie odmienne oblicze.
Dzień mijał nieubłaganie i nadeszła pora na lunch, jednak oczywiście Freyi nie wolno było wejść do szkolnej stołówki. Była zbyt chuda, jadła jedynie kolacje, ponieważ na to tylko mogła sobie pozwolić – na jeden posiłek dziennie. Zazwyczaj podczas lunchu zostawała więc po prostu na korytarzu, wkuwając do lekcji, jednak ten dzień miał okazać się inny i odmienić całe jej życie.
~ ~ ~
"Bracie, jesteś pewien, że twoja przeznaczona tu jest?" Valerius miał już serdecznie dość przebywania w otoczeniu tych wszystkich wilków, a teraz Kaelar zmuszał go jeszcze do wejścia do budynku pełnego napalonych nastolatków. Valerius dobrze wiedział, że jest przystojny. Przy wzroście sześciu stóp i dziewięciu cali, w brudnym blondzie na głowie, o jasnoniebieskich oczach i muskulaturze, na którą można było patrzeć godzinami, kobiety zawsze rzucały mu się na szyję, a on nienawidził z tego każdej sekundy. Czekał na swoją przeznaczoną. Nawet gdyby to miało potrwać kolejne tysiąc lat, zamierzał czekać. Tak właśnie wychowano jego i jego brata.
Kaelar tylko cicho zachichotał; czytając w myślach brata, nie mógł nie uznać go za zabawnego.
Gdy Darius podjechał autem pod szkołę, Kaelar nie potrafił usiedzieć w miejscu. Czuł ją, wyczuwał jej obecność... i czuł też, że grozi jej niebezpieczeństwo! Z jego gardła wydobyło się przeszywające warknięcie, po czym wystrzelił z samochodu z facetami depczącymi mu po piętach.
Kaelar omal nie wyrwał głównych drzwi do szkoły z zawiasów. Kiedy znalazł się w środku, na ułamek sekundy zamarł w bezruchu; nie mógł uwierzyć własnym oczom! Jak Darius mógł pozwolić na coś takiego na swojej warcie!
Wszyscy zamarli, kiedy usłyszeli najbardziej przerażające, mrożące krew w żyłach warknięcie, jakie kiedykolwiek mogliby sobie wyobrazić, w dodatku skierowane prosto na nich.
















