Valerius westchnął. Nie miał ochoty nikomu niczego, kurwa, wyjaśniać. – Niebieska otchłań tak naprawdę nie jest niebieską otchłanią. To raczej gigantyczny, okrągły basen z czarną wodą, w której pływają małe, niebieskie szafiry... z tą różnicą, że kiedy podejdziesz bliżej, zdajesz sobie sprawę, że woda to tak naprawdę ogień, a te małe niebieskie szafiry to potępione dusze płonące przez wieczność. – Valerius wzruszył ramionami. – Poza tym nie mam pojęcia, dlaczego dusze robią się niebieskie, skoro ogień jest czarny... Chyba Balor postanowił być kreatywny. – Powiedziawszy to, Valerius posłał Vossowi spojrzenie dające mu do zrozumienia, że uważa tę rozmowę za zakończoną.
– To nieco przerażające – wymamrotał pod nosem Alfa Vance.
– Nawet nie masz pojęcia – odezwał się Kellan.
– Powinniśmy iść. Najwyraźniej to spotkanie będzie musiało zostać dokończone innym razem. Przekażę informacje, które mi podałeś, Kaelarowi i zobaczymy, co z tym zrobimy. Miejmy po prostu nadzieję, że w to uwierzy. Może i potrafię wyczuć, gdy ktoś kłamie, ale to nie oznacza, że Kaelar, a w tym przypadku Balor, musi w to uwierzyć. Lepiej się módl, żeby Freya przekonała go, by cię oszczędził. Tym razem udało jej się odwrócić jego uwagę, ale nie zawsze będzie w jego pobliżu. – Valerius udzielił Vance'owi uczciwego ostrzeżenia. Nie chciał, by ten człowiek zginął; nawet jeśli był winny zaniedbania członka watahy, nie zasługiwał za to na śmierć... Nawet jeśli ten członek watahy został jego przyszłą Królową. Jeśli Freya chciała zostawić przeszłość za sobą, Valerius ją w tym wspierał.
– Nie potrafię zdecydować, czy potrzebuję cholernie długiej drzemki, czy dwudziestu kieliszków tequili – zachichotał Valerius, gdy razem z Kellanem wracali do swojego skrzydła w zamku.
– Ja obstawiam i to, i to, bracie! – powiedział z ekscytacją Kellan. – Upijmy się, a potem padnijmy nieprzytomni w gabinecie Dariusa. Jeszcze go nie terroryzowaliśmy! – pomyślał głośno Kellan.
– Ooo, no dobra, chodźmy! – Valerius był gotowy pokazać Dariusowi, dlaczego Kaelar trzymał swojego *młodszego braciszka* na krótkiej smyczy.
Darius nawet nie będzie wiedział, co go uderzyło!
~ ~ ~
Dotarcie do małego garażu zajęło Freyi i Balorowi zaledwie dwie minuty. Droga z jej domu do zamku była dość krótka, ale zlokalizowanie zamku na terytorium watahy Crescent Moon oznaczało, że dosłownie wszyscy widzieli, jak ciągnie ze sobą do domu Króla Piekieł. Freya widziała te wszystkie mordercze, zawistne, a potem zazdrosne spojrzenia. Freya oczywiście je zignorowała; była przyzwyczajona do wszelkich spojrzeń, głównie tych pełnych nienawiści, ale mimo wszystko była do nich przyzwyczajona.
Z kolei Balor był całkowicie nieświadomy tych wszystkich spojrzeń. Widział tylko swoją najdroższą maleńką przeznaczoną, która zabierała go do domu. Niemal jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Balor całkowicie zapomniał o Alfie Vance'ie i spotkaniach. Cała jego uwaga skupiała się na Freyi i nie zamierzał tego zmieniać.
*Teraz już wiesz, dlaczego zachowywałem się tak, a nie inaczej* – powiedział Kaelar do Balora w ich umyśle.
*Ona jest, kurwa, idealna. Nasza przeznaczona, nasza Królowa, ona jest wszystkim, Kaelar. Jak myśmy do cholery przetrwali wcześniej? Bez niej?* – odszepnął Balor.
*Nie wiem, ale to teraz bez znaczenia; jest tu z nami i na tym się skupimy.* Kaelar postanowił pozwolić Balorowi nacieszyć się czasem z ich przeznaczoną; wycofał się nieco, by Balor mógł spędzić czas z Freyą, ale nie odszedł zbyt daleko na wypadek, gdyby go potrzebowali.
Balor został wyrwany ze swoich myśli, kiedy usłyszał trzaśnięcie drzwi. Zdał sobie sprawę, że byli w domu, a Freya gorączkowo zamykała drzwi na klucz.
– Co robisz, skarbie? – Balor zmarszczył brwi. Wiedział, że nikt ich nie śledził; może i skupiał się na Freyi, ale nigdy nie opuściłby gardy. Zwłaszcza gdyby oznaczało to, że jego przeznaczona może być w niebezpieczeństwie.
Freya całkowicie go zignorowała, podbiegła do swojego zaciemnionego okna i wyjrzała na zewnątrz; dokładnie tak, jak się spodziewała, sąsiedzi i inni członkowie watahy szeptali do siebie i wskazywali palcami prosto na jej mały domek.
Z głośnym sapnięciem i skrzywioną miną Freya klapnęła na swoją pufę.
– Czy to naprawdę taki wielki problem, że ludzie widzą nas razem... w-wstydzisz się mnie jako swojego przeznaczonego...? – wyszeptał Balor.
Freya nie przeoczyła bólu w jego głosie. – Oczywiście, że nie! Po prostu nie jestem gotowa, by zostać królową... Przez ostatnie dziesięć lat starałam się być niewidzialna, a teraz już nie jestem. Ludzie pomyślą, że jestem jakąś zdzirą, która cię uwiodła, albo ci, którzy mają odrobinę oleju w głowie, zorientują się, że jesteśmy przeznaczonymi. Po prostu nie chcę być w centrum uwagi w szkole. Będą się nade mną jeszcze bardziej znęcać i/albo wszyscy będą chcieli być moimi przyjaciółmi. Nie chcę mieć z tymi ludźmi nic wspólnego. Chciałam tylko nie rzucać się w oczy, dopóki nie skończę szkoły, a potem wykrzyczałabym ze szczytu Mount Everestu, że jesteś mój – powiedziała Freya. – Nigdy bym się ciebie nie wstydziła. Może i jesteś dzikim kotem, ale jesteś moim dzikim kotem i ja... ja cię kocham.
Balor siedział spokojnie na ich łóżku, słuchając każdego jej słowa, ale zupełnie stracił głowę, kiedy powiedziała, że go kocha. W jednej sekundzie tam był, a w następnej unosił Freyę w powietrze z ramionami owiniętymi wokół jej talii, kręcąc z nią w kółko. – Ja ciebie też kocham, kochanie. – Balor uśmiechał się od ucha do ucha. Większość ludzi powiedziałaby, że to za wcześnie na wyznanie miłości, ale w ich świecie było to całkowicie naturalne.
– Poza tym, jestem raczej dziką bestią. Nie ma we mnie nic z kota! – Balor prychnął, sadzając Freyę na łóżku.
– Mruczysz. – To było wszystko, co Freya musiała powiedzieć, by zamarł w bezruchu. – Tak też myślałam, kocurku. – Freya uśmiechnęła się złośliwie, wiedząc, że wygrała tę bitwę, zanim w ogóle się zaczęła.
– Kociaku? – Balor spojrzał w dół na swoją przeznaczoną i odezwał się głębokim, chrapliwym głosem, zmuszając Freyę do głośnego przełknięcia śliny. – Czy ja wyglądam na maleńkie, miękkie, urocze małe stworzonko, kochanie? To brzmi bardziej jak ty, prawda, słodki pyszczku? – Balor utrzymał ten sam chrapliwy ton głosu, wiedząc, jakie wywiera na niej wrażenie.
– T-to b-brzmi t-tro-trochę j-j-jak j-ja... T-ty z-zdecydowanie n-n-nie j-jesteś ko-kociakiem... – Freya znowu zaczęła się głupio jąkać.
– Więc kim w takim razie jestem... kociaku? – Balor szeptał jej teraz do ucha z dzikim, szelmowskim uśmiechem na ustach. Nie wiedział, że potrafi ją tak nakręcić. Kiedy odchylił się, by na nią spojrzeć, zauważył, że marszczy brwi. Freya spojrzała na niego z wyraźnym zmieszaniem w oczach.
– To czyni mnie bestią. Bestią, która chce cię zje... – Balorowi przerwało głośne pukanie do ich drzwi.
Balor wydał z siebie niski pomruk. Już był wkurzony na tego, kto do cholery zakłócał jego czas z przeznaczoną. Ze złością podszedł do drzwi, gotów odstraszyć tę osobę, dopóki nie poczuł, jak te niesamowite, ogniste iskry ogarniają jego dłoń. Spojrzał w dół i zobaczył Freyę, która splatała swoje palce z jego. Podniosła wzrok, by spotkać się z nim spojrzeniem, i posłała mu po prostu najłagodniejszy, najsłodszy uśmiech. Balor czuł, jak znowu całkowicie mięknie.
Po kolejnym pukaniu do drzwi Balor, o dziwo, otworzył je w spokojny sposób. Nie powstrzymało to jednak gniewnego grymasu od pojawienia się na jego twarzy.
– Co *ty* tutaj robisz? – zapytał Balor z ogromną niechęcią.
– Przyszedłem zobaczyć naszą przyszłą królową. – To wszystko, co odpowiedział nieproszony gość ze słodkim uśmiechem, patrząc na Freyę.
Balor natychmiast stanął przed Freyą, osłaniając ją przed nim. – Usmażę cię żywcem, zanim pozwolę ci ją, kurwa, poznać! Spierdalaj, zanim poszczuję na twój żałosny tyłek Bane'a!
Mężczyzna wyraźnie przełknął ślinę na wzmiankę o Banie. Bane był ogarem piekielnym Kaelara i Balora. Wyszkolili go tak, by w walce był absolutnie bezwzględny. Nie okazywał litości. Podczas gdy dla większości ludzi wyglądał jak zwykły owczarek niemiecki o jasnobrązowym tułowiu i całkowicie czarnej głowie, jego postać ogara piekielnego była czymś, czego nie można było sobie wyobrazić nawet w najśmielszych snach.
– Nie jestem tu, by sprawiać kłopoty, Kaelar. Chcę to naprawić i wrócić do domu. Teraz, gdy znalazłeś naszą królową, wszystko się ułoży. – Natychmiast ukrył swój strach i próbował pokazać Kaelarowi, że przybył w dobrych zamiarach i nie ma zamiaru wyrządzić krzywdy.
– Nie jestem Kaelarem – powiedział Balor, pozwalając, by jego oczy na powrót przybrały głęboki czerwony kolor.
Freya, zazwyczaj nieśmiała, cicha i uległa, marszczyła brwi, robiąc się coraz bardziej poirytowana. Mimo że poznała Kaelara niecały tydzień temu, już czuła, jak bardzo zmieniło się jej nastawienie i osobowość. Nie bała się już ludzi w takim stopniu jak kiedyś, ale teraz tych dwóch mężczyzn rozmawiało o niej tak, jakby w ogóle jej tam nie było. *A tak w ogóle, to kim do cholery jest Bane! Pewnie kolejną z jego „dziwek”.* Freya próbowała odgonić tę myśl. Nie powinna pozwalać, by to, co powiedzieli tamci strażnicy, zaprzątało jej głowę, ale oczywiście poniosła sromotną porażkę i zanim zdołała zapanować nad własnym językiem...
– KIM DO KURWY NĘDZY JEST BANE? CZY TO JEDNA Z TWOICH DZIWEK?! – wrzasnęła Freya. Wyszło to o wiele głośniej, niż się spodziewała.
















