Po prostu tu leżę, wpatrując się w najohydniejszą rzecz, jaką kiedykolwiek widziałem na oczy... Nie wierzę, że naprawdę spałem z tym czymś owiniętym wokół mnie. Czułem się wręcz odarty z męskości; jestem na litość boską Królem Piekła, a jednak leżę tu, w tym właśnie. Jedynym pocieszeniem tego wszystkiego był widok mojej pięknej, małej przeznaczonej, która była we mnie głęboko wtulona. Niezależnie od tego, jak bardzo nienawidziłem tego odrażającego koloru, nie zamierzałem przy niej narzekać. Kiedy wypatrzyła w sklepie tę pościel, posłała mi tylko to swoje jedyne spojrzenie i momentalnie we mnie stopniał lód. Z tym spojrzeniem mogła dostać absolutnie, do kurwy nędzy, co tylko by zechciała. Cokolwiek pragnęło jej małe serduszko, po prostu jej to sprezentuję. *Po prostu nienawidzę różowego koloru.*
~ ~ ~
"Jak ci mija życie u boku przeznaczonej? Mam się niedługo spodziewać bratanicy lub bratanka?" – zagadnął Valerius, posyłając mu mrugnięcie okiem.
"Czy możesz się skupić na tym spotkaniu, Val? Pod żadnym pozorem nic nie ma prawa tu dzisiaj nawalić. Nasze królestwo potrzebuje tego w równym stopniu, co królestwo Dariusa. Te jego całe zgraje zadufanych w sobie alf to niepotrzebne drzazgi pod paznokciami, gdyby coś miało się im nie spodobać, a nie uśmiecha mi się na tę chwilę eksterminować żadnego z nich na rzecz pomyślnego finiszu integracji królestw." – wyłożył z naciskiem w ich wewnętrznym połączeniu braterskim Kaelar. "Nie żeby to była w ogóle twoja sprawa, ale życie w parze jest bezbłędne, Freya to ideał chodzący po ziemi, i z uprzedzeniem – nie, zero siostrzenic czy bratanków, dopóki w ogóle o to pytasz. Nie zaliczamy się do gatunku pchlarzy na dwóch łapach i powstrzymujemy wędzidło pożądania do momentu rytualnego powiązania. Zatem spuść z tonu i z łaski swojej, cichosza." – zripostował warcząc w jego myślach władca piekieł.
"Zapytałbym, co ci weszło w tyłek, ale pewnie siedzą tam jakieś kawałki różowych prześcieradeł, co?" Valerius wręcz wybuchł rubasznym rechotem i złapał z tego tytułu wściekłe spojrzenie od swojego mrocznego bliźniaczego potwora. *Kaelar zawsze był gościem zanurzonym w czarnych jak heban odmętach stylizacji mrocznych dusz.* – spuentował dla samego siebie Val i przełknął resztę drwin.
"Gdybyś nie był moim bratem, spuściłbym ci taki wpier..." – tyradę Kaelara ucięło wejście króla Dariusa w towarzystwie jego lojalnych *sługusów*.
"Kaelarze, to jest Alfa Vance. Sprawuje zarząd nad watahą Crescent Moon... to jest nad Watahą Półksiężyca. Przejął rangę przywódczą niedługo przed momentem przydzielenia terenów wokół zamku za panowania mojego ojca, Króla Alarica. Słynie z wybitnego prowadzenia sfory i kultywowania lojalności swoich pobratymców. Odegrał też znaczącą rolę i spory zaszczyt w wyłożeniu kwestii zgody na wasze zaproszenie podczas ostatecznych wieców dla liderów klanów wilkołaczych." – zadeklarował oficjalnie Darius.
"Wspaniały i zawsze stawiający członków swojej watahy na pierwszym miejscu, hę?" – uśmiechnął się cynicznie Valerius.
"Czy jest jakiś problem, o którym nie wiem, Valeriusie?" Darius spojrzał surowo i uniósł wymownie brew.
Valerius skierował spojrzenie w stronę brata, chcąc zobaczyć u niego jakąś cichą odpowiedź w tym względzie. Kaelar wysłał w zamian lekki grymas na twarzy i odpowiedział krótko: "Na razie nie, ale przejdziemy do tego w dalszej części spotkania, kiedy wysunę swoje nowe żądania."
"Nowe żądania? Kaelarze, czy wszystko w porządku?" Dariusa dopadł niespodziewany zgrzyt niepokoju. Jeszcze parę dób wcześniej wszystkie rokowania w kwestii fuzji ziem układały się pomyślnie. Co do cholery uległo takiemu zawirowaniu w umyśle króla piekieł w przeddzień podpisania unifikacji?
~ ~ ~
"CO TO KURWA ZNACZY, ŻE NIE ZJEDNOCZYSZ KRÓLESTW, JEŚLI NADAL BĘDĘ ALFĄ?!" Alfa Vance odchodził od zmysłów. Kaelar dawał mu w kość na każdym kroku trwającej narady, a teraz na sam koniec wymusił na nim degradację stanowiska! "Chyba straciłeś pieprzony rozum, jeśli myślisz, że tak po prostu zrezygnuję z mojego tytułu! Nie tylko jest to moje prawo z urodzenia, ale zapieprzałem jak wół, żeby udowodnić swoją wartość, i nie pozwolę, by jakiś zadufany w sobie chuj myślał, że może tu wejść i mi to odebrać!" – zawył Alfa Vance w kierunku oprawcy.
"Pilnuj swojego pieprzonego języka, kiedy mówisz do mojego Króla, *kundlu*." – wycedził złowrogo ze swoich czeluści Kellan, Kapitan drużyny Pierwszej Gwardii u Kaelara, a zarazem jego niezawodny obrońca i przyjaciel, z gotowością rozerwania wilka na strzępy.
"*Kundlu!* Chcesz zjednoczyć królestwa, a jednak ta twoja *pijawka dusz* nie potrafi nawet zwrócić się do mnie po imieniu! Już widzę, jak uroczo to wszystko będzie wyglądać!" – Vance uderzył kpiąco ze śliną skierowaną wprost przed lico samego oskarżonego.
Przedstawione zaczepki niczym nie zaimponowały i nawet na krztę nie uraziły Kaelara. "Cóż, w takim razie widzę, że to faktycznie była kompletna strata czasu. Zresztą już nie potrzebuję, by doszło do tego zjednoczenia." Blef poszedł całkowicie gładko i bez zająknięcia, twarz mrocznego króla pozostała zimna jak głaz. Po Dariusie momentalnie przemaszerował lodowaty pot spięcia, natomiast u porywczego alfy zawisła przerażająca szarość zgorszenia. Kaelar miał pełną wiedzę na temat wizerunku i uderzył wręcz bezwzględnie w najsłabsze ogniwo. "Cóż, jak zawsze, Królu Dariusie, to była przyjemność. Dziękuję za to, że pozwoliłeś mi wprowadzić się do zamku i że mogliśmy nazwać go naszym domem. Z ciebie prawdziwy dżentelmen i Król, ale będziemy już iść." – zacytował oschłą formułkę na odchodne podnosząc się bezwiednie z siedziska.
"Zaczekaj!" – wyrwało się z panicznego gardła wilkołaka. "Dlaczego chcesz, abym ustąpił z tytułu? I to po to, by przekazać go mojemu dziedzicowi tak wcześnie? Nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy, więc dlaczego tak bardzo mnie nienawidzisz?" Przecież sam tak niebywale dopingował unię królestw, łudząc się bezpieczeństwem powierniczki z Piekła. Jedna z jego córek, jako oblubienica kogoś z niższych kast demonicznych, nie mogła liczyć na pobłażliwe egzystowanie poza jego plecami.
Podstępny uśmiech przemknął po krawędziach ust Kaelara, na chwilę przed powolnym odwróceniem głowy i zmierzeniem rywala na chłodno. "Moja przeznaczona, znasz ją." To był ledwie lakoniczny komunikat z ust demona.
Pod wpływem nagłego impulsu do głowy Vance'a wpłynęły lawinowe skojarzenia w związku ze wszystkimi wilczycami, jakie przetasował. Jego młode dziedzictwo wynikało czysto z wyrachowanego rozrodczego planu zabezpieczenia stanowiska po przedwczesnej utracie tytułu przy braku stałej więzi u boku; ojciec z przyjemnością obsadziłby w tym fotelu brata Vance'a. Syn o imieniu Corbin to zasługa naprędce wyszukanej wilczycy. "Przepraszam, Kaelarze, ale tak naprawdę nie możesz mnie winić za potrzeby twojej przeznaczonej, zanim cię w ogóle poznała. Wiesz, że wilki mają wysoki popęd seksualny i chociaż niektóre potrafią zachować dziewictwo do momentu odnalezienia przeznaczonego, inne nie. Jeśli ma to jakieś znaczenie, pewnie nawet nie pamiętam, że uprawiałem z nią seks." – wyrzucił naiwnie z udawaną skruchą Vance.
"Ooo, kurwa." – słowa jednocześnie wyślizgnęły się z pysków oszołomionych Kellana oraz Valeriusa.
Macki okrutnego, ciemnego powietrza zdawały się po cichu owijać każdą ze zgromadzonych w pokoju istot, tłamsząc zapas tlenu. Balor naparzał z rykiem o wypuszczenie na wolność do wymierzenia kary. Kaelar szarpnął zębami. "Nie pieprzyłeś mojej przeznaczonej. Gdybyś to zrobił, byłbyś teraz w błękitnej otchłani." – odparł z powagą godną samego stwórcy, ale dawka kwasu na jego języku dosłownie cięła powietrze na kawałki.
"Więc w czym kurwa leży prob..." – wtrącił zadufany alfa, lecz urwano ten cyrk brutalnie.
"Nazywa się Freya." Zmiana rejestru w ułamku sekundy stała się namacalna. Ten wtręt nie wypłynął z gardła Króla piekieł, to Balor wywalczył swoje wystąpienie u sterów.
Vance w tym momencie przeistoczył się w bezbarwną statuę. Szok pozbawił go w ogóle barw istnienia. Z tyłu spetryfikowanej głowy uderzyły go w sekundę lawiny wczorajszych wieści osiedlowych na temat osieroconej, odrzuconej i pozbawionej własnego wilka ofiary rówieśniczego nękania w środowisku watahy. Uznał wtedy cały ten chaos informacyjny za szczenięcą głupotę o znikomej wadze. Otóż cała ta sytuacja nagle urosła do najpotężniejszego uderzenia, wręcz gwoździa do jego trumny! Zlekceważył jedyną wybrankę samego boga ciemności!
Valerius posmutniał, doskonale obeznany w faktach. Nikt w znanej galaktyce nie mógł już w niczym zahamować Balora przebudzonego do czynów.
~
Z reguły uwielbiał relaksowanie się w otchłaniach i podskórne sterowanie Kaelarem, wiedząc do jakiego szału można go w ułamku sekundy doprowadzić. Świeże połączenie z jedyną przeznaczoną zamieniło jego rezerwy w bezlitosną machinę masowego rażenia w przypadku sprokurowanej jej najmniejszej usterki. Absolutnie nie godził się w swojej dumie i potędze na znieważanie godności swojej ukochanej czy na jakikolwiek uszczerbek prestiżu jego krainy. Pomiatający jego przeznaczoną *alfa*, bezwiednie zaserwował mu bilet na widowisko jego pychy. Nie obchodziły go pożogi całego świata, jeśli przyjdzie mu upuścić krwi pośledniemu wilczurowi. Wszystkich ich traktował jedynie jak nic nieznaczące pionki w jego rozgrywkach, które gotów był puścić z dymem podmuchem jedynej iskry, jeśli mu się to tylko wymarzy.
~
Balor w żadnym wypadku nie miał zamiaru brać jeńców bez krztyny hołdu na rzecz stóp jego ukochanej. Poznał potęgę dzierżonego oręża przez wszystkie lata rządów nad demonami w chaosie piekieł. Brak ukłonu od podrzędnego *kundla* był aktem bezsensownego tchórzostwa. Kaelar szarpał się jak w obłędzie zza powłoki na powrót za kokpit. Pomimo spójnych ciągot brutalnej przemocy u nich obydwu, w Piekle preferował obkładanie cierpieniem bez litości jedynie wybitnie okrutnych i skalanych żywotów za przewinienia i potępienie. Ten tu miał zginąć i posłużyć mu do siania pogromu w bezlitosnej sadystycznej kaźni i terrorze.
"*Alfo* Vance, nie toleruję braku szacunku i *nie* biorę jeńców." – ogłosił demon w wybitnie okrutnej osnowie aury rosnącej z wolna aż do rozmiarów sufitu, tłamsząc zebranych – oczywiście z uwzględnieniem tolerancji samego gospodarza zamku. Demoniczna stopa Kaelara uniosła się nieuchronnie z podłogi w posunięciu w pobliże ofiary przykutego przerażeniem przy stole alfy... Wtem po cichym dźwięku naporu zawiasów na dębowej framudze wyrósł z trudem zauważalny znak odblokowanego otworu drzwiowego. Oczy wszystkich wystrzeliły w tę ustronną stronę pokoju.
Drobne, małe paluszki wsunęły się na krawędź drzwi, a równie drobna sylwetka nieśmiało wślizgnęła się do środka.
"C-co tu s-się d-dzieje..?" – Freya była tak przerażona, że nie potrafiła powstrzymać jąkania.
















