W niespełna trzy minuty stworzyłam na swoim laptopie kompletny system bezpieczeństwa, wyposażony w nadajniki GPS osadzone zarówno w moim telefonie, jak i w komputerze, a do tego wielowarstwową zaporę ogniową, której pozazdrościłaby większość agencji rządowych.
Max obserwował w osłupiałym milczeniu, jak kilkoma szybkimi naciśnięciami klawiszy finalizowałam system.
– To... niemożliwe – wydukał w końcu, poprawiając okulary. – Właśnie zbudowałaś całą strukturę zabezpieczeń w kilka minut. Profesjonalnym zespołom stworzenie czegoś takiego zajęłoby całe dni.
Wzruszyłam ramionami, uruchamiając ostatnią diagnostykę. – To niezbyt skomplikowane, kiedy zrozumie się architekturę.
– Nieskomplikowane? – Głos Maxa załamał się z niedowierzania. – Właśnie zakodowałaś lokalizatory, zaszyfrowane protokoły uwierzytelniania i coś, co wygląda na zaporę klasy wojskowej szybciej, niż większość ludzi potrafi wpisać swoje imię!
Pozwoliłam sobie na cień uśmiechu. W moim poprzednim życiu jako Cień i hakerka znana tylko jako X, tworzyłam systemy, które potrafiły odeprzeć najbardziej wyrafinowane ataki rządowe. W porównaniu z tamtym, to była dziecinna igraszka.
– Mogę cię nauczyć, jeśli jesteś zainteresowany – zaproponowałam, zauważając jego intensywne skupienie.
Jego głowa wystrzeliła w górę, a oczy rozbłysły ekscytacją. – Poważnie? Nauczyłabyś mnie, jak to robić?
– Masz do tego głowę – powiedziałam, zamykając laptopa. – Ale najpierw jedzenie. Umieram z głodu.
---
Restauracja hotelowa lśniła polerowanym marmurem i kryształowymi żyrandolami. Kelner w nienagannie wyprasowanym mundurze podszedł do naszego stolika, z namaszczeniem prezentując butelkę czerwonego wina.
– Château Margaux, rocznik 2009, zgodnie z życzeniem, proszę pani – oznajmił.
Wzięłam zdawkowy łyk, po czym odstawiłam kieliszek. W poprzednim życiu wyrobiłam sobie wyrafinowane podniebienie do szlachetnych win – była to umiejętność niezbędna do infiltracji imprez z wyższych sfer. Ale to ciało miało siedemnaście lat, a alkohol tylko spowolniłby mój refleks.
Przez cały posiłek zauważałam, że Max mnie obserwuje – nie tylko to, co jadłam, ale jak to jadłam. Sposób, w jaki trzymałam nóż, kąt nachylenia nadgarstka, gdy podnosiłam szklankę z wodą. Wszystkie te wyrafinowane maniery, które przyswoiłam sobie przez lata głośnych zabójstw, były teraz w pełni widoczne.
– Wydajesz się tutaj inna – powiedział w końcu między daniami. – Jakbyś... pasowała do takiego miejsca.
Uniosłam brew. – I to cię dziwi?
– Cóż, tak. Dorastaliśmy, jedząc obiady z mikrofalówki na papierowych talerzach.
Max męczył się z mnogością sztućców, sięgając po niewłaściwy widelec, po czym szybko go odkładał, widząc, że ja używam innego. Jego policzki zapłonęły wstydem.
– Nigdy wcześniej nie jadłem w miejscu, gdzie jest więcej niż jeden widelec – szepnął.
– Przyzwyczaisz się – zapewniłam go.
Kelner podszedł z rachunkiem, dyskretnie kładąc skórzane etui obok mojego talerza. Otworzyłam je bez wahania, ale Max pochylił się, ciekawość wzięła górę. Szczęka mu opadła.
– Osiem tysięcy dwieście dolarów? – syknął, a głos mu się załamał. – To... to szaleństwo!
Kelner odchrząknął. – Samo Château Margaux kosztuje pięć tysięcy, proszę pana. To edycja limitowana.
Max wyglądał, jakby miał zemdleć. – Przecież ledwo je piłaś!
Bez słowa podałam kelnerowi kartę kredytową.
---
W taksówce wiozącej nas do domu Max siedział cicho, wpatrując się w mijane światła miasta. Jego palce ciągle dotykały kołnierzyka nowej markowej koszuli, jakby wciąż nie wierzył, że należy do niego.
– Nigdy wcześniej nie przeżyłem czegoś takiego – powiedział w końcu głosem pełnym zachwytu. – Sposób, w jaki nas traktowali, jak odsuwali krzesła i składali serwetki, gdy wstawaliśmy... i to jedzenie! Nawet nie rozpoznałem połowy składników.
– To tylko kolacja, Max – odpowiedziałam swobodnie.
– Tylko kolacja? – Zaśmiał się cicho, kręcąc głową. – Jade, całe życie jedliśmy makaron z serem z mikrofalówki. Tata świętuje urodziny w barze, który rozdaje darmowe kawałki ciasta.
Jego oczy błyszczały z podniecenia. – Marmurowe łazienki z prawdziwymi materiałowymi ręcznikami, widok na całe miasto z naszego stolika... czułem się jak w filmie.
Uśmiechnęłam się blado. – Przyzwyczajaj się, Max. To dopiero początek.
Jego brwi powędrowały w górę, a uśmiech rozszerzył się na twarzy. – Początek czego?
Nie odpowiedziałam, gdy taksówka podjechała pod nasz budynek. Kontrast między luksusem, który właśnie opuściliśmy, a naszym sypiącym się kompleksem mieszkalnym zawisł między nami w ciszy.
---
Tego popołudnia czekałam, aż dom będzie pusty. Linda zabrała Emily na zakupy, a Frank pracował na podwójnej zmianie.
Wyciągnęłam spod materaca jednorazowy telefon i wybrałam numer.
– Centrum Badań Farmaceutycznych Morrisona, gdzie mam przekierować rozmowę?
– Doktor Walter Morrison, proszę – powiedziałam. – Dzwonię w sprawie specjalistycznych związków biochemicznych.
Nastąpiła pauza, po czym linia kliknęła, jakby przełączano mnie na bezpieczniejsze połączenie.
– Tu Morrison. – Głos był głęboki i ostrożny. – Nie sądzę, byśmy wcześniej rozmawiali. Skąd ma pani ten numer?
– Pana prace nad formułami wzmacniającymi układ nerwowo-mięśniowy są dobrze znane w pewnych kręgach – odpowiedziałam. – Potrzebuję syntezy niestandardowego związku. Konkretnie eksperymentalnego wariantu MR-27 ze zmodyfikowaną strukturą białkową.
Po drugiej stronie usłyszałam gwałtowny wdech. – To... ściśle tajne badania. Kim pani jest?
– Kimś, kto jest skłonny dobrze zapłacić za dyskrecję. Potrzebuję tego gotowego za dwa tygodnie. Przyjadę do Nowego Jorku odebrać to osobiście.
– Chwila – jego ton zmienił się z podejrzliwego na zaintrygowany. – Brzmi pani niezwykle młodo. Skąd ktoś taki jak pani w ogóle wie o MR-27?
– Cóż, od jednego z moich przyjaciół. Znam strukturę molekularną i wymagane środki stabilizujące. Wiem też, że jest pan jedyną osobą, która potrafi to poprawnie zsyntezować.
– Związek, który pani opisuje, jest wysoce eksperymentalny – powiedział powoli. – Potencjalne skutki uboczne są...
– Jestem świadoma ryzyka – przerwałam mu. – Może pan to przygotować czy nie?
– Tak. Ale to będzie kosztowne. Bardzo kosztowne.
– Ile?
– Za coś tak specjalistycznego, bez zadawania pytań? Dwieście tysięcy. Połowa z góry.
Zamknęłam na chwilę oczy. – Mogę przelać siedemdziesiąt tysięcy teraz. Resztę przy odbiorze.
– Do przyjęcia – zgodził się po chwili wahania. – Ale wciąż nie rozumiem, jak ktoś w pani wieku mógłby...
Rozłączyłam się i przelałam całe pozostałe saldo na numer konta, który Morrison przysłał mi SMS-em chwilę później.
Stan konta: $0.00
Znowu zaczynam od zera. Ale będzie warto, jeśli formuła zadziała.
---
Wyciągnęłam się na łóżku na krótką drzemkę. Zamiast tego wpadłam w znajomy koszmar.
*Syreny alarmowe wyły w karaibskim ośrodku. Zimne słowa Dyrektora odbijały się echem: „Obiekt przeznaczony do likwidacji po pobraniu materiału genetycznego”.*
*Po latach bycia ich idealną bronią, to była moja nagroda – wyrzucenie jak zepsuty sprzęt. Ich zdrada paliła goręcej niż serum w moich żyłach.*
*Zaczęły się eksplozje – reakcje łańcuchowe dokładnie takie, jak zaplanowałam.*
*Ośrodek zawalił się, gdy wdarła się woda morska. Ostatni wybuch posłał mnie w ciemność, gdy wszystko implodowało...*
– JADE! Wstawaj, ty leniwa suko!
















