Podniesione głosy wyrwały mnie z nieświadomości. ostre, jarzeniowe światła czegoś, co wyglądało na gabinet pielęgniarki szkolnej, kłuły mnie w oczy, gdy próbowałam się zorientować w sytuacji.
– Moja córka zasłabła na wuefie i uderzyła się w głowę! Oczekuje pani, że po prostu zaakceptuję tę żałosną wymówkę jako rekompensatę? – Kobieta z tanimi blond pasemkami i zbyt mocnym makijażem machała kartką papieru przed twarzą zmęczonej kobiety w uniformie medycznym.
– Pani Morgan, jak już tłumaczyłam, Jade cierpiała na niski poziom cukru we krwi. Badanie fizykalne wykazało, że prawie nic nie jadła przez cały dzień. Szkoła dopełniła wszelkich protokołów bezpieczeństwa...
– Nie wciskaj mi tych biurokratycznych bredni! Wy ludzie jesteście odpowiedzialni za...
– Obie się zamknijcie! – Słowa opuściły moje usta, zanim zdążyłam przetworzyć, co się dzieje.
Obie kobiety odwróciły się do mnie oszołomione. Ja byłam równie zaskoczona obcym głosem, który wydobył się z mojego gardła. Spoglądając w dół, zobaczyłam grube ramiona, których nie rozpoznawałam.
*Co jest, do diabła?*
Telewizor zamontowany w rogu pokoju nagle przykuł moją uwagę.
– Wiadomość z ostatniej chwili: Potężna eksplozja zniszczyła prywatną wyspę na Karaibach około 7:10 dzisiejszego ranka. Niezamieszkana wyspa, rzekomo należąca do anonimowej europejskiej grupy inwestycyjnej, wydaje się być całkowicie zmieciona z powierzchni ziemi. Urzędnicy Straży Przybrzeżnej nie zgłaszają żadnych ocalałych...
Fala wspomnień uderzyła we mnie. Placówka. Eksplozje. Moja śmierć.
A jednak byłam tutaj, ewidentnie żywa, ale w ciele kogoś innego.
Niczym tsunami przełamujące się o brzeg, obce wspomnienia zalały moją świadomość. Szkolne korytarze. Drwiący śmiech. Wątły chłopiec kulejący na jedną nogę. Mała, słabo oświetlona sypialnia.
*Jade Morgan*. Imię wypłynęło z potopu wspomnień.
Ból przeszył moje skronie, gdy dwa zestawy życiowych doświadczeń zderzyły się w moim mózgu. Przycisnęłam dłonie do głowy, mocno zaciskając powieki.
– Wszyscy wyjść – rozkazałam przez zaciśnięte zęby. – Już.
– Jade, muszę sprawdzić twoje... – zaczęła pielęgniarka.
– WYNOCHA! – warknęłam z taką siłą, że obie kobiety cofnęły się w stronę drzwi.
Blondynka – Linda Morgan, moja, jak się zdaje, matka w tym życiu – spiorunowała mnie wzrokiem. – Porozmawiamy o tym zachowaniu, kiedy wrócisz do domu – warknęła, po czym wybiegła z impetem.
Gdy zostałam sama, zatoczyłam się do małej łazienki przylegającej do gabinetu pielęgniarki. Oparłam się o umywalkę i spojrzałam w górę.
Twarz w lustrze nie była moja. Okrągłe policzki, podwójny podbródek, mysie brązowe włosy ściągnięte w niechlujny kucyk. Ale oczy – były ostre, kalkulujące. Moje oczy, jakoś, w tej obcej twarzy.
Przyjrzałam się odbiciu uważniej. Rysy nie były złe – właściwie całkiem delikatne i proporcjonalne pod nadmiarem wagi. Tłuszcz na twarzy nie mógł całkowicie ukryć tego, co wydawało się przyzwoitą strukturą kostną.
– Jade Morgan – szepnęłam, testując imię na języku. – Lepsze to niż Cień, jak sądzę. Przynajmniej brzmi jak normalna osoba.
Chlusnęłam zimną wodą na twarz, zmuszając się do logicznego myślenia. Jakimś cudem ja – Cień, najgroźniejsza zabójczyni na świecie – przeżyłam zniszczenie wyspy, przenosząc się do ciała tej nastolatki.
Ciche pukanie przerwało moją ocenę sytuacji. Pielęgniarka wychyliła głowę. – Jade? Czujesz się lepiej? Twoje odczyty cukru się stabilizują.
– Nic mi nie jest – odpowiedziałam, zaskoczona tym, jak naturalnie zareagowałam na to imię. – Po prostu potrzebowałam chwili samotności.
---
– Zmarnowałam tu wystarczająco dużo czasu – oświadczyła Linda Morgan, gdy wychodziłyśmy z budynku szkoły. Sprawdziła zegarek z ostentacją. – Muszę wracać na moją zmianę w fabryce.
Nic nie powiedziałam, studiując tę kobietę. Ostre linie wokół ust, tanie ubrania silące się na wygląd drogich, zgorzkniała postawa – biła od niej niechęć.
Grzebała w torebce i wyciągnęła kilka pogniecionych banknotów oraz jakieś zawinięte cukierki. – Masz. Wróć autobusem do domu. – Wcisnęła mi je, nie nawiązując kontaktu wzrokowego. – Zjedz to, jeśli znowu poczujesz się słabo. Nie stać mnie na kolejny dzień wolny z twojego powodu.
Wzięłam te dary w milczeniu, patrząc, jak śpieszy w stronę zardzewiałego sedana na parkingu. To mama Jade, teraz moja mama: Linda Morgan, pracownica linii produkcyjnej, wiecznie wściekła na świat za swoją pozycję życiową, wyżywająca się na najstarszej córce.
Schowałam cukierki do kieszeni, ale gapiłam się na pogniecione banknoty w dłoni. Trzy dolary nie pokryłyby nawet pełnego biletu autobusowego do naszej dzielnicy.
Wepchnęłam pieniądze do kieszeni i ruszyłam pieszo. Według wspomnień, które teraz układały się w moim umyśle, dom znajdował się w ubogiej dzielnicy, około dwie mile stąd. Ćwiczenia dadzą mi czas na przetworzenie wszystkiego.
Byłam prawie w domu, gdy zauważyłam autobus podjeżdżający na przystanek przede mną. Wśród nielicznych wysiadających pasażerów był szczupły chłopiec z wyraźnym utykaniem. Coś we mnie rozpoznało go natychmiast: Max Morgan. Mój brat, jak przypuszczałam.
Zauważył mnie, poprawiając plecak, a jego oczy rozszerzyły się nieznacznie za drucianymi oprawkami okularów. Bez słowa sięgnął do plecaka i wyciągnął napój energetyczny, podając mi go, gdy podeszłam.
Wzięłam napój, nasze palce musnęły się przez chwilę. – Dzięki – powiedziałam.
Skinął głową raz, po czym odwrócił się i kontynuował swój kuśtykający marsz do domu.
---
Mieszkanie rodziny Morganów znajdowało się w podupadłym kompleksie na obrzeżach Cloud City. Skierowałam się prosto do miejsca, o którym wiedziałam, że jest sypialnią Jade – malutkiej przestrzeni z pojedynczym łóżkiem.
Moje nowe ciało czuło się wyczerpane. Psychiczne obciążenie związane z integracją zabójczych umiejętności i wspomnień Cienia z przyziemną egzystencją Jade zbierało swoje żniwo. Opadłam na łóżko i natychmiast zapadłam w głęboki sen.
Godziny później agresywne walenie w drzwi wyrwało mnie ze snu.
– Ej, tłuściochu! Wstawaj! – Piskliwy głos dziewczyny przebił się przez drzwi. – Mama mówi, że masz dziś zrobić kolację! Rusz ten leniwy tyłek i wyłaź tutaj!
Usiadłam, natychmiast czujna. Emily Morgan – piętnastoletnia siostra Jade i jej stała dręczycielka, według wspomnień teraz osiadających w moim umyśle.
– Wiem, że tam jesteś! Jeśli będę musiała zjeść kolejny obiad z mikrofalówki, bo jesteś zbyt zajęta napychaniem sobie gęby przekąskami, to przysięgam, że...
Otworzyłam drzwi z impetem, patrząc z góry na zaskoczoną dziewczynę. Emily była wszystkim, czym Jade nie była – szczupła, konwencjonalnie ładna i absolutnie złośliwa.
– Jakiś problem? – zapytałam cicho.
Emily zamrugała, wyraźnie zbita z tropu czymś w mojej postawie. Jade, którą znała, skuliłaby ramiona, odwróciła wzrok i wybełkotała potulne „przepraszam” przed poczłapaniem do kuchni. Zamiast tego stała twarzą w twarz z kimś, kto dokonywał egzekucji na ludziach dwukrotnie większych od niej, nawet się przy tym nie pocąc.
– M-mama powiedziała, że masz gotować – wydukała, robiąc nieświadomy krok w tył.
Studiowałam ją, uzyskując dostęp do wspomnień Jade o codziennych udrękach z rąk tej dziewczyny. Młoda, ale z okrucieństwem wykraczającym poza typową nastoletnią podłość.
*Mała wiekiem, ale wielka podłością. Ta z pewnością potrzebuje lekcji szacunku.*
















