"A zwyciężczynią tegorocznego Międzyuczelnianego Konkursu Naukowego zostaje Elodie Thorne!"
Głos spikera zagrzmiał z głośników, wywołując falę gromkich braw w zatłoczonej auli. Stałam na scenie, wymusiłam uprzejmy uśmiech i natychmiast omiotłam wzrokiem rzędy siedzeń. Moje oczy szukały twarzy dumnych rodziców, którzy wiwatowali, robili zdjęcia i ściskali swoje dzieci.
Mojego ojca tam nie było.
Moja klatka piersiowa zacisnęła się ze znajomym, gorzkim bólem. Alfa Gideon, mój ojciec, przegapił każdy ważny moment mojego życia. Nie powinnam była oczekiwać, że dzisiejszy dzień będzie inny, a jednak ukłucie rozczarowania było równie ostre. Przyciskając do piersi ciężkie, złote trofeum, pospiesznie zeszłam ze sceny, zdesperowana, by uciec od duszącego ciepła szczęśliwych rodzin.
Wycofałam się do cichego azylu szatni. Po wepchnięciu książek do torby, chwyciłam za telefon i wysłałam szybką wiadomość do mojego chłopaka, Corbina: *Zajęłam pierwsze miejsce!*
Corbin był ostatnio nieco zdystansowany, pochłonięty obowiązkami wobec stada i własnym treningiem, ale wiedziałam, że będzie się z mojego powodu cieszył. Był jedną z niewielu osób, którym naprawdę na mnie zależało. Wpatrywałam się w ekran, czekając, aż pojawią się dymki pisania, ale wyświetlacz pozostał pusty i ciemny. Jest zajęty, powtarzałam sobie. Odpisze później.
"Och, spójrzcie na małą mistrzynię, dąsa się zupełnie sama."
Ten irytujący, arogancki głos sprawił, że moje ramiona zesztywniały. Odwróciłam się i zobaczyłam Sloane stojącą w pobliżu drzwi, owijającą sobie wokół palca kosmyk blond włosów. Jej lojalny gang naśladowców stał tuż za nią, z identycznymi, złośliwymi uśmieszkami na twarzach.
"Zostaw mnie w spokoju, Sloane", powiedziałam, utrzymując równy ton głosu, podczas gdy zapinałam torbę.
Sloane była córką alfy z wpływowego, sąsiedniego stada – piękną, popularną i absolutnie okrutną. Gardziła mną, głównie dlatego, że moje same piątki konsekwentnie raniły jej kruche ego.
"A niby dlaczego?" Sloane zadrwiła, robiąc krok bliżej. "Chciałam tylko zobaczyć, jak żałośnie wyglądasz. Wyobraź sobie, że wygrywasz wielkie trofeum i nie masz z kim tego świętować. Twój własny ojciec nawet nie raczył się pojawić. On cię nie chce, Elodie. Nikt cię nie chce."
Te słowa uderzyły w czuły punkt, ale nie zamierzałam pozwolić jej zobaczyć, jak płaczę. Zarzuciłam torbę na ramię, chwyciłam trofeum i spróbowałam przepchnąć się obok niej w stronę wyjścia.
Nagle Sloane wystawiła nogę.
Nie zdążyłam zareagować. Moja stopa zahaczyła o jej but i poleciałam do przodu. Uderzyłam twarzą o twardą, kafelkową podłogę, a siła uderzenia wstrząsnęła moimi kośćmi. Trofeum wyślizgnęło mi się z rąk, brzęcząc głośno, gdy sunęło po wypolerowanej posadzce.
W szatni wybuchnął chór drwiącego śmiechu.
"Taka niezdarna", zachichotała jedna z przyjaciółek Sloane, odkopując moje okulary, gdy po nie sięgałam. "Nawet z tymi grubymi szkłami nie potrafisz chodzić prosto."
Zanim w ogóle zdążyłam spróbować się podnieść, ostry, brutalny cios uderzył mnie w brzuch. Ciężki but Sloane wbił się głęboko w mój żołądek, pozbawiając moje płuca tchu.
Zwinęłam się na podłodze, chwytając powietrze, podczas gdy przyprawiająca o mdłości fala bólu promieniowała przez moje ciało. Łzy zapiekły mnie w oczach, ale powstrzymałam je, nie chcąc dać jej satysfakcji z patrzenia, jak pękam.
"Co się stało, Elodie?" Sloane zaszczebiotała, pochylając się, by spojrzeć na mnie z udawanym współczuciem. "Twój słodki chłopak Corbin nie zagra dziś bohatera, co?"
Nienawidziła Corbina. Nienawidziła tego, że zawsze stawał w mojej obronie, chroniąc mnie przed jej złośliwymi grami. Ponieważ mojego ojca nigdy nie obchodziło, co się ze mną dzieje, Corbin był moją jedyną tarczą. Ale rodzina Sloane była potężna i dziewczyna wiedziała, że ujdzie jej na sucho niemal wszystko, dopóki znajdujemy się w murach szkoły.
"Hej! Co tu się dzieje?"
Potężny głos profesora Vaughna rozniósł się echem po korytarzu, a towarzyszyło mu głuche dudnienie jego kroków.
W mgnieniu oka złośliwe uśmieszki zniknęły z ich twarzy. Gang Sloane rzucił się w popłochu, podnosząc moją upuszczoną torbę i okulary, i wpychając mi je brutalnie w ręce. Sloane posłała mi obrzydliwie słodki uśmiech, podciągając mnie za ramię, a jej palce boleśnie wbijały się w moje ciało.
"Nic, panie profesorze", zawołała Sloane, a z jej głosu kapała sztuczna niewinność, gdy nauczyciel stanął w drzwiach. "Właśnie gratulowałyśmy Elodie wielkiej wygranej. Prawda, Elodie?"
Spojrzała na mnie, a jej oczy zwęziły się w zimne, groźne szparki. Niemy komunikat był jasny: *Powiedz słowo, a później za to zapłacisz.*
Mój brzuch wciąż pulsował po jej kopnięciu, ale wymusiłam z siebie skinienie głową. Wiedziałam, że skargi niczego nie rozwiążą. Sloane tylko wzięłaby mnie na celownik z jeszcze większą siłą, a ja nie mogłam ryzykować żadnych dramatów. Moje oceny i to trofeum były moim jedynym biletem na wyjście z tego stada. Mój ojciec obiecał mi, że jeśli utrzymam swój poziom naukowy, pozwoli mi uczęszczać do Crown College w sąsiednim mieście. Musiałam po prostu znieść to jeszcze trochę, a potem na zawsze uwolnię się od Sloane.
"Tak, panie profesorze", udało mi się wykrztusić, zmuszając się na słaby uśmiech. "Tylko mi gratulowały."
Profesor Vaughn spojrzał na nas z podejrzliwością, ale najwyraźniej nie miał ochoty drążyć tematu. "Bardzo dobrze. Posprzątajcie i wracajcie do domów, dziewczęta."
Gdy tylko się odwrócił, nie czekałam, aż Sloane powie choćby słowo więcej. Chwyciłam trofeum i torbę, przemknęłam obok nich i wybiegłam z budynku.
Chłodne, wieczorne powietrze uderzyło mnie w twarz, gdy spieszyłam żwirową ścieżką w stronę naszego domu. Dochodziła szósta wieczorem. Alfa Gideon zarządzał naszym domem z wojskową precyzją i nienawidził spóźnień. Ale z pewnością dzisiejszy dzień będzie wyjątkiem. Wygrałam. Udowodniłam swoją wartość.
Nasz parterowy dom znajdował się na obrzeżach terytorium stada Ironmoon. Był to przestronny, komfortowy budynek, ale dla mnie wysokie ściany i drogie meble wydawały się równie zimne i pozbawione życia co grobowiec. Inni członkowie stada zazdrościli mi mojego wygodnego stylu życia, zakładając, że córce Alfy Gideona niczego nie brakuje. Nie znali rzeczywistości. Nie wiedzieli, jak to jest jeść każdy posiłek w absolutnej ciszy albo żyć z ojcem, który patrzy na ciebie tak, jakbyś była duchem.
Pchnęłam ciężkie drzwi wejściowe, dumnie trzymając przed sobą złote trofeum.
Mój ojciec siedział na pluszowej skórzanej kanapie w salonie. Nawet nie podniósł wzroku, gdy drzwi zamknęły się z kliknięciem. Trzymał telefon przy uchu, a jego wyraz twarzy był stoicki i nieodgadniony.
"Tak, Alfo Dariusie", powiedział mój ojciec, a jego głos był pozbawiony jakiegokolwiek ciepła. "Nie ma powodu do zmartwień. Ona jest gotowa."
Zatrzymałam się w przedpokoju, a moje serce zamarło. *Ona jest gotowa?* O kim on mówił? Moja klatka piersiowa zacisnęła się od nieprzyjemnego uczucia.
Zanim zdążyłam przetworzyć te słowa, zakończył połączenie i zaczął stukać w ekran.
Biorąc głęboki oddech, weszłam do salonu, starając się uspokoić drżące dłonie. Chciałam, żeby zobaczył trofeum. Chciałam, żeby przyznał, że wywiązałam się ze swojej części umowy.
"Ojcze... Wygrałam Międzyuczelniany Konkurs Naukowy. Zajęłam pierwsze miejsce."
Mój głos zabrzmiał niewiarygodnie słabo w rozległym, cichym pokoju.
Mój ojciec na mnie nie spojrzał. Nie poprosił, by zobaczyć trofeum. Zamiast tego jego wzrok pozostał utkwiony w telefonie.
Podeszłam bliżej, a moje oczy naturalnie powędrowały w stronę mahoniowego stolika kawowego przed nim. Wśród codziennych gazet i raportów stada leżał stos eleganckich, wykonanych z grubego papieru kart. Były wykończone złotą folią, emanując niezaprzeczalnym luksusem.
Mój ojciec często otrzymywał zaproszenia na głośne wydarzenia stada i gale charytatywne, więc pewnie nie zwróciłabym na nie uwagi. Ale kiedy podeszłam bliżej, moje spojrzenie przykuło imię wydrukowane na najwyższej karcie.
Moje imię.
Zaparło mi dech w piersiach. Pochyliłam się lekko, przesuwając wzrokiem po eleganckiej kursywie. To nie było zaproszenie na spotkanie stada.
To było zaproszenie na ślub.
*Ślub Elodie Thorne i Alfy Dariusa.*
Zalała mnie fala przerażenia, mrożąc krew w żyłach. Moja klatka piersiowa zacisnęła się tak mocno, że ledwo mogłam oddychać. Wpatrywałam się w złote litery, modląc się, by mój umysł płatał mi jakiś okrutny żart.
"Ojcze?" wyszeptałam, a mój głos drżał niekontrolowanie. "Co... co to jest?"
"To dobrze, że je zobaczyłaś", powiedział spokojnie mój ojciec, a jego głos był płaski i obojętny, gdy w końcu na mnie spojrzał. "Zaoszczędzi mi to trudu tłumaczenia."
Świat zdawał się przechylać pod moimi stopami. Moje palce zwiotczały. Złote trofeum wyślizgnęło się z mojej dłoni, uderzając z hukiem o twardą, drewnianą podłogę. Mała, metalowa figurka odłamała się, tocząc się bezużytecznie pod stolik kawowy. Nagroda, za którą krwawiłam i pociłam się, w jednej sekundzie zamieniła się w śmieć.
Łzy przelały się przez moje rzęsy, gorące i szybkie, zamazując mi wzrok. "Wydajesz mnie za mąż? Za alfę, którego nawet nie znam?"
Mój ojciec nie odpowiedział. Nie obchodziły go moje zrujnowane marzenia, moje osiągnięcia naukowe ani obietnica, którą złożył w związku z Crown College. Dla niego nie byłam córką. Byłam transakcją.
Wstał z sofy, ignorując moje łzy i rozbite trofeum u swoich stóp. "Heleno!" ryknął w stronę kuchni.
Chwilę później Helena wbiegła do salonu, wycierając ręce w fartuch. Była miłą kobietą w średnim wieku, która wychowywała mnie od śmierci mojej matki, okazując mi jedyne prawdziwe uczucie, jakiego kiedykolwiek zaznałam w tym domu. Jej oczy rozszerzyły się ze zmartwienia, gdy zobaczyła moją zalaną łzami twarz i rozbite trofeum na podłodze.
"Tak, Alfo Gideonie?" mruknęła Helena, skłaniając z szacunkiem głowę.
"Przygotuj ją i upewnij się, że dobrze je", rozkazał mój ojciec, a jego głos był zimny i ostateczny. "Za dwa dni wychodzi za mąż za Alfę Dariusa."
Wszelka nadzieja na to, że mój ojciec stroił sobie ze mnie okrutne żarty, rozpłynęła się w powietrzu.
















