Sekretna korepetytorka quarterbacka

Sekretna korepetytorka quarterbacka

Autor: Aeliana Moreau

SPOTKANIA, SPOTKANIA
Autor: Aeliana Moreau
20 cze 2026
POV Rhetta Minęły dwa tygodnie. Dwa całe, okropne, frustrujące tygodnie moich gorączkowych poszukiwań korepetytora. Po tamtej nocy, którą spędziłem w szatni i obudziłem się z głębokim bólem w mięśniach, które nie miały prawa pracować podczas snu, nie zrobiłem tego więcej. Czułem się, jakby pobił mnie kijem jakiś nadpobudliwy dziesięciolatek. Ale na szczęście między mną a Thorne'em wykształcił się swoisty, niepisany system. Zasypiałem przed dziesiątą, może wpół do jedenastej, a on wracał kiedykolwiek po tym czasie. Ja z kolei znikałem z pokoju przed siódmą, zanim on się budził. Mój telefon dzwonił niemal co równe trzydzieści minut, jakby według harmonogramu – SMS-y od taty, uprzejmie przypominające mi, jak koncertowo mam przerąbane. Byłem tak spięty, że miałem nadzieję, iż nie pęknę i nie wykrzyczę czegoś nauczycielowi. Nie mogłem sobie pozwolić na więcej kłopotów, niż już miałem. Jak to możliwe, że każdy nauczyciel i student na tej uczelni, mający choć odrobinę oleju w głowie, był albo zajęty, albo miał komplet, albo był całkowicie niezainteresowany? Jedynymi dostępnymi osobami byli nawiedzony profesor historii – co do którego byłem pewien, że jest pedofilem – i woźny. A wszyscy inni? Ciągle odsyłali mnie do jednego nazwiska. Pieprzony Thorne. Odmawiam wiary w to, że jest aż tak dobry. Zacząłem wracać w stronę akademika z ciężarem na ramionach. Cały dzień spędziłem na błąkaniu się po kampusie, próbach przekupienia studentów, niemal błagając pięć różnych osób i oferując im niezłą sumkę, a mimo to chętnych brak. Wypuściłem powietrze, przeczesując palcami włosy. Zamknąłem oczy na ułamek sekundy i wtedy – bum. Wpadłem prosto na nią. Pisnęła, cichutki dźwięk, gdy książki wypadły jej z rąk, a papiery rozsypały się niczym konfetti. – Cholera... och, tak strasznie przepraszam – wypaliłem, szybko kucając, by pomóc. – Nie, to ja powinnam patrzeć, gdzie idę, tak strasznie przepraszam – przeprosiła szybko, odgarniając włosy z twarzy i zbierając swoje rzeczy. – Jestem Sloane. Podniosłem wzrok. Była piękna. Ten typ dziewczyny, po której od razu widać naturalną urodę, wdzięk dany od niechcenia. Blond włosy upięte z tyłu, opadające na miękki różowy sweter, który miała na sobie do uroczych dżinsów. – Jestem Rhett – powiedziałem jej, pomagając jej wstać, trzymając ją za rękę. --- POV Calluma Praktycznie podpaliłem lokal moim solem na perkusji. Tłum oszalał tak bardzo, że spodziewałem się, iż dach zawali się od samej siły ich wiwatów. Adrenalina krążyła w moich żyłach, gdy schodziłem ze sceny z zespołem, pot spływał mi po karku, a w piersi wciąż czułem to drżenie. Byłem, kurwa, dobrym perkusistą i Rhett Vance może mi naskoczyć. – Woah, stary, to było niesamowite! Kompletnie dołożyłeś do pieca w tym kawałku – wyszczerzył się Brooks, klepiąc mnie po plecach. Skinąłem głową z krótkim „Dzięki”, już mentalnie przygotowując się na jakąkolwiek jałmużnę, którą ostatecznie postanowią mi wypłacić. Nie będę już narzekał. Cokolwiek to będzie, to moja zapłata. Nie zamierzałem zostawać na te całe ceregiele. Pisk tak wysoki i przeszywający, że nie wiedziałem, czy jest ludzki, wyrwał mnie z zamyślenia. Zanim zdążyłem odskoczyć, zostałem uściskany przez jakąś obcą osobę. Mała – sięgała mi może do klatki piersiowej, ale trzymała mnie z siłą pytona, który zaraz połknie ofiarę w całości. Spojrzałem w dół. Burza dzikich, nieuczesanych rudych włosów. A kiedy podniosła wzrok... wow. Kolczyki na twarzy, oczy płonące jak tysiąc słońc, twarz odprężona, szczęśliwa. Była piękna. – Cześć, C.T.! O rany, to naprawdę ty! Nigdy nie przypuszczałam, że to się stanie. Wiedziałam, że kiedyś cię spotkam, ale nie dzisiaj! Ja po prostu – achhhhh! Znów pisnęła i uścisnęła mnie mocniej. Stałem tam... oniemiały. Ta dziewczyna była uściskaczem poziomu dziesiątego – z tych klejących się, z błyskiem w oku. – Jestem gigantyczną, gigantyczną, GIGANTYCZNĄ fanką! – wyszczerzyła się, a jej oczy niemal świeciły. – Uh... cześć – powiedziałem, wciąż gapiąc się na to stworzenie. – Miło cię poznać. – Nazywam się Roxie – i zgadnij co? Też gram na perkusji! Mam nawet aksolotla o imieniu C.T., tak bardzo mam bzika na twoim punkcie! Nie mogłem powstrzymać uśmiechu. To było właściwie całkiem urocze. Wyglądała młodo – może dziewiętnaście, może dwadzieścia lat. Mogła być starsza, jej drobna budowa utrudniała ocenę. – Więc... uh, chcesz autograf, może selfie? – potarłem kark, włosy opadały mi na brwi, gdy patrzyłem na buty. Nigdy nie wiedziałem, co, do cholery, robić w takich sytuacjach. Uśmiechnęła się. – Tak! I chcę o wiele więcej – wliczając w to randkę. – Ran... randkę? – Tak! Umrę, jeśli się ze mną umówisz, ty gorący pakiecie zielonych fantazji. I naprawdę, dosłownie umrę, jeśli tego nie zrobisz. Woah. Gorący pakiet czego? Wrzała energią. Zaśmiałem się nerwowo. – Słuchaj... szczerze mówiąc, pochlebiasz mi. Ale ja nie... nie randkuję teraz z nikim. No i, uh... poza tym... jestem gejem. Przygotowałem się na jej reakcję. Ludzie albo nie lubili, kiedy to przyznawałem, albo patrzyli na mnie w sposób, który mówił, że są zaskoczeni moją szczerością. Ale Roxie wzdchnęła dramatycznie, jakby właśnie dowiedziała się, że Boże Narodzenie przyszło wcześniej. – O MÓJ BOŻE – JESZCZE LEPIEJ. Mrugnąłem. Od samego początku nie byłem w stanie przewidzieć, w którą stronę pójdzie ta interakcja. – Czekaj, co? – Nie, nie, czekaj – możesz to powtórzyć? Proszę? – Wyciągnęła telefon, otworzyła dyktafon i podstawiła mi pod twarz. – Tylko – proszę, dla mnie. Powiedz to. „Nie randkuję teraz z nikim... i kręcą mnie faceci”. Bardzo proszę? Wykrztusiłem śmiech, kręcąc głową, ale nie mogłem powstrzymać uśmiechu błąkającego się po twarzy. – Dobra, dobra. – Pochyliłem się bliżej telefonu. – Nie randkuję oficjalnie z nikim w tej chwili – zerknąłem na nią, upewniając się, że naprawdę chce, bym kontynuował – i jestem gejem. Wydała z siebie kolejny przeszywający pisk i zapisała nagranie, jakby to był Święty Graal. Miała energii na kilka dni. Roxie wciąż podskakiwała, ściskając telefon jak bezcenny artefakt. – Oficjalnie jesteś najlepszą rzeczą, jaka spotkała mnie w tym roku – wyszczerzyła się, a jej twarz promieniała z ekscytacji. – Boże, z bliska jesteś jeszcze bardziej gorący... Zaśmiałem się, znów drapiąc się po karku. – Jesteś... naprawdę niesamowita, wiesz o tym? Wtedy, w połowie zdania, jej uśmiech zniknął. Zbladła, a oddech uwiązł jej w gardle. Zmarszczyłem brwi. – Hej... wszystko w porządku? Zachwiała się lekko, kładąc dłoń na piersi. – Ja... – wydyszała, próbując złapać powietrze. – Ast... ma... – Cholera... dobrze, dobrze – gdzie masz inhalator? – zażądałem, podchodząc bliżej, a moje serce natychmiast przyspieszyło. Próbowała coś powiedzieć, ale dławiła się, gorączkowo wskazując na plecak leżący na podłodze kilka stóp dalej. – W... torbie... przednia... kieszeń... – wychrypiała. Podbiegłem do plecaka, ręce mi drżały, gdy go szarpnięciem otworzyłem. Przeszukiwałem go jak szaleniec i wyciągnąłem błyszczącą różową portmonetkę, breloczek z małą czaszką, pluszowego nietoperza, nadgryziony batonik czekoladowy i – co to u licha – małego plastikowego dinozaura. – Jezu, Roxie, co to jest? – wymruczałem, wciąż grzebiąc w środku. To nie było zabawne. Nie teraz. Serce mi waliło, gdy odrzuciłem na bok płytę CD z napisem „C.T. FAN MIX” i miniaturowy pistolet na wodę. – Cholera – gdzie on jest?! W końcu dostrzegłem coś, co wyglądało jak inhalator, zakopane pod stosem naklejek. – To to? – Podniosłem go, biegnąc z powrotem do niej. Ale ona walczyła o każdy haust, ledwo będąc w stanie skinąć głową. – Pieprzyć to – dzwonię pod 911 – warknąłem, wyciągając telefon, palce drżały mi tak mocno, że prawie go upuściłem. – Trzymaj się, Roxie – mam cię, okej? Nacisnąłem przycisk połączenia, mówiąc wymuszonym głosem. Zanim dyspozytor odebrał, kucnąłem przy niej z dłonią na jej plecach, telefonem przyciśniętym ramieniem do ucha, próbując podać jej inhalator. Kurwa, jak się tego używa?! Była taka mała. Jeszcze przed chwilą tak pełna życia – a teraz tak przeraźliwie krucha. – Tak, potrzebuję karetki do The Velvet Den – dziewczyna ma silny atak astmy. Pospieszcie się, do cholery! Kołysałem jej nieprzytomne ciało, czując głęboki strach. – Wszystko będzie dobrze, Roxie... wszystko dobrze. Wytrzymaj!

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

SPOTKANIA, SPOTKANIA – Sekretna korepetytorka quarterbacka | Czytaj powieści online na beletrystyka