***Punkt widzenia Logana***
– LOGAN!
Jęknąłem i przewróciłem się w łóżku.
– Przysięgam na boga, Logan. Jeśli myślisz, że wywiniesz się z wyjazdu, to grubo się mylisz.
– Od kiedy tak się ekscytujesz tymi głupimi Zgromadzeniami? – Zakryłem głowę poduszką. Bryan był dzisiejszego ranka cholernie za głośny.
– To nie Zgromadzenie, Alfo. To bar dla nadprzyrodzonych w mieście obok! Przyjeżdża cholernie dobra piosenkarka, a ja chciałem tam iść, odkąd skończyłem osiemnaście lat! – Zajęczał Bryan pod drzwiami.
Rzuciłem poduszką w drzwi. To był pierwszy dzień od lat, kiedy mój grafik został wyczyszczony i miałem szczery zamiar się wyspać. Przejąłem watahę w młodym wieku czternastu lat. Moi rodzice zginęli tamtego roku, a my straciliśmy prawie połowę członków watahy. Teraz byliśmy drugą co do wielkości watahą, podległą samemu Królowi Alfie. Byłem dumny z siły mojej watahy i wymagałem szacunku. Zajęło to trochę czasu, ale dotarliśmy do tego punktu. Teraz, w wieku dwudziestu trzech lat, miałem rękę na pulsie we wszystkim, co dotyczyło mojej watahy. Z wyjątkiem możliwości wykręcenia się z aktywności Zgromadzenia.
Wciąż istniała Rada Starszych, która niestety miała duży wpływ na wiele starych idei i ideałów. Jednym z nich było to, że wataha potrzebuje Luny. Szczerze mówiąc, nie potrzebowałem nikogo. Przejąłem watahę w całości, włączając w to obowiązki Luny. Bryan, mój Beta, miał dwadzieścia jeden lat i również nie znalazł swojej pary, ale jakoś nikt nie nękał go o znalezienie partnerki.
Byłem na każdym z tych durnych wydarzeń, odkąd skończyłem trzynaście lat. Ani razu moja para się nie pojawiła. A teraz martwiłem się, że skończę będąc o dziesięć lat starszy od mojej partnerki. Bryan ciągle mi z tego powodu dogryzał. Ale podobno było kilka osób, które niedawno otrzymały swoje wilki i tym razem miało to być ekscytujące Zgromadzenie.
– Proszę, Alfo. Proszę.
– Dobra bogini, Bryan. Człowiek musi się wyspać. Chociaż raz w życiu daj mi pospać.
Po drugiej stronie zapadła cisza i westchnąłem z ulgą. Wreszcie. Mogłem…
– Alfo, musimy porozmawiać, zanim wyjedziesz.
– NIECH TO SZLAG, MICHAEL! – Krzyknąłem, rzucając poduszkę na podłogę i tupiąc w stronę drzwi. Miałem na sobie tylko dresy i otwierając drzwi, prawie wyrwałem je z zawiasów.
Michael, jeden ze starszych w radzie, nie wyglądał na w ogóle poruszonego moim wybuchem. – Jest pewna kwestia, którą musimy omówić, na wypadek gdybyś tego wieczoru znalazł swoją Lunę.
Jęknąłem. – Czy nie wystarczy, że muszę iść na to coś? Teraz jest jeszcze więcej warunków, jeśli JĄ znajdę? Gdzie była ta rozmowa trzy lata temu?
Ochrząknął. – Chcemy tylko przypomnieć, że odrzucenie nie będzie tolerowane…
– ODRZUCENIE?! – Wrzasnąłem na niego, a on faktycznie się cofnął. – Śmiesz mówić mi o odrzuceniu, kiedy to nie jest tylko moja decyzja. Żebyś wiedział, NIE ty decydujesz o tym, kim jest moja para i CO ZROBIĘ z moją parą, kiedy ją znajdę. Więc NIE mów mi, co będzie, a co nie będzie tolerowane. – Warknąłem, a dźwięk ten wydobył się zarówno ze mnie, jak i z Cato, mojego wilka.
Jego głowa była lekko pochylona, szyja odsłonięta przede mną, okazując uległość wobec mnie jako Alfy. Powoli się wycofał, po czym opuścił dom. Uszczypnąłem się w nasadę nosa.
– Cóż, skoro już nie śpisz, chcesz śniadanie? – Bryan wyjrzał z korytarza, ubrany w swój fartuch z kreskówkowym misiem, trzymając patelnię z wciąż smażącym się naleśnikiem.
Cmoknąłem z irytacją. – Taa, jasne. Idę wziąć koszulkę.
Bryan zaśmiał się, gdy odwróciłem się i zacząłem szykować do dnia.
-
Było około 15:00, gdy Bryan i ja staliśmy przed domem watahy. Z założonymi rękami przyglądaliśmy się opcjom samochodowym.
– A co, jeśli tylko jedno z nas znajdzie partnerkę? Wtedy nie chcę być piątym kołem u wozu i ty też nie.
– Ale czy naprawdę chcemy brać dwa samochody?
– To znaczy, zajmie nam to, co, cztery godziny, żeby tam dojechać. Możesz wytrzymać beze mnie cztery godziny, Alfo. – Bryan zachichotał, a ja powstrzymałem chęć uderzenia go.
– Jeśli obaj znajdziemy nasze pary, albo jeśli żaden z nas nie znajdzie, to będzie idiotyczne.
– Czy możemy się choć trochę popisać? Między nami mówiąc, jesteśmy najbardziej pożądanymi wilkołakami-kawalerami w całym cholernym USA, a może i w Kanadzie. Obaj posiadamy wiele firm, które zarobiły miliony i dosłownie mamy osiem samochodów, na które właśnie patrzymy.
Zachichotałem. Miał rację, oczywiście. Mógł być energiczny i sprawiać wrażenie imprezowicza, ale był bystry. Bystry, skrupulatny i strategiczny. Kiedy chciał. W innych momentach był niedojrzałym członkiem bractwa, który wracał do domu żółtym Lamborghini, bo wołało go z wystawy. – Dobra. Ty bierzesz swoje Lambo, a ja wezmę Bugatti. Jeśli żaden z nas nie znajdzie swojej pary, pojedziemy do tego nadprzyrodzonego klubu, do którego chcesz iść.
– Tak! – Bryan podskoczył, chwycił kluczyki ze ściany i odpalił Lamborghini.
Wzdychając, wziąłem kluczyki i wsiadłem do Bugatti. Bryan już ruszył, a ja wyjechałem za nim, podążając jego śladem. Do watahy Midnight Moon mieliśmy cztery godziny drogi. Włączyłem radio i oparłem się wygodnie, sadowiąc się na czas jazdy. Moje myśli pobiegły w stronę tego, co zrobię, jeśli dziś wieczorem rzeczywiście znajdę swoją parę.
„Zabrałbyś ją natychmiast do domu i oznaczył” – stwierdził Cato rzeczowo.
„Chyba że nas odrzuci”.
Cato prychnął. „Dlaczego jakakolwiek partnerka miałaby nas odrzucić? Spójrz na nas”.
„Może przez naszą reputację”.
Cato mruknął. „Twoją reputację”.
„Naszą, Cato. Naszą reputację. I nie uśmiecha mi się straszenie małej trzynastolatki, która miała nieszczęście być moją parą, poprzez natychmiastowe zabranie jej do domu i oznaczenie”.
Cato zachichotał. „To, czym drażni się Bryan, naprawdę cię dotknęło”.
Fuknąłem i poprawiłem pozycję. „Jeszcze jej nie znalazłem, Cato. To oznacza, że prawdopodobnie jest nowa. Trzynastolatka do piętnastolatki, może siedemnastolatka, jeśli będę miał szczęście. To duży przeskok z dwudziestu trzech lat”.
„Może nie mogła dotrzeć na inne”. Poczułem, jak wzrusza ramionami, a ja potrząsnąłem głową.
„Na wszystkie? Odkąd miałem trzynaście lat? Proszę cię”. Obserwowałem, jak Bryan lawiruje w ruchu ulicznym przede mną.
Prawdę mówiąc, martwiłem się. To, co przyszedł powiedzieć ten staruch, zmieszane z moimi własnymi obawami, sprawiło, że tym razem byłem poddenerwowany. Może nadszedł czas, by porzucić myśl o przeznaczonej i po prostu wybrać sobie partnerkę. Cato warknął.
„Nie zrezygnujesz jeszcze z naszej pary, Logan. Ona tam jest, wiem to” – powiedział Cato tonem nieznoszącym sprzeciwu.
„Czasami nienawidzę twojego optymizmu. I tego, że potrafisz czytać moje myśli. Ale może do tego dojść, Cato. Po prostu bądź gotowy”.
Usłyszałem ciche mruknięcie „nigdy”, ale Cato wycofał się w głąb mojego umysłu i przez resztę podróży zostałem sam. Wiedzieliśmy, że aktywności Zgromadzenia zaczynają się o 18:00, a wyjechaliśmy nieco później niż planowaliśmy, ale dotarliśmy na 18:30 i wciąż mnóstwo ludzi wchodziło do budynku. Przyciągaliśmy spojrzenia, gdy podjeżdżaliśmy, Bryan tuż za mną w naszych luksusowych samochodach. Patrzyliśmy, jak dziewczyny gapią się, a potem zaczynają nosić głowy wyżej. Bryan żył dla atencji. Ja jednak nie przepadałem za byciem w centrum uwagi.
Gdy tylko wysiadłem z samochodu, Cato warknął. „Ona tu jest, Logan. Czuję ją. Nasza para tu jest”.
Oszołomiony spojrzałem na Bryana, a on popatrzył na moje szeroko otwarte oczy i zrozumiał. Pokazał mi kciuk w górę.
„Jesteś pewien, Cato?”
„Jestem pewien. Ona tu jest. Nasza para tu jest. Musimy ją znaleźć”.
















