Po długiej jeździe taksówką Madelyn dotarła wreszcie pod bramę rezydencji Jentów.
Gdy weszła do domu, Rosario Watson, pokojówka, przywitała ją słowami: — Madelyn, dlaczego jesteś sama? Czy pan Jardin nie wrócił z tobą?
Madelyn przytuliła Rosario, wspominając, jak dobra była dla niej w przeszłości po śmierci jej ojca. W jej poprzednim życiu Rosario była jedyną osobą, która traktowała ją jak rodzinę, okazując jej troskę i współczucie. Jednak pewne okoliczności sprawiły, że Rosario zaczęła pracować dla rodziny Jardinów, opiekując się Zachem i Cecilią.
— Rosario, tak bardzo za tobą tęskniłam — powiedziała Madelyn.
— Och... um, Madelyn, co się dzieje? Nadal źle się czujesz? — Rosario delikatnie odsunęła Madelyn i przyłożyła dłoń do jej czoła.
Rosario nie wyczuła u Madelyn gorączki. Miała dziś dziwne przeczucie co do dziewczyny, ale nie potrafiła go do końca sprecyzować.
— To nic, po prostu miałam ochotę cię przytulić — zapewniła ją Madelyn.
— Jesteś głodna? Właśnie skończyłam przygotowywać owsiankę. Pozwól, że ci ją podam.
— Nie, nie jestem zbytnio głodna. Chcę tylko trochę odpocząć po długiej podróży — odpowiedziała Madelyn, czując lekkie zawroty głowy od nieprzespanej nocy i jazdy samochodem.
— Och, zanim zapomnę, dzwonił twój tata. Chce, żebyś do niego zadzwoniła, jak tylko będziesz w domu. Powiedział, że to coś ważnego. Zostawił też to dla ciebie przed wyjazdem w podróż służbową — powiedziała Rosario, podając Madelyn platynową kartę zakupową.
Biorąc platynową kartę, Madelyn skinęła głową. — Dobrze. — Wiedziała, że to prawdopodobnie sposób Haysona na zrekompensowanie działań Zacha. Z tą myślą wybrała numer ojca i zadzwoniła.
Rozmowa z Haysonem zawsze była dla Madelyn trudna. Udawał troskę, ale wiedziała, że to wszystko gra...
Hayson Jent był daleki od bycia dobrym ojcem.
Madelyn wiedziała, że Hayson zawsze pragnął syna, który przejąłby rodzinny biznes, co skłaniało go do licznych romansów z innymi kobietami, ale żaden nie zaowocował dzieckiem. Ostatecznie adoptował Zacha jako swojego chrześniaka.
Hayson postrzegał Madelyn jako pionka w grze o korzystne małżeństwa, gotów poświęcić ją dla własnych interesów.
Odkąd Madelyn była dzieckiem, Rosario była jedyną osobą przy jej boku.
Gdyby miała teraz środki, by uciec z tej rodziny, zrobiłaby to bez wahania.
Kiedy Hayson odebrał telefon, Madelyn powiedziała: — Witaj, ojcze.
— Czujesz się już lepiej? Co powiedział lekarz? — Jego głos brzmiał chłodno.
— Już w porządku, znacznie lepiej.
— Madelyn, jesteś moją córką, a Zach jest moim chrześniakiem. W tym życiu możesz być tylko jego siostrą, rozumiesz?
Madelyn zaśmiała się w duchu, wiedząc, że to ostrzeżenie Haysona. Mimo że go tu nie było, potrafiła wyobrazić sobie chłód w jego oczach. Dla niego jej miłość do Zacha była hańbą dla rodziny.
Madelyn odpowiedziała posłusznie: — Tak, rozumiem! Ojcze, przepraszam. Będę traktować go jak brata.
— Dostałaś kartę? Kiedy będziesz miała czas, idź na zakupy. Jeśli znajdziesz coś, co ci się spodoba, po prostu to kup. Nie siedź całymi dniami w domu, malując obrazy. Wyjdź do ludzi i znajdź przyjaciół.
— Dobrze, ojcze. — Po rozmowie z Haysonem Madelyn udała się prosto do swojego pokoju.
Jej pokój, urządzony we wczesnych latach nastoletnich, był we wszystkich odcieniach różu. W powietrzu unosił się słodki zapach cukierków, a przestrzeń zdobiło wielkie łoże księżniczki. To był wymarzony pokój każdej dziewczyny.
W tym momencie telefon Madelyn zaczął dzwonić. Kiedy zobaczyła, że to Zach, jej ręka zadrżała, przez co telefon wyślizgnął się i upadł na podłogę. Nie kłopotała się, by go podnieść, bawiąc się nawet myślą, że byłoby lepiej, gdyby się rozbił.
Po tym, jak połączenie samo się zakończyło, Madelyn podniosła telefon i wysłała mu wiadomość.
[Bracie, przepraszam, zapomniałam ci wcześniej powiedzieć, że dotarłam już do domu. Właśnie miałam do ciebie napisać.]
Wiadomość wyświetliła się jako przeczytana, ale on nie odpisał. Zamiast tego zadzwonił.
Madelyn odebrała z bezwyrazową twarzą: — ...Halo, Bracie...
— Madelyn, to ostatni raz. Następnym razem, zanim cokolwiek zrobisz, zadzwoń do mnie! — W jego głosie brzmiała nuta gniewu, niepozostawiająca miejsca na negocjacje.
— Dobrze, rozumiem — odpowiedziała posłusznie Madelyn.
Będąc żoną Zacha przez osiem lat w swoim poprzednim życiu, Madelyn znała go dobrze. Chciał, aby wszystko było robione po jego myśli i żądał niezachwianego posłuszeństwa. Z czasem przyzwyczaiła się do tej dynamiki i posłusznie stosowała się do każdego jego słowa.
















