ELENA
Pięć lat później
Kiedy stałam na tyłach tłumu, w powietrzu wisiała ciężka cisza, przerywana jedynie sporadycznymi szeptami i pociąganiem nosami przez niektórych członków watahy. Pięć lat temu opuściłam tę watahę i jej członków na dobre.
Niektórzy odwracali się, widzieli mnie i mieli na twarzach to irytujące, litościwe spojrzenie.
Skrzywiłam się mocno.
Dlaczego mieliby mi współczuć? To nie ja umarłam. To Alfa, Gamma i, niestety, mój ojciec odeszli z tego świata. Według mojej matki byli w drodze na spotkanie, gdy ich samochód eksplodował w wyniku wybuchu bomby; wszyscy trzej zginęli.
Matka nie zadzwoniła do mnie natychmiast po tym, co się stało. Zadzwoniła dwa dni później i powiedziała, że pogrzeb jest dzisiaj. Mimo że od roku nie zamieniłyśmy ze sobą słowa, uważała, że powinnam być na pogrzebie ojca. Odbyłam długą podróż do domu tylko po to, by stać na tyłach tłumu ze swoimi 170 centymetrami wzrostu i słuchać smutnego wycia oraz przerażających pożegnań.
Nie widziałam tych, którzy stali z przodu, ale dostrzegłam nowego Betę, groźnego wilka z blizną na twarzy, stojącego pod ścianą z pochyloną głową i napiętymi ramionami.
Gdy ceremonia dobiegła końca, członkowie watahy podchodzili do prowizorycznego ołtarza, zostawiali kwiaty i rozchodzili się do domów. Wkrótce przyszła moja kolej. Nie miałam kwiatów, słów ani darów dla ojca czy reszty. Po prostu stanęłam przed ołtarzem, wpatrywałam się w zdjęcia zmarłego ojca i przez kilka minut nie mówiłam nic. To samo „nic”, którym raczyliśmy się nawzajem przez pięć lat.
— Spóźniłaś się — poskarżyła się matka za moimi plecami.
— W ogóle nie chciałam przyjeżdżać — odszepnęłam. Powrót tutaj był zbyt bolesny. Moje relacje z ojcem popsuły się, gdy związałam się z Viktorem, ale stały się jeszcze gorsze, gdy opuściłam watahę, nie żegnając się z nim. Teraz go nie ma, a ja na zawsze straciłam szansę na naprawienie naszych stosunków.
— Nie chciałaś przyjść na pogrzeb własnego ojca! — podniosła głos. Była wściekła, a może i smutna. Nie zrozumiałaby, nawet gdybym powiedziała jej, co czuję.
Nie wiem, skąd wzięła siłę, by po stracie swojego mate wciąż stać prosto na nogach, ale być może to tylko maska.
Wzruszyłam ramionami, udając, że mnie to nie obchodzi. Przestali się o mnie troszczyć w momencie, gdy wybrałam Viktora zamiast nich, a ich rozczarowanie tylko wzrosło, gdy on zostawił mnie dla innej kobiety.
— Powinnaś przynajmniej mieć do niego na tyle szacunku, by pojawić się wcześniej i przynieść kwiaty — wycedziła przez zęby.
— Przynajmniej tu jestem — szepnęłam w stronę wiatru. — Jestem tutaj, tato. — Ostatnie słowa były cichsze, przeznaczone tylko dla jednej osoby.
Powinna być za to wdzięczna.
— Wybrałaś mężczyznę zamiast rodziny, Eleno. Kto by się na coś takiego nie wściekł? Uciekłaś, kiedy cię zostawił, nie dałaś nam żadnej szansy... — Wiem, że nieźle to wszystko schrzaniłam.
— Proszę, przestań. Nie tutaj. Porozmawiamy o tym później — skłamałam.
Ta obietnica była kłamstwem. Nie chciałam tu zostawać i rozmawiać o wszystkim, co się wydarzyło. Po prostu nie mogłam.
Gdy tylko stąd wyjdę za kilka minut, udam się do sąsiedniego miasta na lot, by wrócić do domu. Nie mogę pozwolić sobie na dłuższy pobyt. Jestem potrzebna u siebie, a to miejsce jest dla mnie zbyt toksyczne.
— Masz od niego jakieś wieści? — zapytała nagle. Oderwałam wzrok od zdjęcia ojca i odwróciłam się do niej.
— Od kogo?
— Od Viktora.
Cmoknęłam z niezadowoleniem. Był jednym z powodów, dla których przez te wszystkie lata nigdy nie chciałam wracać do tej watahy. Był dla mnie martwy i tak miało pozostać.
— On nie żyje.
Matka zmarszczyła brwi. — Nie, żyje. I przejmie obowiązki nowego Alfy tej watahy, skoro zmarły Alfa nie miał innego dziecka.
— Myślałam, że wszyscy go nienawidzicie za to, że jest bękartem — przypomniałam jej.
— Nie był tylko bękartem, Eleno. Był mącicielem i okropnym dzieckiem, a co gorsza, teraz jest Brutalem. Odkąd zmarła jego żona, stał się demonem. Ludzie boją się go wszędzie, gdzie się pojawi. Jest bezlitosny, dziki i zabójczy. Nazywają go „Zabójczym Brutalem” — wyrzuciła z siebie wszystkie te informacje w jednym zdaniu.
To nie była moja sprawa.
— Przestań o nim mówić — szepnęłam.
— Chodźmy do domu. Muszę ci przekazać parę rzeczy.
Wpatrywałam się w nią przez chwilę. — Idź przodem, będę tuż za tobą.
Skinęła głową, zgadzając się. Nie zamierzałam być za nią, byłam w drodze do wyjścia. Podniosłam kwiat, który upadł na gołą ziemię, i położyłam go przed zdjęciem ojca po raz ostatni, zanim na dobre opuszczę watahę.
Gdy przechodziłam przez ulicę, po drugiej stronie drogi zatrzymał się konwój i nagle poczułam zmianę w powietrzu. Wiatr przyniósł mi znajomy zapach, a w moich oczach pojawił się błysk rozpoznania.
To był zapach, z którym nie zetknęłam się od wieczności. Moje nogi wrosły w ziemię i poczułam, że nie mogę się ruszyć. Dokładnie po drugiej stronie drogi stał Viktor. Miał na sobie czarny garnitur i ciemne okulary, które skrywały jego oczy, ale wiedziałam, że patrzy prosto na mnie.
Czułam do niego jedynie nienawiść. Gdy tylko pomyślałam, że zamierza wykonać jakiś ruch, natychmiast odeszłam.
Nie chciałam oddychać tym samym powietrzem, co człowiek, który złamał mi serce i zostawił mnie w rozsypce. Odszedł, jakbym nic dla niego nie znaczyła, i wpadł w ramiona innej kobiety.
Pierwsze dwa miesiące po jego odejściu były koszmarne, ledwo potrafiłam podnieść się z podłogi. Doszłam do siebie tylko dzięki małemu cudowi, o którym dowiedziałam się już po jego odejściu.
Ból po rozstaniu był nie do zniesienia, a myśl o tym, że on jest z kimś innym, niemal mnie zniszczyła.
Nie! To MNIE zniszczyło.
Straciłam siebie! Na zawsze! I muszę stąd odejść tak samo, jak zrobiłam to lata temu.
Dzięki Bogu dom mojego ojca znajdował się w pewnej odległości od bramy. Dzięki temu udało mi się uniknąć matki. Wzięłam głęboki oddech, będąc zaledwie kilka kroków od wyjścia.
Nagle zatrzymali mnie wojownicy pilnujący bramy.
— Przepraszam, proszę pani, ale nie może pani wyjść.
Co?! Uniosłam brwi ze zdziwieniem.
— Słucham?
— Alfa Viktor nakazał nam nie wypuszczać nikogo z terenu watahy.
Miałam ochotę wybuchnąć głośnym śmiechem, ale byłam zbyt zszokowana.
— Przyjechałam tu rano tylko na pogrzeb ojca, nie możecie mi mówić, że nie mogę wyjść. — Wojownik nic nie odpowiedział, tylko się we mnie wpatrywał.
— Chcę wyjść w tej chwili! — krzyknęłam.
— Powinna pani wyjaśnić to z Alfą. Ja tylko wykonuję jego rozkazy.
Zacisnęłam pięści, starając się opanować buzującą we mnie wściekłość.
— Pierdol się! I pierdol się razem ze swoim głupim Alfą — rzuciłam cicho, wygrażając mu palcem.
Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam z powrotem do Viktora. Spotkanie z nim nigdy nie było w planach, ale spotkanie z nim i być może zabicie go stało się nowym planem.
















