ELENA
Przebywanie w jednym pomieszczeniu z człowiekiem, który złamał mi serce, sprawiało, że moja wilczyca była niespokojna. Oddychaliśmy tym samym powietrzem wbrew mojej woli, ale nie miałam wyjścia. Muszę opuścić to miejsce jeszcze dzisiaj.
— Elena — szepnął, wbijając we mnie wzrok. Stał wyprostowany, a jego wzrost podkreślał siłę, która nie osłabła przez te lata. Pod materiałem koszuli wyraźnie rysowały się mięśnie. Przyłapałam się na tym, że gapię się w jego oczy... te oczy, Boże! Kryły w sobie wspomnienia wspólnych chwil, a ja czułam, że znów zaczynam w nich tonąć.
Otrząśnij się! Potrząsnęłam głową, odzyskując zmysły.
Kiedy odeszłam spod bramy, nie znalazłam go tam, gdzie widziałam go wcześniej, ale Beta powiedział mi, że jest w gabinecie Alfy.
— Viktor — odpowiedziałam. Musiałam przygryźć język, żeby nie nazwać go „moim Viktorem”.
— Muszę opuścić tę watahę — zażądałam. Nie przyszłam tu, żeby go błagać czy negocjować. Stał za biurkiem, obserwując mnie tym swoim spojrzeniem. Patrzyłam wszędzie, byle nie na niego.
— Dlaczego? — zapytał.
— Chcę wyjść! Nie jestem tu po to, żeby dzielić się powodami czy składać ci wyjaśnienia. Chcę wyjechać, a ty masz podnieść ten swój zasrany służbowy telefon i zadzwonić do tych dupków przy bramie.
Spojrzał na mnie ze zdumieniem i nagle wzruszył ramionami. — Potrzebuję odpowiedzi. Jeśli jej nie usłyszę, zostajesz tutaj — odparł.
Parsknęłam na jego bezczelność, gdy usiadł wygodnie na swoim głupim, drogim mahoniowym krześle. Wszystko w nim mnie wkurzało.
Choć nie byłam mu winna żadnych wyjaśnień, nie miałam innego wyjścia, jak tylko mu ich udzielić. Z ważnego powodu — ze względu na sekretne dziecko, które zostawiłam w domu, musiałam wrócić.
— Przyjechałam dziś rano bez zamiaru zostawania i muszę wracać. — Skinął powoli głową kilka razy, jakby próbował nadać sens temu, co właśnie powiedziałam.
— Powiedz mi coś, Eleno. Czy twoja mama wie, że wyjeżdżasz?
— Moja rodzina to nie twój zasrany interes, Viktor. Potrzebuję od ciebie tylko jednej rzeczy i sądzę, że wyraziłam się jasno.
— Dobrze! Oto przepustka. Potrzebuję podpisu twojej matki, zanim pozwolę ci odejść.
Co?!
Po co ja tu przyszłam? Dlaczego po prostu nie zostałam w tyle? Odebrałam od niego papier i zdałam sobie sprawę, że potrzebne są dwa podpisy. Jego i mojej mamy.
— Podpisz to najpierw — oddałam mu dokument.
— Dlaczego miałbym to zrobić?
— Bo nie chcę tu wracać i znowu oglądać twojej gęby.
— Rozumiem, że mnie nienawidzisz, Kruszynko, ale będziesz musiała zobaczyć tę twarz jeszcze raz dzisiaj.
— Co?!
— Skoro nie jesteś członkiem tej watahy, musisz poprosić mamę o podpis i wrócić tutaj.
— Nie jestem dzieckiem. Nie potrzebuję podpisu matki na jakimś głupim świstku, żeby móc wyjechać. To jest porwanie. Trzymasz mnie tu wbrew mojej woli.
Zanim zdążyłam dokończyć zdanie lub mrugnąć, był już tuż przede mną. Jak on to zrobił?
Zrobił krok, ja się cofnęłam. Zrobił dwa kroki, ja trzy i tak to trwało, aż poczułam plecami drzwi. Jego oczy trzymały moje w uwięzi, nie mogłam odwrócić wzroku.
— Gdybym cię porywał, Kruszynko, wiedziałabyś o tym. Leżałabyś związana w moim pokoju, na moim łóżku, naga, podczas gdy ja znalazłbym lepsze zajęcie dla tych twoich pyskatych ust — szepnął mi do ucha, nachylając się bliżej. — Zdobądź podpis matki i wróć, żeby ze mną porozmawiać.
Nagle otworzył drzwi. Serce waliło mi jak szalone, a nogi drżały. Rzuciwszy mu wściekłe spojrzenie, wyszłam z gabinetu.
Jego Beta czekał przed drzwiami z szerokim uśmieszkiem na twarzy. Nie wiedziałam, czy czekał na mnie, czy na Viktora, ale kiedy wszedł do biura, poznałam odpowiedź.
Wkrótce dotarłam do domu i zastałam matkę w kuchni.
— Elena, co ci zajęło tyle czasu? — zapytała. — Robię kolację. Powinnaś iść na górę i się odświeżyć, twój stary pokój jest dokładnie taki, jak go zostawiłaś — zaśpiewała wesoło. Jak ona może być taka szczęśliwa, skoro jej mate właśnie zmarł? Odepchnęłam tę myśl i skupiłam się na własnej sprawie.
— Nie mogę tu zostać!
Jej ręka przestała nakładać jedzenie na talerze, gdy odwróciła się do mnie.
— Słucham?
— Tutaj, podpisz to. Najwyraźniej potrzebuję twojej zgody, żeby stąd wyjechać.
— Co takiego?
Wzruszyłam ramionami. — Wyjeżdżam i potrzebuję twojego podpisu, żeby mnie wypuścili — powtórzyłam.
— Przecież dopiero co przyjechałaś — odpowiedziała z niedowierzaniem w oczach.
— Tak! I dzisiaj wyjeżdżam. Czego ty ode mnie chcesz, mamo? Żebym siedziała i udawała, że wszystko jest w porządku? Jakby ostatni raz, kiedy rozmawiałyśmy, nie był rok temu? Żebym udawała, że tatę by to w ogóle obchodziło, że jestem w jego domu?
— Co się z tobą stało, Eleno? Zmieniłaś się, nigdy wcześniej nie używałaś słowa na „k” — Wzięłam głęboki oddech. — Proszę, podpisz to — błagałam. To była moja ostatnia deska ratunku.
Potrząsnęła głową. — Nie mogę tego podpisać. Nie! Nie podpiszę. Chyba że zostaniesz tu na dwa dni, wtedy rozważę podpisanie tego.
Co jest, do cholery, nie tak ze wszystkimi w tej przeklętej wataże?
— Proszę, mamo. Musisz to podpisać, po prostu musisz.
— Czy tak bardzo mnie nienawidzisz, że nie możesz ze mną wytrzymać dwóch dni?
Moja matka była uparta. Zuchwale uparta.
— Tu nie o to chodzi. Tak, nienawidzę cię, nienawidzę siebie i nienawidzę wszystkiego, ale tu nie chodzi o ciebie ani o mnie. Muszę wyjechać, proszę, proszę. Nie mogę spóźnić się na ten lot.
Moja desperacja chyba do niej dotarła, bo zatrzymała się na chwilę, by mi się przyjrzeć. Łzy, o których nie wiedziałam, że je powstrzymuję, spłynęły mi po policzkach, a ja szybko je otarłam.
— Co się dzieje, Eleno? Czy Viktor znowu cię skrzywdził?
Szlag! O czym ona teraz, do diabła, mówi?
Wzięłam głęboki oddech, zanim wypowiedziałam kolejne słowa.
— Czeka na mnie dziecko. Nie stać mnie na nianię, to dziecko jest samo w domu, wystraszone i pewnie głodne, więc błagam cię o wszystko, podpisz... — Nie dokończyłam zdania, bo matka wyrwała mi papier z ręki i szybko go podpisała.
Przez chwilę wpatrywałyśmy się w siebie nawzajem, a w jej oczach widziałam tysiące pytań.
— Później — obiecałam szczerze, a ona skinęła głową.
Pędząc z powrotem do gabinetu Alfy, nie fatygowałam się, by zapukać. Wpadłam do środka i rzuciłam świstek na jego biurko z głośnym hukiem.
Robiło się późno, a ja musiałam natychmiast wyjechać.
— Podpisz to, Viktor — nie dbałam nawet o pozostałe dwie osoby w pokoju. Moja uwaga skupiona była na dupku przede mną.
— Nie! Nikomu nie wolno opuszczać watahy, dopóki nie skończę śledztwa w sprawie śmierci poprzedniego Alfy, twojego ojca i reszty.
Okłamał mnie! Ten drań znowu mnie okłamał, a ja głupio mu uwierzyłam.
















