Pierwszy Rozdział
Wyobraziłam sobie, jak Cassian Valemont stąpa po ciałach swoich czterech żon. Czy krzyczały? Czy zwlekał, by napawać się tym dźwiękiem, czy też kroczył dalej, polując już na narzeczoną numer pięć?
– Atasho, rada zapewniła nas, że to małżeństwo ma jedynie udobruchać młodego lorda. To nic więcej jak formalności – głos matki wyrwał mnie z otępienia.
Małżeństwo.
Tak. Małżeństwo z samym Cassianem Valemontem.
Przycisnęłam dwa palce do gładkiej skóry nad sercem i spróbowałam, ten ostatni, daremny raz, poczuć pod nią choćby cień futra. Nic. Pustka, taka sama jak wczoraj, taka sama jak każdego dnia od moich szesnastych urodzin.
Bez wilka.
To słowo odbiło się echem wraz z grzmotem uderzającym w dach sali narad. Każdy pomruk burzy brzmiał jak skandowanie wyroku, z którym żyłam od czterech lat: bezużyteczna, słaba, zbędna.
Gdyby tamtej nocy obudził się mój wilk, czy wciąż wysłaliby mnie na północ jako piątą narzeczoną Cassiana Valemonta?
Przeniosłam wzrok z powrotem na rodziców. Oboje milczeli, oboje czekali, aż powiem „tak”.
Ojciec pierwszy przerwał ciszę. – Jeśli odmówisz, traktat zostanie zerwany. Nightfall zostanie samo. Król Alfa nie ochroni nas, gdy nadejdzie Kłowy Demon.
Genevieve, moja matka, odezwała się jako następna. – Pomyśl o siostrze. Celeste to przyszłość tej watahy. Nie możemy pozwolić, by poślubiła tego człowieka. Północ jest zbyt daleko od naszego stada. Jak miałaby podróżować... – urwała. – Atasho... ty jesteś inna. Musisz poślubić lorda w jej zastępstwie.
Spojrzałam na twarz, która kiedyś promieniała dumą. – Lord Cassian był żonaty cztery razy – powiedziałam beznamiętnie. – Trzy z nich zmarły w noc poślubną. Czwarta wytrzymała tydzień. – Poślubienie lorda Cassiana byłoby poślubieniem własnego mordercy. Jak mogli wysyłać mnie na pewną śmierć?
Matka nawet nie drgnęła. – Teraz jest wdowcem – odpowiedziała szybko. – Wysłannik przysiągł, że ten związek będzie istniał tylko na papierze. Nie zostaniesz w jego zamku. Po ceremonii możesz zamieszkać, gdzie zechcesz. Z dala od niego. Spokój, Atasho. Wolność. Tego właśnie pragniesz.
Spokój. To słowo brzmiało pusto.
Minęły cztery lata od moich szesnastych urodzin, od kiedy nie udało mi się przemienić, a każdy kolejny dzień udowadniał, jak mało cenią córkę bez wilka.
Znów zagrzmiało.
Ojciec pochylił się nad pergaminem, pióro skrobało, kreśląc ostateczne warunki. Matka przysunęła się bliżej. – Ten układ ratuje Celeste i zabezpiecza watahę. Wreszcie będziesz wolna od wszelkich obowiązków. To wolność, której pragniesz.
Wolność. Życie przy granicy, być może. Gdzieś, gdzie nikt nie kłopotałby się szeptaniem słowa „człowiek”. Ale jak mogli używać słowa wolność, próbując przekonać mnie do poślubienia lorda Cassiana? Jasne. Nic tak nie mówi „wolność”, jak oddanie się w ręce zabójcy żon.
Ale jeśli go nie poślubię? Kto to zrobi? Celeste?
Wyobraziłam sobie Celeste w bieli u boku Króla Alfy. Tak, Celeste powinna stać obok Króla Alfy, a nie obok szalonego brata Króla.
Jeśli poślubienie Cassiana Valemonta oznaczało ochronę Celeste i zabezpieczenie Nightfall, zrobię to. Nawet córka bez wilka mogła się na coś przydać.
Ocalę Celeste, nawet jeśli przypłacę to życiem. Moja dłoń zadrżała na piórze, po czym zmusiłam ją do bezruchu i złożyłam staranny podpis – Atasha Genevieve Black.
Nie było oklasków. Takie układy na nie nie zasługiwały.
Przy drzwiach Celeste złapała moje spojrzenie i bezgłośnie wypowiedziała dwa słowa. Dziękuję ci.
Po prostu skinęłam jej głową. To nie była jej wina. To nie była niczyja wina. Wiedziałam, że obie jesteśmy ofiarami okoliczności i że gdyby dano jej wybór, Celeste nigdy nie pozwoliłaby mi poślubić tej bestii.
– Cassian Valemont przybędzie jutro wieczorem – powiedział ojciec. – Przyjedzie odebrać pannę młodą. Spakuj swoje rzeczy. Dopilnujemy, by twój posag był wystarczający. Nie musisz myśleć o niczym innym.
Skinęłam głową, gdy deszcz mocniej zaciął o dach.
Gdy atrament wysychał, wyprostowałam plecy. Potem opuściłam pokój bez słowa.
Małżeństwo z Cassianem Valemontem.
Tym Cassianem Valemontem. Bratem Alfy. Tym, który nie słuchał rady, nie odpowiadał przed Królem. Tym, który prowadził Armię Króla niczym ogar wojenny spuszczony ze smyczy. Człowiekiem, który zabił każdą ofiarowaną mu żonę. Być może moje marzenie o życiu na pograniczu było tylko bajką. Może jednak nie było mi pisane życie przy granicy.
Docierając na szczyt schodów, skręciłam w prawo.
Mój pokój znajdował się na poddaszu. Kiedyś był to składzik.
Kiedy Celeste poprosiła o większy pokój na drugim piętrze, nikt nie oponował. Mnie po cichu kazano przenieść się na górę. Nigdy nie narzekałam. Narzekanie było bezcelowe, gdy nie miało się nawet wilka.
Wchodząc do środka, zamknęłam za sobą drzwi.
Poddasze wydawało się klaustrofobiczne – niski, skośny sufit napierał na pojedyncze drewniane łóżko, zniszczoną komodę i kufer pod oknem. Wytarty dywan ledwie zakrywał wypaczone deski podłogowe, a pajęczyny czepiały się każdego kąta.
Dziś wiatr wył, a deszcz chłostał szyby, błyskawice wycinały poszarpane cienie wśród drzew. Niestety, nie miałam czasu, by rozwodzić się nad burzą.
Lord Cassian przybywa jutro. Pot poczułam na dłoniach, gdy wyciągałam skórzany kufer spod łóżka. Z jękiem otworzyłam go, a chmura cedrowego pyłu odsłoniła te same wyblakłe bawełniane sukienki, które nosiłam od siedemnastej zimy, i nic solidniejszego niż szal.
Wsunęłam dłoń między warstwy bawełny. Już czułam przeciągi wdzierające się przez deski poddasza jak noże. Jeśli ten pokój mnie wyziębiał, co zrobi ze mną północna twierdza?
Północ to kraina, gdzie słońce rzadko wschodzi, miejsce, gdzie szron pokrywa kamienie nawet w południe. A jednak stałam tutaj, składając koronki do kufra, jakby miały jakiekolwiek szanse w starciu z zimnem.
Zaczęłam szukać czegoś, co przynajmniej zapewni mi ciepło.
Po czasie, który zdawał się wiecznością, znalazłam tylko jedno okrycie wystarczająco grube, by nazwać je płaszczem. Była to stara narzutka myśliwska ojca, wełna pocięta przez rzepy, pachnąca słabo dymem sosnowym. Narzuciłam ją na ramiona, wyobrażając sobie północny wiatr wyjący w zamkowych korytarzach, i wcisnęłam płaszcz do kufra.
Potem wzięłam narzutę Celeste z nogi mojego łóżka. Granatową, wyszywaną srebrną nicią w drobne księżyce. Przysięgała, że będzie odstraszać koszmary. Ostatnia noc dowiodła czegoś innego.
Teraz kufer był w połowie pełny, w połowie pusty. Dociskając wieko, zapięłam mosiężny zatrzask. Skóra skrzypnęła, protestując pod ciężarem, tak samo jak moje serce.
Gdyby mój wilk się obudził, czy w ogóle bym tu była, pakując się na własny pogrzeb?
Jutro Lord Tyran zabierze swoją narzeczoną pod północne mury, a ja przybędę ubrana w stroje przeznaczone na lato. Cóż, i tak nie przeżyję tego małżeństwa. Będę miała szczęście, jeśli wytrzymam miesiąc. Nie. Tydzień.
Kolejny błysk rozdarł niebo. Grzmot trzasnął tuż za nim, wystarczająco głośno, by zatrząść oknem.
Wtedy zasłona uniosła się gwałtownie, jakby coś przetoczyło się przez pokój.
Zaskoczona wstałam i podeszłam do okna. Znowu zatrzask, pewnie. Zawsze luzował się podczas burz.
Moje palce sięgnęły po niego... po czym zamarły w powietrzu.
Powietrze się zmieniło.
To był ten rodzaj zmiany, który instynkt każdego wilka rozpoznawał natychmiast. I od razu wiedziałam, że to nie tylko z powodu wiatru.
Ktoś jeszcze tu był.
Klatka piersiowa ścisnęła mi się, gdy zasłony odskoczyły na bok. Nie śmiałam mrugać, wytężając wzrok, by odczytać ciemność. Wtedy go zobaczyłam. Mężczyzna, stojący niezbyt daleko ode mnie. I nie zajęło mi zbyt wiele czasu rozpoznanie tej twarzy.
To był on! Wdech uwiązł mi w gardle.
Cassian Valemont!
Błyskawica pękła na niebie, wyrysowując jego szerokie ramiona i twarde rysy. Ubrany na czarno, stał nieruchomo w nogach mojego łóżka.
Przez długą, napiętą chwilę w pokoju zapadła cisza, gdy jego oczy barwy polerowanej stali mroziły mnie do szpiku kości, a jednak nie mogłam odwrócić wzroku.
Widziałam go już wcześniej, raz u boku Króla podczas koronacji, raz na przesiąkniętym krwią polu bitwy. Ale to było co innego. To nie był człowiek widziany z daleka. To był lord tyran stojący w moim pokoju. W moim milczeniu.
Ten Cassian Valemont.
Ten, przed którym matki ostrzegały swoje dzieci.
A teraz był tutaj, jakby ta noc – ta burza – należała do niego.
Wtedy się uśmiechnął. – Podpisałaś swoje imię jak owieczka. Ciekawi mnie to... – jego wzrok przesunął się na moje gardło. – Czy twój ostatni krzyk zabrzmi jak ryk wilka, czy jak beczenie owcy?
