– Odłóż to.
– Ostrożnie, panie – powiedział mężczyzna, nie odrywając ode mnie wzroku. – To wiedźma. Wiedźmy potrafią zmieniać wygląd i łatwo cię oszukać. Trzeba je zabijać.
Cassian zmarszczył brwi. Zerknął na mężczyznę.
– Czujesz siarkę?
Mężczyzna zamrugał, zdezorientowany.
– Nie, panie.
– Czujesz coś zgniłego?
– ...Nie.
Cassian spojrzał z powrotem na mnie, po czym uśmiechnął się blado.
– Więc to nie jest wiedźma. Tylko bezbronna Omega.
Uścisk mężczyzny nie zelżał. Jego wzrok przeskakiwał na Cassiana, jakby bił się z myślami, czy usłuchać.
– Nie zmuszaj mnie, bym się powtarzał. – Głos Cassiana nie podniósł się. Nie musiał.
Ciśnienie w pomieszczeniu natychmiast uległo zmianie. Nastała ta specyficzna cisza, która poprzedza przelanie krwi.
W końcu ostrze opadło.
Pieczenie przemknęło przez moje gardło, tylko cienka linia, płytka, ale piekła. Drań spojrzał na mnie wrogo, jakbym to ja była temu winna.
Cassian na mnie nie patrzył.
– Wyjdź.
Mężczyzna nie drgnął.
Spojrzenie Cassiana wyostrzyło się.
– Powiedziałem: wyjdź i udaj się do sali pokutnej na tydzień.
Napięcie wisiało w powietrzu o uderzenie serca zbyt długo. Wreszcie mężczyzna skłonił się sztywno i obrócił na pięcie. Drzwi zamknęły się za nim.
Westchnienie ulgi wyrwało mi się z ust. Moja dłoń zawisła w pobliżu szyi. Podobnie jak w przypadku skaleczenia na dłoni, rana na mojej szyi zniknęła. Przełknęłam ślinę i spojrzałam na Cassiana.
– Czy ktoś jeszcze o tym wie? – zapytał.
Wypuściłam krótki oddech i potrząsnęłam głową.
– Widziałeś, jak zareagował twój człowiek. Jak myślisz, co zrobiłby mój ojciec? – Gorzki śmiech wyrwał mi się, zanim zdążyłam go powstrzymać. – Nie potrzebowałby miecza. Sam oddałby mnie Radzie. – Zabicie wiedźmy to honor. Ale przekazanie jej Radzie przyniosłoby im zasługi.
– Nawet twoja urocza młodsza siostra? – zapytał.
Potrząsnęłam głową.
– Nie chciałam jej na nic narażać ani zmuszać do ukrywania tego sekretu dla mnie. To było brzemieniem. – To była szczera odpowiedź. Jak mogłabym pozwolić Celeste dźwigać to brzemię razem ze mną? Współpraca z kimś, kogo uważano za wiedźmę, jest karana śmiercią.
Cassian nic nie powiedział.
Zamiast tego postąpił krok naprzód i ujął moją dłoń, tę, którą skaleczyłam.
Drgnęłam.
– Co ty...? –
Przyłożył ją do nosa, wdychając powoli, jakby zapamiętywał zapach.
Próbowałam się wyrwać, ale jego uścisk ani drgnął.
– Co robisz? – zapytałam, a moje serce zaczęło walić. Nie odpowiedział. Potem podszedł bliżej.
Jednym płynnym ruchem jego druga dłoń prześlizgnęła się za mnie. Bez słowa przycisnął twarz do boku mojej szyi.
Zamarłam.
Ciepło jego oddechu musnęło moją skórę. Jego uścisk na mojej dłoni pozostał mocny. Czułam jego solidny ciężar, zimną wilgoć płaszcza, cichą groźbę owiniętą wokół każdego cala jego bezruchu.
Serce obiło mi się o żebra – głośno, szybko, poza kontrolą.
Nie ruszał się. Nie od razu. Po prostu stał tam, wdychając mnie, jak drapieżnik katalogujący swoją ofiarę.
Kiedy w końcu się odsunął, jego oczy napotkały moje z ostrością, która przygwoździła mnie do podłogi.
– Nie pachniesz krwią – powiedział.
Moja twarz zapłonęła.
– Nie... panie. – Co ja sobie w ogóle myślałam? Oczywiście, próbował sprawdzić, jak dobra jest moja zdolność.
– A twoje rany są uleczone. Żadnych blizn ani śladów, że w ogóle tam były.
– Tak.
Bez wahania wziął sztylet z mojej ręki i przeciągnął nim po wnętrzu własnej dłoni.
Moje oczy się rozszerzyły.
– Co ty wypr... –
– Ulecz to. – To był rozkaz, któremu nie mogłam odmówić.
Zapatrzyłam się na niego. Szaleniec! Ten człowiek jest szalony! Mimo to ujęłam jego szorstką dłoń bez zadawania pytań.
Moje palce dotknęły rany.
I tak jak wcześniej, zniknęła.
Rozcięta skóra zrosła się bezszwowo. Żadnej krwi, żadnej blizny, nawet śladu. Jakby nigdy jej tam nie było.
Szybko cofnęłam rękę.
To nie było normalne. Nawet wśród wilków, nawet przy szybkiej regeneracji, to nie było to. To było coś innego. Coś niebezpiecznego.
Cassian spojrzał na swoją dłoń, po czym zachichotał.
– A więc... nie jesteś wiedźmą.
Nic nie powiedziałam. Moje ręce pozostały przy bokach, spokojne tylko dlatego, że je do tego zmusiłam.
Wszyscy wiedzieli, jak naznaczone są wiedźmy. Ich rytuały pozostawiały na skórze utrzymujący się smród siarki. Żadna magia nie mogła tego ukryć. Nawet najdoskonalsze iluzje z czasem gnily.
Wiedźmy polegały na skomplikowanych zaklęciach i starannych przygotowaniach. Żadna z nich nie potrafiła leczyć jednym dotykiem. Zawsze trzeba było coś oddać w zamian.
– Nie jestem – odpowiedziałam.
Cassian studiował mnie przez sekundę dłużej, po czym opuścił rękę.
– Mogę być użyteczna – powiedziałam cicho. – Jeśli oszczędzisz moją rodzinę... będę ci służyć. Będę ci winna życie. Zwiążę się z twoim imieniem.
Jego drwiący uśmieszek był natychmiastowy.
Odwrócił się, by stanąć w pełni przodem do mnie.
– A co sprawiło, że pomyślałaś, iż masz przewagę? – Jego głos był chłodny, rozbawiony. – Co podsunęło ci pomysł, że jesteś w pozycji, by stawiać warunki?
Słowa uwięzły mi w gardle. Kolana ugięły się pode mną.
– Mógłbym cię zmusić, byś mi służyła – powiedział, podchodząc bliżej. – I nawet król by nie zaprotestował. Mógłbym uczynić cię moim małym zwierzątkiem, a nikt nie odważyłby się zadawać pytań.
Otworzyłam usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Wstyd rozgrzał moją twarz, gdy spuściłam wzrok. Miał rację. Mógł po prostu zmusić mnie do posłuszeństwa, a ja byłabym bezsilna. Słaba.
– Proszę... – szepnęłam. – Oszczędź ich. Cokolwiek stanie się ze mną... po prostu ich nie krzywdź.
Przez chwilę milczał.
Wtedy nagle jego ramię wystrzeliło i chwyciło mnie.
– Hej!
Nie odpowiedział. Jedno ramię zacisnęło się wokół mojej talii, szarpiąc mnie do przodu tak szybko, że uderzyłam w jego klatkę piersiową. Powietrze uciekło z moich płuc.
– Co ty wyr... – Moje słowa urwały się.
Pochylił się blisko.
– Jaka naiwna – mruknął. – Pozwól, że pokażę ci, jak wspaniała jest naprawdę twoja rodzina.
A potem się poruszył.
Nie było czasu na walkę. Nie było czasu na myślenie. Podniósł mnie, jakbym nic nie ważyła, jedno ramię pod moimi nogami, drugie w poprzek pleców. Okno trzasnęło, otwierając się za nami. Zimne powietrze i deszcz połknęły nas w całości, gdy zeskoczył z dachu na znajomy balkon.
Poruszał się tak, jakby tu pasował, jakby to od zawsze był jego dom.
Zanim zdążyłam złapać oddech, cichy śmiech przesączył się przez drzwi balkonu. Zamarłam.
– Widzisz, Celeste? Zadziałało – głos mojej matki odbił się echem w moich uszach. – Te wszystkie lata udawania, traktowania jej jak jednej z nas. Opłaciło się.
Serce mi stanęło. Udawania? O czym one mówią?
– Sama podpisała ten traktat. Weszła prosto w to.
Zesztywniałam. Mówiły o mnie?
– Miałaś rację – powiedziała matka, a jej głos pęczniał dumą. – Przekonanie jej, że jesteś jedyną osobą, której może ufać... to wystarczyło. Poświęciła się bez pytań. Wiedziałam, że trzymanie jej przy sobie będzie użyteczne. Ostatecznie miałam rację.
– Mamo – powiedziała lekko Celeste. – Nie możesz tak mówić. Traktowałaś ją jak córkę przez lata... powinnaś przynajmniej czuć się trochę źle, prawda?
– Czuć się źle? Żartujesz? – Matka prychnęła. – Nie jest moją krwią. Twojego ojca też nie. Żerowała na nas wystarczająco długo. Karmiliśmy ją, ubieraliśmy, wychowywaliśmy, mimo że jest córką dzikusa. A teraz? Zrobiła jedyną rzecz, do której się urodziła – umrzeć za ciebie.
Ostry ból zakwitł w mojej piersi. O czym one mówią?
Głos Celeste rozbrzmiał ponownie, teraz cichszy, niemal rozmarzony.
– Chyba... świadomość, że zgodziła się bez przymusu z naszej strony, sprawia, że czuję się mniej winna. – Jej słodki głos popłynął w moją stronę. Jak mogła to powiedzieć? Jak mogła...
Mocny uścisk na moim nadgarstku przypomniał mi, żebym nie wydawała dźwięku. Spojrzałam na Cassiana. Uśmiechał się, zadowolony z tego, co słyszał.
– Nie rób tego – odpowiedziała matka. – To był twój pomysł. I zadziałał. Zabezpieczyłaś swoją przyszłość, sojusz naszego stada i nie musiałaś kiwnąć palcem. I za to... zasługujesz na nagrodę za całą tę ciężką pracę.
Nie oddychałam. Co to jest?
Co one mówią?
Moje dłonie zwinęły się w pięści, paznokcie wbijały się we wnętrza dłoni.
– Co to jest? – zapytała Celeste.
– Prezent – powiedziała. – Zasługujesz na to. To dzięki tobie to się udało.
– Nie powinniśmy jeszcze świętować – rzekła Celeste. – Lord Tyran jeszcze jej nie zabrał. Dopóki z nim nie wyjedzie... nic nie jest zagwarantowane.
– Przestań się martwić – powiedziała moja matka ze śmiechem. – Atasha jest niczym więcej jak twoim zwierzątkiem. Gdy Lord Tyran ją zabierze, jej los będzie przesądzony...
I w tym momencie... Wszystko we mnie pękło.
















