W dobre dni kocham moją najlepszą przyjaciółkę. W te naprawdę złe przypominam sobie, że ma dobre intencje.
Ale dzisiaj? Dzisiaj jest koszmarny dzień, a ja jestem wściekła.
Skala „dupy Hadesa” to i tak za mało. Wyrywam swoje dłonie z jej uścisku, a moja złość jest tak paląca, że przez chwilę naprawdę rozważam zepchnięcie jej z kanapy – dopóki nie zauważam, jak blisko jest stolik kawowy, i nie wzdrygam się w duchu.
Jestem wściekła. Ale nie na tyle, by zrobić jej krzywdę. Jeszcze nie.
– Nie wierzę ci! – Gwałtownie wstaję z kanapy i pędzę w stronę sypialni. Katia idzie tuż za mną.
– Przesadzasz, Ade. To przecież nic złego!
Zdejmuję lewy kapeć i rzucam nim w jej głowę, ale ona ma refleks bejsbolisty po latach rzucania piłką z tatą – i robi unik bez najmniejszego wysiłku.
Karci mnie wzrokiem, wygrażając palcem, jakby miała zamiar pouczyć niegrzecznego szczeniaka. – Podaj mi jeden sensowny powód, dla którego jesteś zła, a odpuszczę.
Nienawidzę, kiedy to robi. Osacza mnie, sprawia, że mój mózg ma zwarcie, a potem zagaduje mnie tak, że w końcu przyznaję jej rację. – Dopiero co zerwałam z Brooksem!
– Odmowa dostępu. – Zaczyna odliczać na palcach. – Po pierwsze, to palant. Po drugie, powinnaś iść naprzód. Po trzecie, on się żeni i dosłownie zaprosił cię na swój ślub. Na cholerny rejs.
Krzyżuje ręce na piersi, patrząc na mnie, jakbym to ja podejmowała za nią decyzje. – Adeline Louise Beaumont. Chyba nie mówisz poważnie.
Posyłam w jej stronę drugi kapeć i tym razem trafiam – prosto w jej ramię.
– Nie waż się mnie tak nazywać! – gotuję się. – I tu chodzi o zasady! Ciągle powtarzasz, jaki Brooks jest kontrolujący, ale ty jesteś tak samo zła! Powinnaś była mi powiedzieć, że się zaręczył. Nie miałaś prawa tego przede mną ukrywać i powinnaś była zapytać, zanim mnie na cokolwiek zapisałaś!
– Nie próbuj we wpędzać mnie w poczucie winy. – Ona też zaczyna kipieć złością. – Na nic cię nie zapisałam, tylko coś zasugerowałam. I nie porównuj mnie do tego bezużytecznego parzygnata.
Bierze wdech, a potem przeszywa mnie tak poważnym spojrzeniem, że nie potrafię odwrócić wzroku. – Proszę, powiedz mi, jaki masz plan? On organizuje miesięczny rejs ślubny. Znam cię. Nigdy nie odrzucisz zaproszenia. Pojedziesz, będziesz się torturować, a potem wrócisz do domu i będziesz oczekiwać, że ja pozbieram twoje kawałki.
Zaciskam usta. Nie mam nic do powiedzenia.
Wypuszcza powietrze, jakby wiedziała, że wygra tę kłótnię. – Nie płynę z tobą. Ale jeśli zgodzisz się na mój pomysł – bo nigdy bym cię do niczego nie zmuszała – to nie tylko będziesz miała towarzystwo przez cały wyjazd, ale jeszcze utrzesz nosa temu jego zadufanemu, chamskiemu pyszczydłu.
Nachyla się, a jej oczy błyszczą. – Wyobraź to sobie, Ade. Jego była narzeczona... spotyka się z jego ulubionym hokeistą.
Nie musiałam być menedżerką PR ani czytać w myślach, żeby wiedzieć, jak to wygląda.
Brooks miał obsesję na punkcie Reida Harringtona. Tyle pamiętałam. Jeszcze na studiach raz nie pozwolił mi usiąść na przednim siedzeniu swojego samochodu, bo Reid siedział tam kilka godzin wcześniej, a on nie chciał, żebym „popsuła jego talizman na szczęście”.
Myślałam, że żartuje, i mimo wszystko wsiadłam. Wybuchła z tego potężna awantura. Potem jego drużyna przegrała mecz, a on wyładował się na mnie, wrzeszcząc, że „nie może być z dziewczyną, która, kurwa, nie potrafi słuchać”.
To wspomnienie sprawia, że czuję w ustach gorycz. Pamiętam, jak płakałam Katii w mankiet, zastanawiając się, dlaczego po prostu nie zacznie chodzić z Reidem, skoro tak wiele dla niego znaczy.
Katia obserwuje mnie uważnie, wciąż szelmowsko się uśmiechając, ale widzę, że nadal jest mocno wkurzona. Ledwo trzyma nerwy na wodzy. Potem, bez słowa, odwraca się i idzie do swojego pokoju. Pewnie, żeby ochłonąć, i to pewnie wyjdzie nam na dobre. Gdyby została, zaraz znowu zaczęłybyśmy się kłócić.
Zatrzymuje się w drzwiach. – Myśl sobie o tym, ile chcesz, ale ja jem dziś kolację z Reidem. W tej tajskiej knajpie, o której wspominałam. – Zerka na mnie. – Nie naciskam, ale jeśli się zgodzisz, to może być wasze pierwsze oficjalne wyjście publiczne. Mogę kazać Reidowi zdjąć okulary przeciwsłoneczne i maskę. Wystroić się. Ale tylko jeśli sama tego chcesz, okej?
Jej spojrzenie łagodnieje, jakby widziała na mojej twarzy coś, z czego sama nie zdaję sobie sprawy. – Kocham cię, Adeline. Nawet jeśli czasem tego nie czuć.
Potem znika w swoim pokoju, cicho zamykając za sobą drzwi.
I wreszcie, po raz pierwszy dzisiaj, mogę odetchnąć.
____
Nigdy nie byłam dobra w makijażu. Odpalam na YouTubie poradnik nakładania tuszu do rzęs i niemal zapadam się w łóżko.
Na palcach jednej z idealnie wypielęgnowanych dłoni Katii mogłabym policzyć, ile razy w ogóle go miałam na sobie – i to tylko podczas sekretnych wyjść z nią, o których Brooks nigdy nie wiedział. Sadzała mnie wtedy, unosiła mój podbródek i „robiła mnie na bóstwo”, jak to nazywała. Wiem, że mogłabym teraz zapukać do jej drzwi, poprosić o pomoc i zmazać całe napięcie między nami. Ale nie chcę. Jeszcze nie.
Brooks nienawidził, gdy się malowałam. Czasami potrafił się wydrzeć tylko dlatego, że znalazł tubkę błyszczyka w mojej torebce.
Kręcę głową. To żałosna wymówka dla faktu, że nie potrafię nawet nałożyć tuszu. Pamiętam wzrok, jakim obrzuciła mnie Katia, gdy pierwszy raz powiedziałam jej, że unikam makijażu przez niego.
Teraz siedzę na łóżku w najładniejszej sukience, jaką mam – to przepiękna biała kreacja, którą Katia kupiła mi na urodziny w zeszłym roku. Zakładam kolczyki koła, a potem zbieram loki w prosty kucyk. I tak łatwo się skręcają, więc nie ma sensu ich rozpuszczać.
Filmik na YouTubie był łatwiejszy do naśladowania, niż się spodziewałam. Okazało się, że dzięki Katii miałam już większość potrzebnych kosmetyków. Kiedy patrzę w lustro, myślę, że poszło mi całkiem nieźle.
Wtedy nachodzi mnie myśl. Czy było warto? Przez te wszystkie lata udawać, że nie lubię makijażu. Udawać, że nie chcę wyglądać tak pięknie jak dziewczyny w mediach społecznościowych.
Wygląda na to, że rozstanie z Brooksem ma pewne plusy. Teraz mogę robić takie rzeczy, nie martwiąc się, czy on to zaakceptuje.
Chwytam czarną torebkę i rzucam ostatnie spojrzenie w lustro. Zatyka mnie.
Wyglądam... ładnie.
Oczy pieką mnie od niewylanych łez.
Kiedy ostatni raz podobałam się sobie?
Kiedy ostatni raz pozwolono mi o siebie zadbać?
Otwieram drzwi.
Katia stoi na zewnątrz, z ręką uniesioną w powietrzu, właśnie miała zapukać. Widzi mnie i zamiera, jej usta lekko się rozchylają, ale nic nie mówi.
Więc ja odzywam się pierwsza.
– Jestem gotowa. – Unoszę podbródek. – Sprawię, że ten palant pożałuje zmarnowania dziesięciu lat mojego życia.
Katia posyła mi najszerszy, najbardziej bezczelny uśmiech na świecie.
















