REID
— Czy ty nie powinieneś być jakimś celebrytą z pierwszej ligi? — pyta Adeline, mrużąc brwi. Przebiera nogami, próbując odzyskać równowagę, a ja nie mogę powstrzymać uśmiechu.
Jestem o całą głowę wyższy od niej i za każdym razem, gdy przechylam ją, by spojrzeć jej w oczy, ona posyła mi wściekłe spojrzenie. Za każdym razem mnie to śmieszy.
— Tylko w kręgach hokejowych — poprawiam ją. — Ale pewnie właśnie w tej chwili śledzą nas paparazzi.
To nawet nie jest pytanie — wiem, że tak jest. Od tygodni jestem gorącym tematem, odkąd wybuchło całe to zamieszanie z Sienną. Nawet po tym, jak potwierdziła, że nigdy się nie spotykaliśmy, szkody zostały już wyrządzone.
Teraz nie mogę nawet przejść ulicą, żeby ktoś za mną nie łaził. Mój management nie daje mi spokoju, a trener? Zjechał mnie już więcej razy, niż jestem w stanie zliczyć.
To wyczerpujące. Jedyne, co chcę robić, to grać w hokeja. Nigdy nie dbałem o sławę ani o to, by tłumaczyć się mediom, zwłaszcza teraz, gdy przylepiono mi łatkę „niegrzecznego chłopca hokeja”, który nie potrafi utrzymać rąk przy sobie.
Nie wchodzę w związki. Nazywajcie mnie jak chcecie, ale nigdy w tej kwestii nie kłamałem.
W przeciwieństwie do mnie, Adeline najwyraźniej nie spodziewała się takiej odpowiedzi. Błyskawicznie robi mi się głupio, gdy widzę, jak jej twarz blednie.
— Och.
Drży, więc bez zastanowienia zdejmuję marynarkę i narzucam ją na jej ramiona. Jej brwi wędrują wysoko w górę, niemal niknąc pod linią włosów.
Chichoczę. — Mamy być w sobie zakochani, pamiętasz?
— Och — mówi ponownie, tym razem nieco ciszej.
To boleśnie oczywiste, jak bardzo jest zdenerwowana — wierci się, przestępuje z nogi na nogę, ledwo nawiązuje ze mną kontakt wzrokowy. To urocze.
Ona jest urocza.
Myślałem tak już na studiach. Adeline zawsze miała w sobie to ciche, niewymuszone piękno — wielkie, ciemnobrązowe oczy, usta, które naturalnie układają się w łuk Kupidyna, i ciepłą, brązową skórę, która jakimś cudem promienieje bardziej, niż zapamiętałem.
Pamiętam o niej wszystko, dlatego wydało mi się to takie dziwne, gdy rzuciła mi to swoje „miło cię poznać”, jakby nie miała pojęcia, że prześladowała moje myśli przez lata.
Może to dziwne, że zauważam tak wiele u wieloletniej dziewczyny mojego byłego kolegi z drużyny, ale nigdy nie mogłem na to nic poradzić. Nawet wtedy nie rozumiałem, co ona w nim widziała.
Brooks był dumnym, pretensjonalnym dupkiem — nie w ten zabawny sposób jak Grant, ale w ten wyrywający włosy z głowy styl, który jakimś cudem opanował do perfekcji. I wcale nie był lepszy dla Adeline.
Widziałem wielu facetów, którzy w szatni zachowywali się jak dranie, ale przy swojej dziewczynie zamieniali się w anioły. Ale nie Brooks. On był dupkiem w każdym calu.
W moim żołądku zawiązuje się mały, pełen poczucia winy supłał. Kiedyś miałem nadzieję, że ona i Brooks zerwą.
Teraz, gdy tak się stało, wiem, że powinienem czuć się jak śmieć za to, że w ogóle tego pragnąłem. Ale nie jestem aż tak dobrym człowiekiem.
Jesteśmy na parkingu, czekając, aż Garry i Katya skończą to, co do cholery właśnie robią. Jest późno, powietrze jest rześkie, a Adeline stoi przede mną, wiercąc się, jakby próbowała zająć się czymkolwiek.
Wciąż walczy z moją marynarką, nie mogąc trafić rękami w rękawy, a ja przyglądam się temu z rozbawieniem, słysząc, jak mruczy pod nosem z frustracją. Jej sukienka jest wspaniała — dopasowana, elegancka — ale bez rękawów, i zimno wyraźnie daje jej się we znaki.
Wzdycham, odpychając się od mojego samochodu — czarnego Porsche, które pieszczotliwie nazwałem Angel — i podchodzę do niej. — Daj spokój — mówię, chwytając za kołnierz marynarki i wprowadzając jej ręce w rękawy. — To nie puzzle, wiesz?
Fuka, a jej policzki stają się lekko różowe — nie jestem pewien, czy z zażenowania, czy z zimna. — Była dziwnie złożona — kłóci się.
— Jasne — cedzę, powstrzymując uśmieszek, gdy poprawiam marynarkę na jej ramionach. Praktycznie ją pożera, rękawy zwisają poza czubki jej palców i z jakiegoś powodu ten widok sprawia, że coś zaciska mi się w piersi.
Patrzy wtedy na mnie z lekko rozchylonymi ustami, jakby miała coś powiedzieć. Zanim jednak zdąży, powietrze przecina głośny gwizd.
— Cholera, stary, szybko działasz.
Garry. Oczywiście.
Adeline praktycznie odskakuje ode mnie, a ja kręcę głową, odwracając się, by zobaczyć, jak Garry spaceruje w naszą stronę z Katyą u boku. Oboje wyglądają na zbyt rozbawionych jak na mój gust.
Garry uśmiecha się szeroko, krzyżując ramiona. — Więc co nas ominęło?
Adeline pośpiesznie mruczy: „Nic”, w tym samym czasie, gdy ja mówię: „Adeline i ja właśnie robiliśmy plany na wspólne wyjście”.
Zarówno Garry, jak i Katya unoszą brwi.
— Robiliśmy? — pyta Adeline, odwracając się do mnie.
— Robiliście? — wtóruje jej Katya z założonymi rękami.
Przygryzam wargę, by nie uśmiechnąć się na widok zdezorientowania Adeline i skinieniem głowy wskazuję na Garry'ego. — Odwieź Katyę bezpiecznie do domu.
Katya mruży brwi. — Jest ledwo siódma. Gdzie ją zabierasz?
— Nie jesteś moją mamą, Kat — wtrąca się Adeline, wywracając oczami. — I nie mam godziny policyjnej.
Garry gwiżdże cicho pod nosem. — Cholera. No to chyba zajmiemy się swoimi sprawami.
Katya wzdycha, ale nie naciska. Zamiast tego mierzy mnie spojrzeniem, które mówi wyraźnie: „Nie bądź idiotą”.
Przyjąłem do wiadomości.
Zanim Adeline i ja wsiadamy do auta, rzucam Katyi suche spojrzenie. — Mogliby chociaż próbować być subtelni. Zachowują się, jakbyś osobiście dała im cynk.
Za jednym z zaparkowanych samochodów jakiś mężczyzna unosi aparat, robiąc zdjęcie Adeline wsiadającej do środka.
Katya wzrusza ramionami, zupełnie niewzruszona. — Nieważne. Po prostu zabierz ją gdzieś, gdzie będą mogli zrobić naprawdę ładne zdjęcia.
Prycham. — Jesteś okropną osobą.
Ona uśmiecha się kpiąco. — Z wzajemnością, nieudaczniku.
Żegnamy się, a ja odpalam silnik, nie mając w głowie żadnego konkretnego celu. Adeline rozgaszcza się na siedzeniu pasażera, ustawiając radio, jakby była tu tysięczny raz. Przełącza stacje, aż trafia na rapowy kawałek, lekko podrygując głową.
Zerkam na nią z uniesionymi brwią. — Słuchasz Kendricka Lamara?
Posyła mi spojrzenie z ukosa. — A ty nie?
Słuszna uwaga. Ale i tak bym nie zgadł. Katya — może. Ale Adeline? Po prostu nie wygląda na taką osobę.
Uśmiecham się i podgłaśniam radio. — Nie brałem cię za dziewczynę lubiącą rap.
Wzrusza ramionami, patrząc na drogę przed nami. — Nie oceniaj książki po okładce, Reid.
Touché.
— Więc dokąd jedziemy? — pyta, a na jej ustach błąka się uśmiech. Może to przez muzykę, ale wydaje się autentycznie podekscytowana. Splata dłonie, a kiedy patrzy na mnie tymi swoimi pięknymi, sarnimi oczami, niemal zapominam o odpowiedzi.
Wzruszam ramionami. — Gdzieś, gdzie będziemy mogli porozmawiać bez głupoty Garry'ego czy... cóż, bez Katyi.
— Rozumiem to. — Kręci głową rozbawiona, po czym bawi się pasem bezpieczeństwa. — Wiesz, w ogóle nie zamierzałam się na to zgadzać. To głupie — wręcz żałosne — że potrzebuję udawanej randki tylko po to, by pójść na ślub mojego byłego. Ale co jest gorsze? Oddałam mu dziesięć lat życia, a on jakimś cudem znalazł wszystko, czego chciał, u kogoś, z kim spotyka się ledwie od roku.
Wyjeżdżamy z parkingu. Nie spodziewałem się, że otworzy się tak szybko, ale domyślam się, że musi. W końcu mamy spędzić z tym dupkiem cały miesiąc na rejsie.
I słyszeć to od niej na głos? To niekomfortowe. Wiedziałem, że pewnie tak się czuje, ale wiedzieć to nie to samo, co usłyszeć to bezpośrednio od niej.
— Wciąż go kochasz? — pytam, zanim zdążę się powstrzymać. Natychmiast tego żałuję. Głupie pytanie, Reid.
Wygląda na tak samo zaskoczoną, jak ja się czuję, ale zamiast kazać mi spadać, jak się spodziewałem, faktycznie się nad tym zastanawia.
— Tak i nie — mówi w końcu. — Czy kocham sposób, w jaki on kochał mnie? Ani trochę. Widziałam zdjęcia jego i jego narzeczonej, on wygląda inaczej — szczęśliwszy, lżejszy. Kiedy byliśmy razem, nawet gdy byliśmy zaręczeni, musiałam go błagać, żeby w ogóle rozważył ślub ze mną.
Śmieje się, ale to gorzki śmiech. I z jakiegoś powodu sprawia to, że boli mnie w klatce piersiowej.
— Boże, to takie żenujące — mruczy. — Ale z jakiegoś powodu łatwiej mi mówić te wszystkie upokarzające bzdury tobie niż Kat.
— To pewnie dlatego, że nie mam prawa cię oceniać — mówię po prostu. — I tak zamierzałem cię zapytać, jak się czujesz w związku ze ślubem, więc tak czy inaczej ta rozmowa musiała się odbyć.
— Tak. — Wypuszcza powietrze, odwracając się, by patrzeć przez okno. Wcześniejsza ekscytacja? Zniknęła. A to mi się nie podoba.
Wtedy dzwoni mój telefon. Zerkam na ekran i dostrzegam dwie pierwsze litery — Si
— zanim odrzucam połączenie. I w tej samej chwili wpada mi do głowy pomysł.
— Chcesz zrobić coś absolutnie szalonego? — pytam.
Unosi brwi. Mały znak życia. Małe zwycięstwo.
Uśmiecham się szeroko. — Uznam to za „tak”. — Potem, bez słowa, zawracam samochód.
















