NIHILUS
Ledwo zwracałem uwagę na jego twarz, wybierając kolejną igłę. — Dwa tygodnie temu, kiedy spróbowałem tego posłuchać po raz pierwszy, prawie zasnąłem. Nigdy nie zrozumiem, co ludzie widzą w muzyce. Ona naprawdę mi tego nie ułatwia.
Wbiłem igłę w jego serdeczny palec, co wywołało kolejny wrzask. O, to była dobra muzyka. Jedyna, którą kochałem. No i jeszcze płacz mojej siostry. Czekałem na niego i wkrótce sprawię, że będzie mi go śpiewać bez końca.
— Czy rozumiesz, jakie zniszczenia teraz zachodzą? — Skupiłem wzrok na igle, znajdując przyjemność w tym, jak przebijała pękniętą skórę jego czwartego palca, tocząc krew. — Uszkadzam twoje ścięgna i więzadła. Niedługo pojawi się opuchlizna i nie będziesz mógł poruszać palcami. Wiesz, czym są ścięgna i więzadła? — Przechyliłem głowę na bok, patrząc mu w twarz, ale ten skurwiel był zbyt zajęty skomleniem, by zwracać uwagę na moje słowa.
Wsunąłem ostatnią igłę w jego kciuk. Gotowe.
Krew zebrała się u nasady jego palców, plamiąc skórę jaskrawoczerwonymi smugami.
— Gdzie jest Yarik? — zapytałem z klinicznym chłodem.
— Błagam...! Błagam, nie wiem... —
Westchnęłam, znudzony jego żałosnymi próbami. Kiedy oni zrozumieją, że słowo „błagam” absolutnie nic dla mnie nie znaczy? Nada. Nic. Dlaczego inaczej nazywaliby mnie Nihilus?
Wyprostowałem się, podchodząc do stołu, by chwycić skalpel, który lśnił w migoczącym świetle.
— Błagam! Dlaczego to robisz? Grupa jest już rozbita. Rodzina Yarika już nie istnieje. Ja sam byłem w drodze z kraju, kiedy twoi ludzie mnie złapali. Czego chcesz więcej? — Ślina pryskała mu z ust, gdy krzyczał, a panika sprawiała, że mówił nieskładnie.
— Yarika — powiedziałem spokojnie, nie patrząc mu w twarz, gdy zdzierałem resztki koszuli z jego drżącego ciała.
Tak, grupa Yarika została roztrzaskana i obrócona w popiół, dokładnie tak, jak chciałem, ale w trakcie tego procesu straciłem czterech swoich ludzi. A to nie była strata, którą mogłem wybaczyć. Potrzebowałem, by Yarik zapłacił w kawałkach, powoli, wykwintnie.
— Powinien był odejść, kiedy go ostrzegałem cztery tygodnie temu — powiedziałem, a skalpel w mojej dłoni rysował niewidzialną linię na jego klatce piersiowej, wyznaczając ścieżkę, którą zaraz wyrzeźbię.
— Dlaczego? Naprawdę myślisz, że uda ci się wyeliminować każdego członka Nether-Network?
— Tak. — Moje oczy nie opuszczały powierzchni jego klatki piersiowej. — Chcesz wiedzieć dlaczego? Bo tobie i tobie podobnym nie wolno tu przebywać. Myślałem, że przez te lata wyrażałem się wystarczająco jasno.
Zamknął oczy, najwyraźniej czując ból od igieł wciąż tkwiących w palcach.
— Błagam! Ja... próbowałem przekonać Yarika, żeby odszedł, ale nie chciał słuchać.
Wzruszyłem ramionami. — Jaka szkoda.
Skalpel wbił się w jego pierś, tnąc między żebrami, wystarczująco głęboko, by przebić błony otaczające płuca.
Oddech Drakena zamarł, a krzyk uwiązł mu w gardle. Jego ciało drgało w więzach, ale te trzymały mocno.
— Niech to szlag, błagam! — wykrztusił.
— Nihilus i takie robactwo jak wy nigdy nie będą mogli współistnieć — kontynuowałem. — Kiedy to w końcu pojmiesz?
Wyciągając nóż, wróciłem do stołu, by wybrać małą szklaną buteleczkę z mojej kolekcji.
Moje kolekcje narzędzi tortur były moimi ulubionymi akcesoriami. Czasem żałuję ludzi, którzy zachwycają się biżuterią i całą resztą. Dlaczego nie potrafią dostrzec piękna w tej broni?
— Kapsaicyna — powiedziałem, odczytując etykietę na butelce, stojąc przed Drakenem. — Wiesz, co ci zrobi? Co zrobi z raną na twojej piersi?
Otworzyłem butelkę. — Będzie piec i aktywuje twoje receptory bólu. — Przechylając butelkę nad nacięciem, pozwoliłem płynowi kapać powoli, boleśnie, na surowe ciało.
Krzyk Drakena przeciął powietrze niczym syrena. Jego ciało wygięło się na krześle, jakby mogło uciec przed bólem przeszywającym każdą komórkę.
— Będziesz miał wrażenie, jakby tysiące małych igiełek nakłuwało twoją skórę jednocześnie — dodałem, wyjaśniając dokładnie to, co czuł. — A kiedy minie pierwszy szok, ból będzie tętnił z każdym uderzeniem serca.
— Och, błagam!!! — Jego głos rwał się w czystej męce.
Draken nie był tak żałosny trzy tygodnie temu. Wtedy był jednym z lojalnych ludzi Yarika, załatwiając sprawy i przelewając krew dla tej psiej rodziny.
Ci ludzie... byli gorsi niż mafia, więc nie mogłem ich tak nazywać. Ich działalność obejmowała morderstwa na zlecenie, handel narkotykami, porwania, sieci prostytucji, handel organami i wiele innych potworności, jakie można sobie wyobrazić.
Byli znani jako Ludzie Nether-Network.
Nie miałem nic do ich interesów. Nie byłem świętym — i nie miałem najmniejszego zamiaru nim zostać — więc gówno mnie obchodziło życie, które odbierali, czy te wszystkie obrzydliwe rzeczy, które robili. Po prostu nie chciałem dzielić z nimi mojego terytorium.
A najciekawsza część? Moje terytorium było nieskończone. Było wszędzie tam, gdzie powiedziałem, że jest.
Gdy dowiedziałem się, że niektórzy ludzie z Nether-Network byli odpowiedzialni za zniszczenie mojej rodziny szesnaście lat temu, zacząłem ich nienawidzić. Chciałem, by się mnie bali i mnie czcili; spędziłem wiele lat, by to osiągnąć.
Nie zostałem Rzeźbiarzem przez granie dręczącej muzyki — jak Vae. Zostałem Rzeźbiarzem, ponieważ zadawałem ludziom niewyobrażalny ból.
Zawsze interesowałem się ludzkim ciałem i uważałem za błogosławieństwo to, że mogłem je studiować. To było proste... i interesujące.
Nieważne, jak twardy był mężczyzna, nie wytrzymałby w pokoju ze mną nawet pięciu minut bez załamania się. Rzucałem najpotężniejszych ludzi na kolana w kilka sekund. Rozbijałem najsilniejsze grupy Nether-Network w zaledwie parę tygodni.
Początkowo, kiedy zaczynałem, myśleli, że to żart. Pierwszy lider grupy Nether-Network, któremu dziesięć lat temu wysłałem list ostrzegawczy z żądaniem ewakuacji, wyrzucił go do kosza, myśląc, że to jakaś dziecinna zabawa.
Ale wtedy go zaatakowałem. Ponieważ był to mój pierwszy atak, zajęło to nieco więcej czasu.
Najpierw musiałem go śledzić i włamać się do jego systemów, by stale znać jego następny krok. W końcu dopadłem go w miejscu, gdzie łatwo było go zdjąć snajperką z dachu. Lokalizacja miała być prywatna, ale nie miał pojęcia, że siedemnastoletni haker namieszał w jego urządzeniach.
Nazywał się Goliath Mako i był pierwszym Mistrzem Nether-Network, którego zabiłem.
Cóż, niezupełnie pierwszym, ale pierwszym, którego zabiłem w ramach misji.
Potem ruszyłem dalej, wymyślając różne nieprzewidywalne strategie eliminacji kolejnych, a w ciągu paru lat moja reputacja była znana w całym Nether-Network. Rozbiłem tak wiele grup, likwidując ich liderów, że pozostali zaczęli się ukrywać.
Ci podziemni gracze, którzy niegdyś rządzili krajem, teraz się chowali — przeze mnie.
Jasne, byłem na tysiącu list płatnych morderców, ale minęło dziesięć lat i żaden z nich nie zdołał mnie dopaść. Nikt nawet nie wiedział, jak wyglądam. A to dlatego, że nieliczni, którzy zdołali mnie zobaczyć, byli tymi, których ostatecznie zabijałem.
Było dokładnie tak, jak chciałem — stać się tym, którego się boją. Pokazać skurwysynom, że jestem bogiem i nie mają innego wyboru, jak tylko czcić mnie u moich stóp. Cóż, nie dosłownie, bo nie dopuściłbym ich blisko moich stóp. Chciałem, by zniknęli na zawsze.
Zakręciłem buteleczkę z kapsaicyną, odkładając ją na stół. Draken płakał tak mocno, że zaczął mu drżeć głos.
— Gdzie on jest? — zapytałem, wciąż odwrócony do niego plecami, a mój głos stawał się coraz bardziej groźny.
— Przysięgam, nie wiem! — zapłakał, po czym szybko dodał: — A-ale wiem, gdzie możesz go znaleźć.
Jego oddechy były nierówne, chrapliwe, jakby każdy z nich mógł być ostatnim. Człowiek ten powoli wykrwawiał się na śmierć, ale był zbyt przerażony, by to zauważyć.
Odwróciłem się, opierając się plecami o stół. Machinalnie podrapałem się po prawej brwi, dotykając kolczyka, który w nią wpiąłem.
— Zanim się rozstaliśmy, podsłuchałem, jak mówił o spotkaniu z kimś w sprawie fałszywych paszportów. O-on chce wyjechać z kraju i z tego, co słyszałem, paszporty mają być gotowe do jutra. — Ciężko przełknął ślinę. — W-wiem, z kim się spotyka i mogę cię do niego zaprowadzić. Znajdziesz tego człowieka przed jutrem, znajdziesz Yarika.
Lodowaty uśmiech wykrzywił kąciki moich ust.
...
Jeszcze kilka minut i skończyłem z Drakenem.
Wyszedłem z pokoju, zastając Malthusa i Zareka czekających niedaleko drzwi — zgodnie z oczekiwaniami.
— Jak poszło? — zapytałem Zareka, wyciągając rękę i czekając, aż rzuci mi kluczyki.
Przez cały czas nie zwalniałem kroku.
— Kazałem komuś ją obserwować, tak jak prosiłeś, i dopilnowałem, by bezpiecznie wróciła do domu — odpowiedział, zrównując ze mną krok.
Nie powiedziałem nic więcej, gdy wychodziliśmy z budynku w stronę mojego samochodu zaparkowanego na zewnątrz.
Nie trudniłem się pytaniem o tego nędznika, z którym miała się spotkać, bo wiedziałem, że musiał zostać odpowiednio „obsłużony”.
Otwierając drzwi, wsunąłem się do auta. — Popracujcie nad informacjami, które dał Draken. Musi być po wszystkim przed ranem — powiedziałem do nich obu.
Nie musiałem pytać, by wiedzieć, że podsłuchiwali pod drzwiami.
— Tak jest, szefie. Coś jeszcze potrzebujesz? — zapytał Malthus.
Z setek ludzi pracujących dla mnie anonimowo, Malthus i Zarek byli moimi najbliższymi i jedynymi, którzy znali moją twarz. Cóż, jeszcze Kyrena. Ale jej tu teraz nie było.
Nie odpowiedziałem, włączając zapłon i ruszając w drogę.
Czas złożyć wizytę mojej młodszej siostrzyczce.
















