Okrutny czy obłąkany?
NIHILUS
Moje dłonie, odziane w czarne rękawiczki, mocno zaciskały się na nożu, gdy przesuwałem nim po ścianie, delektując się zgrzytliwym, metalicznym piskiem.
Malthus — który dowodził w pokoju, do którego zmierzałem — najwyraźniej przestał robić to, co robił, ponieważ ten skurwiel przestał płakać.
Zwolniłem kroku, wciąż ciągnąc nożem po ścianie.
— Moglibyśmy tak bez końca, Draken. Nie męczę się łatwo — powiedział Malthus.
Usłyszałem ciężki oddech mężczyzny, zanim zdołał wychrypieć odpowiedź. — Idź do diabła! Już ci mówiłem, marnujesz swój cholerny czas! Nie wiem, gdzie on jest.
— Naprawdę staram się być miły — usłyszałem głos Malthusa. — Wierz mi, będzie znacznie łatwiej, jeśli będziesz ze mną współpracował.
Wtedy dotarłem do progu, opierając się o framugę i pozwalając, by mój wzrok spoczął na scenie przede mną.
Pokój był ciemny, duszny i pełen narzędzi, które miały tylko jeden cel. Na metalowych stołach leżały instrumenty udręki: szczypce, młotki, noże — każdy z nich nosił ślady częstego użycia.
To było pomieszczenie, do którego niektórzy wchodzili i nie wychodzili żywi. Miejsce przesiąknięte stęchłą maską strachu.
Wyczuwając moją obecność, Malthus, który kucał przed jeńcem, zerknął przez ramię, a w jego oczach pojawiło się rozbawienie na mój widok.
Jeniec natomiast, z nadgarstkami i kostkami mocno skrępowanymi, wyraźnie wzdrygnął się na mój widok. Słaba fasada, którą stawiał przeciwko Malthusowi, natychmiast rozpadła się niczym woskowa figura topniejąca w ogniu.
Jego poturbowana twarz, opuchnięta i umazana krwią, pobladła do trupiej bieli.
Ale sińce na jego twarzy najwyraźniej nie wystarczyły. W przeciwnym razie Malthus wydobyłby już od niego jakieś odpowiedzi.
Wsunąłem jedną rękę do kieszeni kurtki puchowej, nie spuszczając z niego wzroku i obserwując, jak pożera go nowy strach.
Z trudem przełknął ślinę, a jego jabłko Adama podjechało do góry.
— Widzisz? — Malthus wzruszył ramionami, odwracając się z powrotem do mężczyzny. — Mówiłem ci, że ja jestem tym miłym. A teraz sprowadziłeś tego złego.
Wstał, a twarz mężczyzny stała się bledsza, niż przeciętny człowiek uznałby za możliwe.
Czasem uważałem za żenujące, że dorośli mężczyźni nie potrafią znieść odrobiny bólu i strachu. Odbierają całą zabawę.
— Nie, nie — mężczyzna pokręcił głową, znów ciężko przełykając.
Wyraźnie zwracał się do Malthusa, ale jego przerażone oczy wpatrzone były we mnie. — Ja... już wam powiedziałem wszystko, co wiem. Błagam! Musicie mi uwierzyć. Nie zostawiajcie mnie z nim.
Obrzydzenie wezbrało w moim żołądku. Żałosne. Gdyby jego ręce i nogi nie były związane, byłem pewien, że pełzałby u stóp Malthusa, błagając o ocalenie.
— Okej — Malthus wzruszył beztrosko ramionami. — Powiedzmy, że ci wierzę. Ale nie sądzę, żeby on wierzył. — Wskazał na mnie z uśmiechem.
Oczy tego skurwiela zalśniły od niewylanych łez. Niech to szlag. Czy na tym świecie zostali jeszcze prawdziwi mężczyźni?
Nie spuszczałem z niego wzroku, gdy Malthus przeszedł na środek pokoju, zajmując się czymś przy stole.
Na samym końcu pomieszczenia stał Zarek, niczym wartownik, obserwując scenę, jakby to był film.
Odczekałem chwilę, po czym odepchnąłem się od framugi i wszedłem do środka.
— Wyjdźcie. — To był rozkaz.
Malthus i Zarek nie wahali się; drzwi jęknęły, zamykając się za nimi. Wiedziałem jednak, że nie odejdą daleko.
Jeniec skomlał, zaciskając mocno oczy, jakby chciał, by cała ta scena rozpłynęła się w złym śnie.
Ludzie zawsze to robili — uciekali w wyimaginowane światy, gdzie nic nie boli i wszystko jest bezpieczne. Żałosne.
Ta tendencja do ucieczki od rzeczywistości zamiast stawienia jej czoła była tym, co czyniło ich słabymi. Nie wiedzieli, jak rozwiązać swoje problemy i pozbyć się ich raz na zawsze.
— B-błagam — wykrztusił jeniec, a jego głos drżał jak niedomknięte okno podczas burzy. — Ja... przysięgam, p-powiedziałem mu już w-w-wszystko, co wiem. N-nie mogę wam bardziej pomóc.
Zignorowałem go, podchodząc do środka pokoju, gdzie na stole leżała moja Cela Udręki — jak lubiłem ją nazywać. Była dokładnie taka, jak prosiłem — nieskazitelna, kompletna i gotowa.
Draken Sokolov. Lat czterdzieści dziewięć, posiadłości w najlepszych regionach kraju.
Ten człowiek miał mnóstwo kobiet mdlejących na jego widok. Zastanawiałem się, co by pomyślały, gdyby zobaczyły go teraz — wijącego się, drżącego i błagającego przed innym mężczyzną.
Może to moja wina. Nie powinienem był wyjawiać mu swojej tożsamości, gdy został schwytany i tu sprowadzony. Zastanawiałem się, dlaczego wciąż się nie uczę, biorąc pod uwagę, że ludzie zawsze tak reagowali, gdy dowiadywali się, że jestem Rzeźbiarzem.
Wyjąłem skalpel z pudełka, przyglądając mu się badawczo w przyćmionym świetle. Odwróciłem się i podszedłem do niego, kucając i zrównując swój wzrok z jego wzrokiem.
— Wiesz, naprawdę tego nie rozumiem, Draken — zacząłem spokojnym, konwersacyjnym tonem, sięgając do jego koszuli i powoli rozpinając guziki jeden po drugim.
Powiedzcie mi, do cholery, dlaczego Malthus przesłuchiwał tego człowieka w ubraniu.
— Rozumiem, że większości mężczyzn trudno oprzeć się pięknym kobietom. Ale czy naprawdę tak trudno jest po prostu odwrócić wzrok? Udawać, że jej nie widziałeś? — Mój głos i dłonie w czarnych rękawiczkach były delikatne, co kontrastowało z tym, jak mocno Draken drżał pod moim dotykiem.
Wyraźnie nie miał pojęcia, o czym bredzę, skupiony bardziej na rozpinanych guzikach.
— Rozumiem, że jest piękna i idealna. Pewnie nigdy nie widzieli kogoś takiego jak ona. Sam nie mogłem w to uwierzyć, kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy. Ale dlaczego oni nie potrafią, kurwa, zrozumieć aluzji i po prostu zostawić jej w spokoju?
Zamiast tego zerwałem ostatni guzik, czując niewielką wściekłość krążącą w moich żyłach.
Draken wzdrygnął się. Praktycznie widziałem, jak jego naga klatka piersiowa unosi się i opada gwałtownie, jakby brał udział w wyścigu.
Wstałem, podchodząc na chwilę do stołu, by chwycić moje małe pudełko z fioletowymi igłami. Kiedy się odwróciłem, wyjąłem telefon z kieszeni, stuknąłem kilka razy w ekran i podsunąłem mu zdjęcie pod oczy.
— Jest piękna, prawda? — Mój głos wciąż był spokojny. — Powiedz mi, widziałeś kogoś tak zachwycającego jak ona?
Jego panika podwoiła się, pot spływał mu po skroniach. — Ja... obiecuję, m-my jej nie dotknęliśmy. Nie skrzywdziliśmy jej. Ja... ja jej nawet nigdy na oczy nie widziałem.
Cichy śmiech wyrwał się z mojej piersi, gdy opuściłem telefon, na chwilę spoglądając na podłogę. — Drogi Drakenie, gdybyście ją dotknęli, nie byłoby cię tutaj. Podobnie jak twoje dwie kochanki w Norwegii czy szóstka dzieci rozsianych po Szwecji i Niemczech nie byłoby przy życiu. Nawet twoja ciotka, która leży pod respiratorem w Filadelfii. Zamordowałbym każdego z was, fundując wam śmierć, jakiej nie jesteście sobie w stanie wyobrazić.
Jego oczy rozszerzyły się, bardziej z powodu faktu, że znałem te wszystkie szczegóły na jego temat.
Cóż, gdy trafiałeś na moją listę obserwacyjną, mogłem zebrać tyle informacji, ile chciałem. To było tak proste jak złamanie gałązki. Cóż... czasem.
Znów stuknąłem w ekran. — Zadałem ci pytanie.
Znów ciężko przełknął ślinę, tym razem bardziej skupiając wzrok na zdjęciu. — Ona jest... jest cudowna.
Zimny uśmiech błąkał się na moich ustach, choć trwał tylko sekundę.
— Oczywiście — wymruczałem, chowając telefon z powrotem do kieszeni. — Jest cholernie ładna, dlatego każdy jej pragnie.
Znów przed nim kucnąłem, czując, jak wrząca we mnie wściekłość toruje sobie drogę na powierzchnię.
Kiedy sięgnąłem po jego drżącą lewą dłoń, czułem, jak tętno wali mu pod moim uściskiem. Wybrałem igłę z pudełka i wbiłem ją głęboko w jego palec wskazujący.
Rozdzierający krzyk natychmiast wypełnił pomieszczenie. W końcu jakiś hałas.
— Chcesz wiedzieć, dlaczego igły są pomalowane na fioletowo? — Mój ton pozostał spokojny, niemal kojący, podczas gdy powoli wpychałem igłę głębiej w jego skórę. Krew sączyła się z nakłucia, szkarłatna na tle bladej tkanki.
Nawet nie zdziwiłbym się, gdyby nie usłyszał mojego pytania przez swój krzyk i mękę.
— To jej ulubiony kolor — wyjaśniłem, jakbym omawiał błahostkę. — Nie wiem, dlaczego go lubi. To znaczy, zieleń była dla niej stworzona. Widziałeś jej oczy? — Cmoknąłem z niesmakiem. — To zabawne, jak zakochuje się w najdziwniejszych rzeczach. Nawet jej wybór zestawień potraw jest... dyskusyjny.
Mój głos pozostał spokojny i niewzruszony. Wybrałem kolejną igłę, unosząc jego drugi palec.
— Nie! Nie, błaga— — Nie dokończył, bo wbiłem igłę w środkowy palec.
Kolejny bolesny krzyk.
— Założę się, że będziesz jeszcze bardziej rozbawiony, gdy posłuchasz jej gustu muzycznego — kontynuowałem niespiesznie, wpatrując się w palec, jakby to było zwykłe narzędzie, nad którym pracuję.
Skończywszy wpychać ponad połowę igły w palec, wyciągnąłem telefon z tylnej kieszeni, stuknąłem w ekran i podsunąłem mu go, podczas gdy zaczął grać przejmujący utwór klasyczny.
— Kto u licha lubi taką muzykę? — zapytałem z lekkim grymasem, patrząc na ekran. — Od dwóch tygodni to jej ulubiony kawałek. Czasem uroni, kurwa, łzę, śpiewając razem z wykonawcą. Na początku — schowałem telefon do kieszeni — prawie odchodziłem od zmysłów, myśląc, że ta piosenka sprawia jej ból. Potem odkryłem, że te łzy są dlatego, że tak bardzo jej się to, kurwa, podoba. Jak można lubić takie piosenki?
Draken wpatrywał się we mnie szeroko otwartymi oczami; jego spojrzenie krzyczało niedowierzaniem, jakby próbował zdecydować, czy jestem obłąkany, czy tylko okrutny.
















