— Więc ile czasu zajmuje dojazd do domu? — zapytałam, mając nadzieję, że Camden nie zauważy, jak mocno się rumienię.
Zerknął na mnie z ukosa, odjeżdżając spod szpitala. — Wszystko w porządku, Cass? Wyglądasz na trochę zaczerwienioną.
— Tak, tak. Wszystko gra. Nie ma na co patrzeć — wyjąkałam, wymuszając zbyt szeroki uśmiech. Camden parsknął.
— I o co chodzi z tym „Cass”? — zapytałam, unosząc brew.
— Cóż, Cass to skrót od Cassie, a skoro jesteś niziutka, pomyślałem, że to pasujące przezwisko. — Uśmiechnął się, wyraźnie czekając na moją reakcję.
— Nie jestem niska — nadęłam się, znów wystawiając mu język.
— Uważaj, gdzie wystawiasz ten język, bo możesz wpakować się w kłopoty, Cass. — Zachichotał, włączając kierunkowskaz i wjeżdżając na autostradę.
Natychmiast zamknęłam usta, odwracając głowę w stronę okna i skupiając się aż nazbyt mocno na mijanym krajobrazie. Sekundę później Camden sięgnął nad konsolą i splótł swoje palce z moimi, delikatnie ściskając moją dłoń.
— Obiecuję, Cass. Wszystko będzie dobrze. Dopilnujemy tego. — Jego palce jeszcze raz uspokajająco ścisnęły moje, zanim puścił moją dłoń. Uśmiechnęłam się łagodnie, wdzięczna za ten gest.
— Dziękuję, Camden. To wiele dla mnie znaczy. — Wygładziłam dłonią przód pożyczonego ubrania medycznego.
— Mów mi Cam. Tata upiera się przy pełnych imionach, bo brzmią bardziej „wykwintnie”, ale my mamy to gdzieś. Używamy ksywek, kiedy tylko możemy. — Zwolnił, zbliżając się do zjazdu prowadzącego do bogatszej części miasta.
— Dzięki, Cam. Będę tak mówić. — Zawahałam się, a mój wzrok powędrował ku lusterku bocznemu. — Mój ojciec zawsze nienawidził mojego imienia. Odkąd pamiętam, mówił do mnie Cassie.
Dojechaliśmy do dużego, zamkniętego osiedla. Cam powoli podjechał SUV-em do przodu, aż czujnik odczytał naklejkę na jego przedniej szybie. Brama rozsunęła się, a gdy przejeżdżaliśmy, ochroniarz nam pomachał.
— Wow — szepnęłam, a szczęka mi opadła, gdy skręciliśmy w główną drogę.
To nie była zwykła dzielnica – to było całe miasteczko za tymi bramami. Mijaliśmy małe sklepiki i osiedlowy market, szkołę sąsiadującą z szerokim, zielonym polem oraz rozległy klub wiejski z kompleksem spa. Cam wykonał jeszcze kilka skrętów, po czym wjechał w ulicę zabudowaną gigantycznymi rezydencjami, z których każda była odsunięta daleko od drogi i chroniona własną żelazną bramą oraz ogrodzeniem. Na samym końcu ślepej uliczki zatrzymał się przy klawiaturze, wpisał kod i wjechał na długi, kręty podjazd.
— No i jesteśmy — powiedział, parkując przed głównymi drzwiami i wyłączając silnik.
Gdy próbowałam się odpiąć, drzwi wejściowe otworzyły się – i na ganku pojawiła się kopia lustrzana Cama.
— Cam — szepnęłam, mrugając z zaskoczenia. — Nie mówiłeś, że jesteście identyczni. Nigdy nie będę w stanie was rozróżnić.
Cam roześmiał się i wyskoczył z SUV-a, obchodząc go, by wyciągnąć mnie z siedzenia. — Nie martw się, Cass. Jest mnóstwo sposobów, żeby nas odróżnić. — Powiedział to z taką nutą w głosie, że cała moja twarz spłonęła rumieńcem, a gdy wziął mnie w ramiona, z zażenowania wtuliłam twarz w jego szyję.
Colton spotkał nas u dołu schodów. — Wszystko z nią w porządku? Jazda nie była zbyt męcząca? Dlaczego nie powiedziałeś mi, że jej obrażenia są aż tak poważne? — Wyrzucił z siebie pytania na jednym wydechu, już gromiąc bliźniaka wzrokiem.
— Więc, Colt... to jest Cassie. Cass, poznaj Colta. — Głos Cama był spokojny, wręcz przekorny.
Wyraz twarzy Colta natychmiast złagodniał, a grymas na czole zmienił się w łagodny uśmiech, gdy wystąpił do przodu.
— Hej, Cass — powiedział cicho, sięgając, by ująć moją zdrową dłoń w swoją i ostrożnie ją ścisnąć.
— Miło cię poznać, Colt — odpowiedziałam ze zmęczonym uśmiechem, znów opierając głowę o ramię Cama. Dzień mnie wykończył, a była ledwo po trzynastej.
— Chodźmy. Wnieśmy ją do środka, żeby mogła odpocząć. — Cam ruszył po schodach, podczas gdy Colt pospieszył przodem, by otworzyć drzwi wejściowe.
Westchnęłam z zachwytu, gdy weszliśmy do domu. Był ogromny – mój cały dom rodzinny mógłby się zmieścić w samym przedpokoju.
— Ja tu nie pasuję — szepnęłam do siebie.
Wszystko lśniło. Podłogi były wypolerowane na lustrzany połysk. Ściany zdobiły drogie obrazy, a każda powierzchnia wyglądała na starannie dobraną i nieskazitelną. Gdy Cam niósł mnie obok jednego nieskazitelnego pokoju za drugim, nie mogłam przestać przełykać śliny. Czułam się jak obciążenie, jakbym mogła zepsuć coś bezcennego samym oddychaniem w pobliżu.
Colt, idący tuż za nami, musiał to zauważyć. Delikatnie pogłaskał mnie po plecach. — Wszystko w porządku, Cass. To tylko dom — powiedział cicho. — Dorastaliśmy tutaj. Uwierz mi, kiedy byliśmy młodsi, popsuliśmy mnóstwo rzeczy. — Uśmiechnął się lekko, po czym sięgnął, by odgarnąć mi włosy; jego ruchy były powolne i ostrożne, jakby czekał na przyzwolenie.
— Nie potrafię sobie wyobrazić nawet jednego dziecka w takim domu, a co dopiero czterech niesfornych chłopców — zaśmiałam się, wyobrażając sobie czwórkę ubrudzonych ziemią malców pędzących przez te lśniące korytarze. Lepkie palce. Błoto na butach. Krzyki i śmiech niosące się echem po marmurach.
— Miejmy nadzieję, że któregoś dnia przekonasz się, jak to jest. — Głos Cama był niski, a kiedy na niego spojrzałam, żar w jego oczach sprawił, że zaparło mi dech. Policzki mi zapłonęły i z cichym piskiem schowałam głowę w jego ramieniu.
— Cam, stary... przestań ją zawstydzać — skarcił go Colt. — Daj jej najpierw przyzwyczaić się do nas.
Cam wywrócił oczami, ale przytaknął, opierając lekko głowę o moją. — Przepraszam — szepnął. — Nie chciałem wprawić cię w zakłopotanie.
















