— No to nieźle — wymamrotałam, znów zamykając oczy. Najpierw mój znęcający się nade mną ojciec pobił mnie do nieprzytomności. Teraz ta kobieta, obca osoba podająca się za moją matkę, stała w kącie sali szpitalnej, warcząc i sycząc do telefonu.
— Nie rozumiem, dlaczego chciałbyś ją mieć gdziekolwiek w pobliżu swojego domu — skarżyła się głosem ostrym i szybkim. — To całkowicie zdezorganizuje nasze życie, nie wspominając o twojej kampanii. I pomyśl o chłopcach. To wciąż ich dom. Kiedy wrócą z przepustki albo na przerwy w studiach, nie potrzebują jakiejś zniszczonej, bezwartościowej dziewczyny, która ewidentnie sprawia kłopoty, w ich spokojnym domu.
Jej ton zmienił się natychmiast z wściekłego warkotu w słodki, gruchający głos troskliwej matki. Aż mnie ciarki przeszły.
Jęknęłam cicho, zastanawiając się, czy udawanie snu sprawi, że sobie pójdzie. Znów zamknęłam oczy i chyba naprawdę zasnęłam, bo głośne stuknięcie obcasa o podłogę wyrwało mnie ze snu.
— No, najwyższy czas. Zamierzałaś przespać cały dzień? — warknęła.
— Hmm, jestem w szpitalu. Co innego mam niby robić? — odcięłam się. — Mam gówniany dzień, jestem ewidentnie ranna i powinnam odpoczywać. — Gdybym mogła pokazać jej środkowy palec, zrobiłabym to, ale nawet najmniejszy ruch posyłał fale bólu przez moje ciało.
Chciałam, żeby odeszła. Nie obchodziło mnie, za kogo się podaje. Nie pamiętałam matki. Według ojca odeszła, zanim skończyłam dwa lata. Wszystko, co po sobie zostawiła, zostało zniszczone. Nie wiedziałam nawet, jak wyglądała. W domu nie pozostał po niej ani jeden ślad.
Powoli wyciągnęłam zdrową rękę i nacisnęłam przycisk wezwania pielęgniarki. Kilka minut później weszła pielęgniarka, a tuż za nią lekarz.
— Och, kochanie, tak się cieszę, że cię widzę przytomną — powiedziała cicho pielęgniarka. Jej głos był ciepły, a wokół łóżka poruszała się z wprawą profesjonalistki, zmuszając moją matkę do odsunięcia się. Z cichym skupieniem sprawdzała urządzenia i rurki, podczas gdy lekarz przeglądał moją kartę na tablecie.
— Cóż, młoda damo, masz wielkie szczęście — powiedział, podnosząc wzrok. — Dwa twoje żebra są poważnie złamane i całe szczęście, że nie przebiły płuc. Kilka innych jest poobijanych lub pękniętych. — Przerwał, by delikatnie odsunąć fragment koszuli i sprawdzić opatrunek.
— Ręka jest złamana w dwóch miejscach — dodał. — Musimy poczekać, aż opuchlizna zejdzie, zanim zdecydujemy o dalszych krokach. — Ostrożnie zbadał złamanie, prosząc mnie o poruszenie palcami.
— Przepraszam, doktorze — wtrąciła się moja matka, wpychając się między niego a łóżko.
— Kiedy dokładnie Cassidy będzie mogła zostać wypisana? — Westchnęła teatralnie. — Nie ma pan pojęcia, jak kłopotliwe to wszystko było. Musiałam odwołać wszystkie dzisiejsze spotkania, a na niektóre z nich czekałam miesiącami.
— Wow — szepnęłam bezgłośnie do lekarza. Posłał mi nikły uśmiech i przewrócił oczami.
— Cóż, pani Vance — zaczął, wyraźnie niewzruszony. — Jak już pani mówiłem, Cassie...
— Cassidy, nie Cassie — ucięła. — Jeśli ma z nami mieszkać, będzie używać swojego właściwego imienia. Nie jakiegoś dziecinnego przezwiska.
— W każdym razie — kontynuował lekarz, ignorując jej wtrącenie — pacjentka ma złamane i poobijane żebra, poważne złamanie ręki, złamany nos i wstrząśnienie mózgu, które spowodowało utratę przytomności. Przez co najmniej dwadzieścia cztery godziny nigdzie się nie wybiera.
Wzdychając dramatycznie, moja matka odmaszerowała z powrotem do kąta sali i znów przyłożyła telefon do ucha.
— Nie, Barrett — mówiła do słuchawki — dzisiaj jej nie wypiszą. Musiałam tu siedzieć cały dzień i na próżno odwołać wizytę u fryzjera. Wiesz, ile się czeka do Andre? Trzy miesiące. A teraz sama będę musiała ułożyć włosy na dzisiejszą kolację kampanijną. — Pociągnęła nosem do telefonu, wyglądając przy tym żałośnie. — Mam tylko cztery godziny na przygotowanie, a teraz jeszcze to...
Lekarz i ja wymieniliśmy spojrzenia typu „co to, do diabła, ma być”. Delikatnie klepnął mnie w nogę.
— Nie martw się, Cassie. Pozbędę się jej. Spróbuj odpocząć. Pielęgniarka wkrótce przyniesie leki przeciwbólowe. — Wyprowadził moją matkę, a jej marudny głos został uciszony przez ciche kliknięcie zamykanych drzwi.
Kilka minut później wróciła pielęgniarka z lekami i kubkiem wody. Udało mi się zażyć tabletki jedną ręką, po czym podała mi trochę soku i mały kubeczek galaretki. Jadłam powoli, a potem znów zapadłam w sen.
Budziłam się kilka razy w nocy, gdy pielęgniarki sprawdzały aparaturę i parametry życiowe; każda wizyta była zamazanym wspomnieniem pikających monitorów i szeptanych zapewnień. Rano wywieziono mnie na kolejne badania i prześwietlenia. Kiedy wróciłam, w mojej sali czekało dwóch obcych mężczyzn.
Pielęgniarka pomogła mi ułożyć się w łóżku, a ja przyglądałam im się z zaciekawieniem. Mężczyzna wyglądał na jakieś czterdzieści kilka lat, był wysoki, lekko powyżej metra osiemdziesięciu. Miał ciepłe, błękitne oczy za szkłami okularów i ciemnobrązowe włosy z przebłyskami siwizny. Chłopak obok niego wyglądał na rówieśnika, był o kilka cali wyższy od mężczyzny, miał te same niebieskie oczy i rudawo-brązowe włosy, które co chwilę odgarniał z twarzy.
Westchnęłam, poprawiając łóżko i przesuwając poduszki, aż poczułam się choć odrobinę wygodniej. Potem spojrzałam na nich obu, czekając, aż ktoś się odezwie.
Starszy mężczyzna postąpił krok naprzód i uśmiechnął się, pokazując idealnie proste i nienaturalnie białe zęby. I nagle ogarnęło mnie przeczucie, że doskonale wiem, kim on jest. I już czułam, że go nie polubię.
















